Podczas wystąpienia skierowanego do przedstawicieli Departamentu Obrony, prezydent Stanów Zjednoczonych zasugerował, że amerykańska marynarka wojenna powinna ponownie przyjrzeć się roli pancerników uzbrojonych w potężną artylerię. Podkreślając ich potencjalną wartość w nowoczesnym konflikcie morskim, lider USA odrzucił opinie o przestarzałości tych okrętów, wskazując na ich solidną konstrukcję i ekonomiczność.
"Te maszyny z grubymi, sześciocalowymi burtami z prawdziwej stali, nie z lekkiego aluminium, które rozpływa się pod wpływem trafienia - to coś wartego rozważenia. A koszty amunicji do dział? Znacznie niższe niż rakiety", argumentował, sygnalizując poważne zainteresowanie tym konceptem w dobie rosnących napięć geopolitycznych.
Trump chce przywrócić do życia pancerniki
Choć szczegóły planu pozostają niejasne, czy chodzi o projekt nowych jednostek czy o przywrócenie do życia historycznych reliktów, pomysł nie jest nowy, ale w końcu może być ważnym elementem ewolucji floty. Amerykańskie pancerniki klasy Iowa, ikony II wojny światowej, od dawna stoją w cieniu lotniskowców i atomowych niszczycieli, które zdominowały oceany po 1945 roku.
Mimo to cztery z nich, Iowa, New Jersey, Missouri i Wisconsin, przetrwały dekady w rezerwie, gotowe do szybkiego powrotu na front. Ich legendarne działa kalibru 406 mm mogły razić cele z dystansu ok. 40 kilometrów, co czyniło je nieodzownymi w erze, gdy powietrzna dominacja nie była jeszcze wszechobecna.
W połowie XX wieku te giganty nie odeszły w zapomnienie bez walki. Na przykład USS New Jersey, po latach postoju, wznowił służbę w czasie wojny w Wietnamie, służąc jako mobilna platforma ogniowa. Zatopił wówczas kilkanaście wrogich jednostek logistycznych, demonstrując, jak ciężka artyleria może decydować o losach kampanii lądowych z morza.
Pancerniki wyparte przez pociski rakietowe
Ta elastyczność sprawiła, że pancerniki pozostały w arsenale USA, nawet gdy świat przechodził na bardziej zwinne, rakietowe technologie. Lata 80. przyniosły drugą młodość tym okrętom, dzięki wizji administracji Ronalda Reagana, która dążyła do rozbudowy floty do 600 jednostek w obliczu eskalacji zimnej wojny.
Pancerniki poddano gruntownej modernizacji, integrując ich tradycyjną siłę ognia z zaawansowanym uzbrojeniem: systemami Harpoon do ataków na cele morskie, pociskami Tomahawk o zasięgu strategicznym oraz automatycznymi armatami Phalanx do obrony przed nalotami. Cały program pochłonął wówczas 1,7 miliarda dolarów, kwotę, która dziś, z uwzględnieniem inflacji, przekraczałaby 5 miliardów, ale zaowocował maszynami gotowymi na hybrydowe zagrożenia ery nuklearnej.
Trump szykuje armię do wojny z Chinami
Ostatecznie jednak geopolityczne przesunięcia po rozpadzie ZSRR doprowadziły do cięcia wydatków na obronę, czyniąc utrzymanie tych kolosów nieopłacalnym. Wycofane w 1991 roku, pancerniki doczekały się roli muzealnych eksponatów, choć niedawno jeden z nich, USS New Jersey, trafił na suchy dok po trzydziestu latach bezczynności.
Czy obecne rozważania prezydenta oznaczają trzeci akt w historii tych legend? W świecie, gdzie drony i hipersoniczne rakiety zmieniają reguły gry, powrót do korzeni może być ryzykownym, ale intrygującym posunięciem dla potęgi morskiej USA. Eksperci podkreślają, że pomysł Trumpa jest powiązany z Chinami i ich dążeniem do dominacji nad oceanami oraz planowaniem ataku na Tajwan.
***
Bądź na bieżąco i zostań jednym z 88 tys. obserwujących nasz fanpage - polub GeekWeek na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!













