Reklama

Jelcz: Jeżdżący pomnik złotej ery polskiego himalaizmu

Odrestaurowany jelcz przypomni o historii polskiego himalaizmu /materiały prasowe

Reklama

Dariusz Jaroń: Stoisz na czele zespołu, który w przyszłym roku wyruszy w Himalaje, jednak waszym celem nie będzie zdobywanie szczytów...

Maciej Pietrowicz: - To prawda. Chcemy oddać hołd naszym rodakom równo 40 lat po udanej zimowej wyprawie na Mount Everest (17 lutego 1980 roku na szczycie stanęli Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki - przyp. red.). Pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik, w dodatku najwyższy szczyt świata, zapoczątkowało zdobywanie himalajskich kolosów o tej porze roku. Do zdobycia zimą pozostało już tylko K2. Wierzę, że Polakom, którzy zainicjowali zimowy himalaizm, uda się wejść na ostatni z niezdobytych szczytów.

Reklama

Za twoim zaangażowaniem w przypominanie dokonań polskiego himalaizmu kryje się historia rodzinna. 

- Mój tata, Jerzy Pietrowicz, był uczestnikiem Jeleniogórskiej Wyprawy na Annapurnę Południową w 1979 roku. Jesteśmy już po oficjalnych obchodach rocznicowych w Jeleniej Górze, a także po wyprawie pokolenia dzieci himalaistów sprzed czterdziestu lat. Zawieźliśmy w góry tablicę pamiątkową. Poza dbaniem o pamięć, jednym z celów powołanej przeze mnie Fundacji Pietrowicz Śladami Uczestników jest zrzeszanie i pojednywanie środowisk górskich.  

Dlaczego jelcz? 

- Jelcz to symbol wypraw w Himalaje ubiegłego wieku. Śmiało można nazwać naszą ciężarówkę jeżdżącym pomnikiem złotej ery polskiego himalaizmu. Wybór ma charakter symboliczny - ma nawiązywać do wszystkich wypraw, które miały miejsce w tamtych latach. Chciałbym też poczuć emocje, jakie towarzyszyły mojemu ojcu, on też na Annapurnę jechał jelczem. Dziewięć osób przejechało ciężarówką przez Polskę, kawał Europy, Bliski Wschód aż do Azji. Cała wyprawa liczyła piętnastu uczestników, ale z powodu ograniczeń w dostępie do waluty amerykańskiej, tylko szóstka z nich poleciała samolotem. 

Jak się pomieścili? Mieli ze sobą ogromny bagaż...

- Kierowca z dwoma osobami jechał w kabinie, reszta na pace. Oprócz sprzętu wspinaczkowego pod drugą podłogą wieźli komplet części zapasowych. W plandece było z boku osobne wycięcie, przeznaczone na wejście dla himalaistów. Warto dodać, że na tej wyprawie był jeden kierowca, Wiktor Szczypka, który nie oddał kierownicy do samego końca.

W jakim stanie jest jelcz?

- Przez ostatnie miesiące był reaktywowany do życia. Przeszedł przegląd techniczny, posiada ważne ubezpieczenie, bez szwanku porusza się po polskich drogach. Doprowadzenie ciężarówki do takiego stanu to zasługa naszego kierowcy i mechanika Arkadiusza Perygi. Czy jelcz wytrzyma drogę przez taki kawał świata? Uczestnicy wyprawy z 1979 roku mieli nowy egzemplarz i komplet części, łącznie ze skrzynią biegów. 

Przed wyjazdem w Himalaje czeka nas kompletna rewizja silnika i sprzęgła, do wymiany jest też instalacja pneumatyczna, chcemy ją zastąpić technologią “tekalan". Zbieramy na to środki na Polak Potrafi, jesteśmy również otwarci na wszelkie barterowe propozycje środowiska motoryzacyjnego, chociażby zakładające wymianę naszych starych 30-letnich kół na nowe.

Na jakim etapie przygotowań do wyjazdu jesteście?

- Założyliśmy sobie w harmonogramie kilka kamieni milowych. Pierwszy z nich, czyli adaptację ciężarówki do stylu himalajskiego i dopuszczenie do ruchu, mamy już za sobą. Już za kilka dni podczas Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju nastąpi oficjalna inauguracja jelcza. Przed nami wiele wystąpień i prezentacji ciężarówki, szczegóły niebawem będziemy umieszczać na naszym profilu na Facebooku - Śladami Uczestników. 

Kto za to wszystko płaci? Wyjazd w Himalaje nie jest sprawą tanią.

- Wciąż poszukujemy sponsorów. Nasze zasoby finansowe niestety się skończyły. Liczymy na siłę mediów i wsparcie w promocji projektu na tyle, by partnerzy biznesowi zechcieli np. przetestować swoje podzespoły samochodowe w trudnych warunkach lub w inny sposób uczestniczyć z nami w tym przedsięwzięciu. Sam start zaplanowany jest na jesień 2020 roku. 

Wyprawa z 1979 roku - i sukces związany ze zdobyciem szczytu - została przyćmiona śmiercią trzech uczestników. Jak pamięć o niej była pielęgnowana w twoim rodzinnym domu?

- Nigdy nie miałem okazji porozmawiać o tym z ojcem. Zmarł gdy miałem osiem lat, do końca oddając się pasji gór. Czasy dzieciństwa zostawiłem już dawno za sobą. Chciałbym patrzeć w przyszłość i wierzyć, że da się z pomocą społeczności przypomnieć jeszcze wiele innych wypraw tamtego okresu. Co do samej wyprawy ojca, jedna rzecz bardzo mnie uderzyła. Parę miesięcy temu przeczytałem bardzo dokładnie jego dziennik. Na dzień przed planowanym wyjściem na szczyt miał wypadek. Tak dotkliwie naderwał ścięgno Achillesa, że na wysokości 6000 m. musiał zawrócić w stronę obozu. Jego koledzy - Jerzy Pietkiewicz i Julian Ryznar - nigdy nie zeszli na dół. Urodziłem się dwa lata po powrocie taty z Annapurny.


Wspomniałeś o tegorocznej wyprawie dzieci tamtych himalaistów. Jak do niej doszło?

- Tak, w kwietniu tego roku udało mi się namówić dzieci jednego z tragicznie zmarłych uczestników wyprawy z 1979 roku na wyjazd do Nepalu. Pojechali z nami także najbliżsi. Ogromnie żałuję, że nie udało mi się skontaktować z innymi rodzinami himalaistów sprzed 40 lat, bardzo bym chciał aby wspomniały swoich najbliższych w biogramach, które mógłbym umieścić w swojej książce. 

- Szanuję oczywiście stanowiska osób, które nie zechcą tej wyprawy ponownie opisywać. Po dotarciu na miejsce udało nam się odszukać opuszczoną bazę pod Annapurną Południową i skałę, na której w 1988 roku umieszczoną pierwszą tabliczkę pamiątkową (Ryszard Włoszczowski, Jerzy Pietrowicz, Bogdan Dejnarowicz). Niestety, po tylu latach zostały po niej tylko otwory w skale. Zamontowaliśmy nową tablicę pamiątkową z nazwiskami zmarłych wspinaczy i szczęśliwie wróciliśmy do domu.

Książka o wyprawie z 1979 roku, o której mówisz, była marzeniem taty. Uda ci się je spełnić?

- O tym marzeniu powiedział mi na początku roku przyjaciel ojca. Na książkę składać się będzie dziennik taty z wyprawy, wzbogacony o liczne uzupełnienia. Bardzo mnie dotknęło to, że żadne wydawnictwo nie zainteresowało się historią nieznanego himalaisty z Jeleniej Góry. Nadal walczę z wydaniem książki samotnie, dzięki wsparciu internautów udało mi się zebrać blisko osiem tysięcy złotych. Kwota ta nie zapewni dużego nakładu, ale pozwoli mi na wydanie książki. Premiera “Jeszcze Tu Powrócę" zaplanowana jest na maj przyszłego roku. Nazwisko każdego kupującego, który złoży zamówienie przed drukiem, umieszczę w książce wraz z podziękowaniem. Wystarczy do mnie napisać. 

Czego mogę wam życzyć przed wyprawą?

 - Burubahajr! To taki afgański okrzyk odpowiadający uderzeniu w blachę na odjazd życząc tym samym dobrej drogi. Potocznie nazywa się tak również lokalną ciężarówkę oraz bagażnik na kabinie kierowcy. Czy coś jeszcze? Chyba tylko tego, aby projekt jelczemwhimalaje.pl został zrealizowany z sukcesem.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: jelcz | himalaizm | Himalaje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama