Reklama

Bez prawdziwego dzieciństwa

Zastałem ich przed moimi drzwiami w sobotnie popołudnie. Dziewczynka, z wyglądu 12 -13 lat i o jakieś trzy lata młodszy chłopiec. Ze zdziwieniem popatrzyłem na nieoczekiwanych gości. Obydwoje mieli zakłopotane miny.

- Bo my... - dziewczynka odważyła się pierwsza -... chcielibyśmy prosić o coś do jedzenia. Albo jakieś drobne pieniądze. Dzieci były schludnie ubrane, trochę zawstydzone. Zaprosiłem do mieszkania i tak poznałem Marysię, Krzysia i ich historię.

Posadziłem przy stole, zrobiłem kanapki, wyjąłem jakieś słodycze i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że są rodzeństwem, Marysia skończyła pierwszą klasę gimnazjum, Krzyś idzie do czwartej klasy podstawówki. To ich pierwsza taka wyprawa. Zadecydowała o niej Marysia, bez wiedzy rodziców, bo już nie mogła patrzeć, jak się męczą, aby związać koniec z końcem.

Reklama

Dziewczynka jest nad wiek rozwinięta, bardzo inteligentna, rozmawia się z nią jak z dorosłym. Krzyś prawie nic nie mówi, jest chyba trochę wystraszony nową dla niego sytuacją. Marysia, początkowo nieufna, czemu trudno się dziwić, powoli ośmiela się, najpierw niechętnie, ale z upływem czasu coraz więcej opowiada o sobie, swojej rodzinie, trudnej sytuacji życiowej, kłopotach rodziców... W ten sposób powoli poznaję historię sympatycznej rodziny, którą nagle rzeczywistość postawiła pod ścianą niemocy. Bez środków do życia, bez perspektyw...

Jeszcze dwa lata temu wszystko było normalnie.

- Mama pracowała w biurze, tato w fabryce - opowiada Marysia. - Wydawało mi się, że dobrze nam się wiedzie, przynajmniej niczego nam nie brakowało. Miałem nowe ubranie, gdy stare się zniszczyło, mieliśmy zabawki, jeździliśmy na wakacje....

Przed dwoma laty ten stabilny świat Marysi nagle się zawalił. - W domu często mówiło się o bezrobociu i wiedziałam, że ludzie tracą pracę, ale nie wydało mi się, że może dotknąć to moich rodziców - mówi Marysia. - Wydawało mi się, że zawsze tak będzie: my idziemy do szkoły, albo do świetlicy, rodzice do pracy, spotykamy się na obiedzie... Nagle okazało się, że to bezrobocie może dotknąć także tatę, bo w zakładach zwalniają. I tak się stało. A najgorsze było jeszcze przed nam. Kilka tygodni później okazało się, że likwidują mamy biuro i też będzie bez pracy.

Poszukiwania pracy przez rodziców na nic się zdały, były szef mamy Marysi, który przeszedł do innej firmy coś tam obiecywał w niedalekiej przyszłości, ale na obietnicach się skończyło. Ojciec poskładał oferty, gdzie się dało, ale aparatowego od urządzeń chemicznych nigdzie nie potrzebowano. Szybko skończyły się pieniądze otrzymane przez rodziców w ramach odpraw, później zabrakło zasiłków i przyszła pora na przejadanie oszczędności, które też szybko się skończyły.

- Pomaga nam trochę babcia - mówi Marysia. - Ma działkę, coś tam z mamą sadzą i są owoce, jarzyny, warzywa... Babcia jest na emeryturze i też jej ciężko, ale wiem od mamy, że jak u nas robi się już bardzo ciężko, to jakieś pieniądze wysupła. Drudzy dziadkowie już nie żyją.

Ojciec Marysi ciągle szuka jakiegoś zatrudnienia, nic stałego nie może znaleźć. Czasem trafi się jakieś dorywcze zajęcie, na tydzień lub dwa, ale pieniądze z tego są niewielkie i na długo nie wystarczą. Teraz w lecie jest trochę lepiej, bo jest robota na prywatnych budowach, ale ostatnio o takie zajęcie też trudniej, bo ludzie mniej budują, a niewykwalifikowany pomocnik niewiele zarobi. A tu do zapłacenia rachunki, czynsz... Z tymi płatnościami rodzice Marysi i Krzysia starali się być na bieżąco. Ale zbyt długo to nie trwało. Za zaległości w opłatach odcięto im gaz i obecnie korzystają z gazu w butli, która została podłączona do kuchenki. Mają w związku z tym również spory problem z ciepłą wodą, która wcześniej grzana była przez gazowy piecyk. Teraz wodę do kąpieli i do mycia podgrzewają elektryczną grzałką, ale tak ledwo, ledwo, bo taka grzałka pożera mnóstwo prądu - tłumaczy Marysia.

Dziewczynka zauważyła, że odkąd jest im tak ciężko stosunki między rodzicami zaczęły się psuć.

- Dawniej nigdy się nie kłócili, snuli plany, chcieli zmienić mieszkanie na większe, bo teraz mamy tylko dwa pokoje i 36 metrów - opowiada Marysia. - Teraz już nie ma planów, często się kłócą, że ktoś czegoś nie zrobił. Przykro na to patrzeć. Ojciec ostatnio wymyślił, że poszuka jakieś pracy za granicą, ale mama nie chce się zgodzić, bo zostanie z nami sama. I znowu była awantura.

Marysia doskonale rozumie sytuację rodziców, dlatego stara się o nic nie prosić, aby nie powiększać jeszcze ich zmartwień. Dziewczynka jest bardzo zaradna, znakomicie się uczy, może w nowym roku uda jej się dostać stypendium. Podkreśla, że przynajmniej szkolne sprawy stara się "zdjąć" z rodziców. Na początku minionego roku szkolnego sama wystarała się o zasiłek na podręczniki i zeszyty dla siebie i dla brata, po wakacjach będzie chciała to powtórzyć, uczy się z Krzysiem, pilnuje, czy chłopiec ma odrobione lekcje...

- Bardzo pomaga mi moja wychowawczyni, która naprawdę przejęła się naszym losem - opowiada Marysia. - Sprawdza różne możliwości pomocy i zasiłków, napisała w imieniu rodziców kilka pisma, stara się dla mnie o stypendium, często zaprasza mnie do siebie na obiad, daje prezenty...

Ostatnio zrobiło się bardzo ciężko,

- Wiem, że mama rozmawiała z kimś z opieki społecznej, ale okazało się, że na żadne pieniądze nie możemy liczyć. Dostała tylko bloczki na miesiąc na obiady, które przynosi do domu - mówi Marysia. - Dali nam też jakieś używane ubrania, ale większość nadawała się tylko do wyrzucenia.

Wtedy Marysia wpadła na pomysł, że weźmie Krzysia i wybiorą się od drzwi do drzwi i może uzbierają trochę pieniędzy. Kilkakrotnie pukali do ich mieszkania tacy potrzebujący i dziewczynka stwierdziła, że też spróbuje.

- Nie powiedziałam nic mamie, bo na pewno by zaprotestowała. Ona jest strasznie honorowa, nie lubi prosić, mówi, że to upokarzające. A ja myślę, że gdy się jest w takiej sytuacji, to chyba nie powinno się wstydzić, bo to przecież nie jest wina mamy ani taty, że nie mogą znaleźć pracy. Oni bardzo chcą pracować, ale nie mogą. Wytłumaczyłam Krzysiowi, o co chodzi i poszliśmy.

Marysia wybrała osiedle bardzo odległe od tego, na którym mieszkają, aby nie trafić na jakichś znajomych, bo to byłoby dla niej bardzo krępujące. Mówi, że przeszkodą są domofony, bo gdy naciska jakiś konkretny guzik i słyszy pytanie, o co chodzi, to nie bardzo wie jak odpowiedzieć. Szybko nauczyła się, że najlepiej nacisnąć kilka guzików i wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kto otworzy drzwi wejściowe do klatki schodowej bez pytania.

- Na początku bardzo się wstydziłam, gdy zadzwoniliśmy do pierwszego mieszkania, to mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć, ale ta pani była taka miła i zaraz otworzyła portmonetkę i dała mi dwa złote. Ludzie reagują bardzo różnie, gdy otwierają drzwi. Jedni zamykają je bez słowa, inni pytają, czy to rodzice nas wysłali, bo potrzebują pieniędzy na wódkę, jeszcze inni pytają jak się nazywamy i gdzie mieszkamy, po co nam pieniądze... A ja mówię, że rodzice stracili pracę, nie mamy z czego żyć i będziemy wdzięczni za każdą pomoc. Jeżeli już ktoś decyduje się coś nam dać to zazwyczaj złotówkę lub dwa złote, ale mamy też trochę żywności.

Po obejściu dwóch bloków, czyli około 90 mieszkań, Marysia ma w kieszeni 75 zł, kilka konserw, dwa opakowania margaryn, ryż, cukier, dużą porcję kiełbasy na grilla, trzy kotlety schabowe, trochę słodyczy... Dziewczynka bardzo się z tego cieszy, ale cały czas zastanawia się, co powiedzieć mamie. - Chyba najpierw powiem, że mam to wszystko z parafii, a za kilka dni powiem prawdę - deklaruje Marysia.

Microway

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy