Reklama

Nogą ją, nogą!

Są rzeczy dziwne, przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej niewytumaczalne, niezrozumiałe, tajemnicze. Mroczna dusza kobiety każe jej wchodzić - bez zamiaru kupna - do każdego napotkanego sklepu z obuwiem. Podobnie piekielne moce każą każdemu mężczyźnie kopnąć to, co mu się aktualnie plącze pod nogami - pisze Leszek Mazan.

Kiedyś były to szyszki albo poobiadowe resztki kości pterodaktyla. Dziś jest to najczęściej puszka po piwie. Mężczyzna kopie, bo musi. Jeśli nie kopie, bo nie musi, to nie jest prawdziwym mężczyzną. Oto i cała tajemnica fenomenu popularności piłki nożnej.

Transmisję ostatniego meczu z Walią oglądało siedem milionów Polaków. A ilu ich siądzie przed telewizorami, jeśli awansujemy do finałów mistrzostw świata? Historykom polskiej telewizji umknęły zupełnie fakty związane z relacją z MŚ w 1968 roku w Meksyku. Transmisji (z wyjątkiem spotkania finałowego) TVP wtedy nie kupiła - zabronił ówczesny I sekretarz KC partii Władysław Gomułka, który wściekł się na planowany "zbędny wydatek" w wysokości, jeśli dobrze pamiętam, 150 tysięcy starych, dobrych dolarów.

Reklama

W efekcie już w pierwszym dniu mistrzostw państwo poniosło straty znacznie większe: naród olewał robotę i jechał w te rejony nadgraniczne, gdzie można było oglądać telewizję czechosłowacką czy niemiecką. Na dachach wysokich bloków mieszkalnych instalowano - oczywiście prywatnie - specjalne wysokie anteny wykonywane z deficytowych, reglamentowanych - a także kradzionych na potęgę przez kibiców, gdzie się dało - rurek, kabli, nakrętek etc. etc.

Odbiór, pamiętam dobrze, był wcale, wcale - przynajmniej w Krakowie i na Śląsku. Dodajmy, że sygnał telewizyjny z Meksyku do Moskwy szedł siecią Interwizji przez Hawanę, Pragę i Kraków, a więc mogliśmy swobodnie oglądać mecze na Krzemionkach. Już w trzecim dniu pod krakowskim ośrodkiem telewizyjnym zgromadził się spory tłum, głównie studentów - obywateli Trzeciego Świata. Chłopcy z techniki, ludzie o gołębich sercach, wystawili monitory na parapety okien. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jeszcze przed zakończeniem meczu na Krzemionki zwaliło się pół Krakowa...

Dziś na szczęście podobne pomysły oszalałych polityków nam nie grożą. Wprawdzie żyjemy w kraju, gdzie wszystko jest możliwe, ale przy dzisiejszym stanie techniki ani Rokita (który zresztą podobno nie cierpi piłki), ani Kaczyński, ani nikt, kto dorwie się do premierowania, nie może zabronić prezesowi Dworakowi czy właścicielom pozostałych stacji transmisji z Niemiec. Zapowiada się więc na przyszły rok wcale niezły początek lata - niezależnie od tego, czy polska reprezentacja zagra w finale mistrzostw, czy wprost przeciwnie.

A swoją drogą, jaka szkoda, że już nigdy nie dowiemy się, ilu widzów oglądało 15 maja 217 roku pierwszy odnotowany przez kroniki, a rozegrany w Anglii mecz piłkarski Brytowie kontra rzymscy legioniści (ci sami, od których podobno wywodzi się Legia Warszawa).

Leszek Mazan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy