Reklama

Porwał samolot dla okupu i zniknął

W latach 70. XX wieku uprowadzono samolot linii Northwest Orient. Do dziś nie ustalono, kim był porywacz ani co się z nim stało.

W środę, 24 listopada 1971 roku, o 8.30 rano z lotniska w Waszyngtonie wystartował samolot linii Northwest Orient. Był to boeing, model 727-100, co później okazało się w tym przypadku bardzo istotne. Maszyna kierowała się do Seattle. Trasa wiodła nad takimi miastami, jak Minneapolis, Great Falls oraz Portland. Lot przebiegał rutynowo, pogoda była dobra. Nic nie zapowiadało jakichkolwiek nadzwyczajnych wydarzeń.

To miał być spokojny rejs

Kilka godzin później samolot miał międzylądowanie w Portland. Tu wsiadło na pokład jeszcze kilka osób, między innymi niczym się niewyróżniający mężczyzna w wieku między 40 a 50 lat. Był ubrany w zwykły garnitur, nosił ciemne okulary. W ręku trzymał wypchaną, nieco już podniszczoną skórzaną teczkę. Na liście pasażerów figurował jako Dan Cooper. Maszyna wystartowała i kontynuowała lot do Seattle z 37 pasażerami i pięciorgiem członków załogi. W pewnym momencie Cooper bez słowa wręczył stewardesie, Florence Schnaffer, złożoną na czworo karteczkę. Kobieta sądziła, że jest to mało wyszukana próba umówienia się z nią na randkę. Wielokrotnie wcześniej trafiali jej się pasażerowie, którzy usiłowali podrywać ją w podobny sposób. Przekonana, że tak jest i tym razem, włożyła kartkę do kieszeni, zamierzając rzucić na nią okiem w wolnej chwili. Wówczas Cooper poprosił ją, aby bezzwłocznie przeczytała jego liścik.

Pieniądze albo... Bum!

Na kartce widniało jednoznacznie sprecyzowane żądanie. W Seattle linie lotnicze Northwest Orient miały dostarczyć do samolotu 200 tys. dolarów w nieoznaczonych banknotach oraz kilka spadochronów. W przeciwnym razie maszyna mogła wylecieć w powietrze. Jakby na potwierdzenie tych słów Cooper otworzył swoją teczkę. Przerażona stewardesa ujrzała wewnątrz złożony z kilku walców i przewodów skomplikowany mechanizm, kojarzący się jednoznacznie z ładunkiem wybuchowym. Florence natychmiast ruszyła do kabiny pilotów, aby ich poinformować, że na pokładzie jest porywacz z bombą. Kapitan, William W. Scott, niezwłocznie porozumiał się z kontrolą lotów w Seattle. Towarzystwo lotnicze Northwest Orient zdecydowało się spełnić żądania porywacza. Prezes linii, Donald W. Nyrop, wydał polecenie, by załoga bez sprzeciwu postępowała według wskazówek kidnapera. Podczas gdy samolot krążył nad lotniskiem w Seattle, na ziemi zwołano grupę kryzysową.

Zezwolił na lądowanie

W porcie lotniczym pojawili się agenci FBI z żądanymi przez Coopera czterema ręcznie otwieranymi spadochronami. Zgromadzono również pieniądze. Biorąc pod uwagę liczbę spadochronów, funkcjonariusze federalni przypuszczali, że Cooper ma na pokładzie wspólnika. Dotychczas jednak nikt nie próbował skakać ze spadochronem z cywilnego odrzutowca... Kiedy stewardesa przekazała porywaczowi informację, że spełniono jego żądania, Cooper zezwolił na lądowanie. Maszyna znalazła się na ziemi o 17.40. Porywacz polecił pilotom, by zatrzymali samolot w odległej od terminalu części pasa startowego. Nakazał również przyciemnienie światła w kabinie pasażerskiej, prawdopodobnie po to, aby uniemożliwić namierzenie go policyjnym snajperom. Kapitan poprosił pasażerów o zachowanie spokoju i pozostanie na miejscach. Tymczasem Cooper rozmawiał z personelem lotniska. Zażądał dostarczenia okupu oraz spadochronów. Miała to zrobić jedna osoba.

Wypuścił pasażerów

Po chwili przedstawiciel linii lotniczych podjechał autem do odrzutowca. Tam, przy schodach w tylnej części maszyny, pod jej kadłubem, czekała na niego druga stewardesa, Tina Mucklow. Odebrała spadochrony i pieniądze, po czym przekazała wszystko porywaczowi. Kiedy Cooper otrzymał już to, co chciał, pozwolił kapitanowi wypuścić wszystkich pasażerów oraz Florence Schnaffer. Na pokładzie pozostali: kapitan, pierwszy oficer Bob Rataczak, mechanik pokładowy H. E. Anderson oraz stewardesa Tina Mucklow. Cooper zażądał uzupełnienia paliwa, zdecydował się bowiem, że poleci do Meksyku. Mało tego: zażyczył sobie, by maszyna poruszała się z prędkością zaledwie 170 węzłów, czyli około 320 km na godzinę i na wysokości nie większej niż 10 000 stóp, czyli 3 000 m (normalna wysokość przelotowa wynosi pomiędzy 7 600 a 11 000 metrów). Kapitan przekonywał go jednak, że samolot nie pokona tak dużego dystansu bez międzylądowania i tankowania. Potwierdził to pierwszy oficer, Rataczak, wyliczając przy takich parametrach lotu długość trasy na zaledwie 1 600 km. W końcu ustalono, że w Reno maszyna ma uzupełnić paliwo. W tym czasie do boeinga usiłował dostać się jeden z urzędników Federalnej Administracji Powietrznej. Mężczyzna chciał namówić porywacza do poddania się. Cooper nie zamierzał go jednak słuchać i nie wpuścił na pokład. Zdenerwowany tym incydentem zażądał przyspieszenia tankowania, by jak najszybciej odlecieć z Seattle.

Skok z kasą

Około godziny 20 maszyna ponownie wzbiła się w powietrze. Eskortowało ją kilka myśliwców, których piloci mieli obserwować drzwi ogonowe samolotu. Specjaliści od awiacji dowiedli bowiem, że jedyny bezpieczny sposób na opuszczenie boeinga w trakcie lotu wiedzie przez drzwi umieszczone pod kadłubem, tuż pod ogonem. Tylko w tym modelu boeinga zastosowano takie rozwiązanie, co tłumaczyło, dlaczego to właśnie on został wybrany przez porywacza. W pewnym momencie Cooper, siedzący samotnie w kabinie pasażerskiej, powiedział stewardesie, by weszła do kokpitu. Potem nakazał otwarcie drzwi pod ogonem odrzutowca. Kapitan wykonał polecenie, o czym świadczyło zapalenie się czerwonej kontrolki na pulpicie sterowniczym. Potem porywacz opuścił boeinga. Żaden z pilotów myśliwców nie zauważył skoku ze spadochronem.

Nad lasami w okolicach Portland

Było już ciemno, widoczność pogarszał padający deszcz, prawdopodobne jest też to, że Cooper, zdając sobie sprawę, że eskortują go samoloty wojskowe, zdecydował się pociągnąć za linkę otwierającą czaszę dopiero po kilkunastu sekundach od przekroczenia progu drzwi samolotu. Dwie godziny później boeing wylądował w Reno, z otwartym tylnym włazem (nie można go zamknąć w trakcie lotu). Na pokład maszyny natychmiast weszli agenci FBI i miejscowa policja. Odnaleziono odciski palców, należące prawdopodobnie do porywacza. Po Cooperze pozostał także krawat ze spinką i dwa z czterech spadochronów. Wraz z mężczyzną zniknęła jego torba z bombą, pieniądze oraz dwa spadochrony. Natychmiast rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę poszukiwania Dana Coopera. Z analizy parametrów lotu, chwili zapalenia się czerwonej lampki, prędkości i miejsca, w którym maszyna wówczas się znajdowała, wynikało, że mężczyzna wyskoczył nad lasami w okolicach Portland.

Gdzie on się podział?

Poszukiwania w przypuszczalnej strefie lądowania (był to obszar o powierzchni niemal 73 km kwadratowych), prowadzono zarówno na ziemi, jak i z powietrza. Brali w nich udział żołnierze U.S. Army oraz agenci FBI. Sprawdzanie leśnych postępów, załomów skalnych, rzek trwało aż do wiosny 1972 roku. Mimo to nie znaleziono żadnego śladu Coopera ani jego spadochronu. Śledczy postawili więc tezę, że mężczyzna mógł opuścić samolot w innym miejscu. Argumentowali, że określenie dokładnego rejonu lądowania było trudne, wziąwszy pod uwagę zarówno prędkość samolotu, wynoszącą ponad 320 kilometrów na godzinę, jak i zmienny wiatr. Do wyjaśnienia pozostała więc nadal kwestia, czy porywaczowi udało się jednak wylądować poza pierwotnie wyznaczoną strefą i czy przeżył skok. Skoro nie udało się trafić na ślad Coopera, FBI zintensyfikowało wysiłki, aby namierzyć przekazane mu pieniądze. Jednak i to nic nie dało. Cooper otrzymał m.in. 10 tys. dwudziestodolarówek.

Zginął podczas skoku?

Choć agenci federalni zarejestrowali na mikrofilmach numery seryjne całego pakietu pieniędzy, a banki i inne instytucje finansowe otrzymały to zestawienie, nie wypłynął żaden banknot. Linie Northwest Orient zdecydowały się ufundować nagrodę za jakąkolwiek informację, mogącą doprowadzić śledczych do porywacza bądź jego łupu. Towarzystwo lotnicze obiecywało wypłacić 15 proc. z odzyskanej sumy, nie więcej jednak niż 25 tys. dolarów. Ta akcja miała jedynie charakter propagandowy i wkrótce wycofano się z niej. FBI forsowało bowiem wersję, że sprawca zginął podczas skoku. Dwa lata po porwaniu gazeta z Portland w porozumieniu z FBI zaczęła publikować listę numerów przekazanych Cooperowi banknotów. Zaoferowano tysiąc dolarów nagrody dla pierwszej osoby, która odnajdzie choć jedną "trefną" dwudziestkę. Wkrótce potem gazeta z Seattle podbiła stawkę do 50 tys. dla szczęśliwego znalazcy. Jednak i ta akcja nie odniosła skutku.

W kwietniu 1972 roku na pokład samolotu linii United Airlines, lecącego do San Francisco, wsiadł w Denver człowiek podający się za Jamesa Johnsona. Wybrał on ten sam model samolotu, który został porwany przez Dana Coopera, czyli boeinga 727 z drzwiami ogonowymi. Johnson wniósł do maszyny atrapę granatu, niezaładowany pistolet oraz list z instrukcją dla załogi, który wręczył stewardesie. Zażądał czterech spadochronów, paliwa na kilka godzin lotu oraz 500 tysięcy dolarów. Linie United Airlines spełniły jego żądania. Kiedy pasażerowie zostali zwolnieni, a samolot ponownie wzbił się w niebo, mężczyzna zabrał pieniądze i wyskoczył nad niewielką miejscowością o nazwie Provo. Agenci FBI rozpoczęli poszukiwanie przestępcy w miejscu lądowania. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Jednym z mieszkańców Provo był 29-letni Richard McCoy. W rozmowach ze znajomymi nie ukrywał fascynacji wyczynem Dana Coopera. Po zdarzeniach na pokładzie maszyny linii United Airlines policja przyjrzała mu się dokładniej. Śledczy ustalili, że mężczyzna ćwiczył w wojsku skoki spadochronowe.

Reklama

Lokalna sensacja

Pasażerowie porwanej maszyny rozpoznali go potem na zdjęciu, a niezaprzeczalnym dowodem winy McCoya okazała się analiza porównawcza charakteru jego pisma z pismem, którym nakreślono instrukcję dla załogi. McCoy został zatrzymany we własnym domu. Znaleziono przy nim wyłudzone pieniądze, z zagarniętych 500 tysięcy zdążył wydać zaledwie kilkadziesiąt dolarów. Jego aresztowanie stało się lokalną sensacją. Spadochroniarz dotychczas uważany był za przykładnego męża i szanowanego członka społeczności Provo. Uczył w miejscowej szkółce niedzielnej, sąsiedzi i znajomi mieli o nim bardzo dobrą opinię. Richard McCoy trafił za kratki z wyrokiem 45 lat więzienia, wkrótce jednak uciekł. Zginął w 1974 roku podczas strzelaniny z policją, próbującą go ująć. Śladem zaginionej forsy Dan Cooper wciąż był poszukiwany. W przeciągu kolejnych lat pojawiło się kilka nowych tropów związanych z tajemniczym porywaczem.

Zgnita część okupu

Pierwszym okazała się tabliczka z instrukcją opisującą, jak otworzyć ogonowe drzwi boeinga 727. Odnalazł ją w 1978 roku myśliwy, wędrujący przez rejon położony na północ od przypuszczalnej strefy lądowania Coopera. Ustalono, że ów przedmiot pochodzi z porwanego samolotu. 10 lutego 1980 roku na płyciźnie rzeki Columbia, 8 km na północny zachód od Vancouver (Kanada), na terenie stanu Waszyngton (w USA) 8-letni chłopiec, przebywający z rodziną na pikniku, natknął się na niecodzienną rzecz. Dziecko zauważyło wystającą z gliny spiętą gumowymi taśmami paczkę zawierającą 294 gnijące już banknoty dwudziestodolarowe. Ich łączna suma wynosiła 5880 dolarów. Pieniądze były wetknięte w ziemię na głębokość pięciu centymetrów w odległości 12 metrów od rzeki. Po porównaniu numerów banknotów okazało się, że to część przekazanego Cooperowi przed dziewięciu laty okupu.

Żyje, czy nie żyje?

Znalezisko wywołało falę domysłów. Zarówno media, jak i śledczy oraz powołani przez nich eksperci prześcigali się w rozmaitych spekulacjach. Przedstawiono nierzadko sprzeczne ze sobą argumenty. FBI z zapałem przekonywało, że banknoty stanowią dowód śmierci Coopera, który zginął podczas skoku. Reszta pieniędzy - dowodzili agenci - albo czeka na odkrycie, albo już została przez kogoś znaleziona bądź też uległa zniszczeniu. Później śledczy oświadczyli, że paczka nie mogła leżeć w miejscu odnalezienia dłużej niż pięć lat z powodu nietrwałości spinającej pieniądze gumy, nieodpornej na panujące na tym obszarze warunki atmosferyczne. Wyglądało na to, że najtęższe mózgi zarówno w FBI, jak i w policji są bezradne w obliczu tego przypadku. Ostatecznie FBI wyraziło przekonanie, że Dan Cooper zginął podczas skoku.

Wciąż poszukiwany

Agencja nie zaprzestała jednak prób ustalenia tożsamości porywacza. W grudniu 2007 roku wznowiono śledztwo w tej sprawie. Pretekstem stało się uzyskanie profilu DNA Coopera określonego na podstawie próbek pobranych z krawata, który kidnaper pozostawił na pokładzie samolotu. FBI opublikowała w internecie portrety pamięciowe porywacza, licząc na to, że ktoś skojarzy jego twarz. Ujawniono także nowe, nieznane wcześniej fakty, jak choćby rzeczywistą liczbę dostarczonych Cooperowi spadochronów. Do tej pory podawano, że było to kilka sztuk, teraz agencja poinformowała, że chodziło konkretnie o cztery egzemplarze. Zaprezentowano zakupiony przez porywacza bilet, opiewający na sumę 18 dolarów. W internecie opublikowano numery seryjne przekazanych mu banknotów, tym samym stały się one dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Śledczy ujawnili także informację o tym, że wśród spadochronów znalazł się model szkoleniowy, nieprzeznaczony do skoków.

Kompletny laik

Nie odnaleziono go na pokładzie maszyny po opuszczeniu jej przez Coopera. Ponadto FBI odwołało wcześniejsze twierdzenia, głoszące, jakoby był on doświadczonym skoczkiem. Agenci po szczegółowym przeanalizowaniu całej sprawy uznali, że tylko kompletny laik wyskoczyłby z samolotu w ciemności i ulewie, bez żadnego naprowadzającego światła na ziemi. Porwania, jakich dokonali Dan Cooper, a potem Richard McCoy, doprowadziły do głębokich zmian zasad bezpieczeństwa, obowiązujących w lotnictwie cywilnym. W portach lotniczych wprowadzono do użycia wykrywacze metalu, zmodyfikowano także wszystkie egzemplarze boeinga 727. Zostały one wyposażone w specjalny element, tzw. Cooper vane (od nazwiska Coopera). Był to specjalny klin, który uniemożliwiał otwarcie drzwi ogonowych w trakcie lotu.

Źródło inspiracji

Historia porwania samolotu linii Northwest Orient nawet po latach nie przestaje fascynować. W 1981 roku nakręcono film fabularny pt. "W poszukiwaniu D. Coopera", oparty na wydarzeniach na pokładzie boeinga 727. Do postaci podniebnego kidnapera nawiązali twórcy takich seriali jak "Renegat", "Miasteczko Twin Peaks" czy "Skazany na śmierć". Powstało również wiele książek i artykułów na ten temat. Od uprowadzenia maszyny minęły prawie cztery dekady, tym samym szanse na odnalezienie Coopera stają się coraz mniejsze. Gdyby żył, miałby dziś około dziewięćdziesiątki. Jak potoczyły się losy człowieka, który nie stosując fizycznej przemocy, unikając ofiar, zagrał na nosie policji i FBI? Tego być może nigdy się już nie dowiemy, a samo przestępstwo będziemy mogli zaliczyć do "doskonałych", ponieważ na zawsze pozostanie niewyjaśnione.

Zygmunt Gołąb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama