Reklama

Mordercy czekali o zmierzchu

Trzech mężczyzn chciało się wzbogacić, napadając i mordując właścicieli kantorów. Ludzkie życie nie miało dla nich żadnej wartości.

Tego pochmurnego październikowego dnia od rana siąpił deszcz. Florian B., 58-letni właściciel kantoru w M., niewielkim mieście położonym w południowej Małopolsce, nie był zadowolony z obrotów. Klienci nie dopisali. Zjawiło się zaledwie trzech wyglądających na turystów obcokrajowców, którzy wymienili niewielkie kwoty w euro. Florian B. nawet się temu nie dziwił: W taką pogodę trudno mówić o zwiedzaniu, stąd pustki w kantorze - pomyślał. Ok. 17.30 zaczął podliczać utarg. Stwierdził, że w kasie zebrało się niewiele ponad 3,5 tysiąca złotych.
 - Wiesz, Józek - zwrócił się do swego 30-letniego syna, z którym prowadził kantor - nie będziemy odwozić pieniędzy do banku. Suma nie jest wielka, zamkniemy gotówkę w sejfie i pojedziemy od razu do domu. Mama obiecała nam pyszne łazanki na kolację.  

Reklama

Młody mężczyzna skinął głową na znak zgody. On także uważał, że majątku dzisiaj nie zarobili i można utarg zostawić na miejscu, zwłaszcza że przed miesiącem zamontowali nowy sejf. Gdyby chodziło o większe pieniądze, 50 czy 100 tysięcy, to co innego. Teraz jednak nie widzieli takiej potrzeby. Poza tym mieli jeszcze zainstalowany alarm, więc czuli się pewniej. Punktualnie o 18 zamknęli kantor, wsiedli do zaparkowanego na chodniku opla i pojechali w kierunku przedmieść M. 

 Seria bez ostrzeżenia

Florian B. z synem dotarli do domu po 20 minutach. Dzisiaj jechali trochę dłużej niż zwykle, uważali w drodze, bo jezdnia po całodziennych opadach była śliska. Na szczęście pod koniec trasy zaczęło się przejaśniać. Zatrzymali się przed bramą prowadzącą do ich willi. Nie zwrócili uwagi na zaparkowane kilkadziesiąt metrów dalej ciemnoniebieskie volvo.

Józef B. wysiadł i zaczął odsuwać skrzydła bramy, po chwili ruszył w kierunku garażu, by otworzyć drzwi. Wtedy skrzypnęła furtka położonej w głębi podwórza drewutni. Mężczyzna zauważył wyłaniającą się z mroku postać, ledwo widoczną w blasku oddalonych lamp ulicznych. Osobnik miał na twarzy kominiarkę, w ręku trzymał jakiś długi przedmiot. Młody biznesmen poczuł, że przerażenie ściska mu gardło. Chciał się odwrócić, aby ostrzec ojca, ale wtedy padły strzały. Seria z pistoletu maszynowego była krótka i celna. Wszystkie pociski trafiły Józefa B. w pierś. Mężczyzna, nie wydając z siebie nawet jęku, upadł na ziemię. Zginął na miejscu.

Florian B., widząc, co spotkało syna, chciał się ratować. Wypadł z samochodu i próbował dostać się do domu przez boczną furtkę, prowadzącą wprost do drzwi wejściowych. Jednak tam za żywopłotem czaił się drugi uzbrojony napastnik. 58-latek zdołał przebiec jedynie kilka metrów, gdy otrzymał dwa postrzały w pierś z pistoletu. Zachwiał się i opadł na kolana. Nie mógł złapać tchu, przez załzawione oczy widział sylwetkę zbliżającego się mordercy, trzymającego wycelowaną w niego broń.

Zabójca dobił go trzecim strzałem prosto w skroń. Potem zaczął starannie przeszukiwać ubranie ofiary. Wyjął z kieszeni Floriana B. portfel i pokręcił głową, wyraźnie rozczarowany jego zawartością. Wtedy zjawił się przy nim drugi bandyta, który zastrzelił Józefa B.
- U młodego znalazłem pięć dych w spodniach. Kasę pewnie mają w samochodzie - powiedział. - Szybko, za długo już tu siedzimy! - ponaglił go partner.

Gdy obaj przeszukiwali auto, drzwi na ganku otworzyły się i stanęła w nich żona Floriana B., zaniepokojona dziwnymi odgłosami dobiegającymi z podwórka. Nie słyszała ich wyraźnie, bo w kuchni, w której przygotowywała kolację, głośno grało radio. Patrzyła przed siebie, ale w mroku początkowo niewiele widziała, do tego znowu zaczęło padać. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegła ciemny kształt na wyłożonej kamienną kostką ścieżce. Jej serce ścisnęło przerażenie, kobieta drżącą ręką poszukała włącznika podwórkowej lampy.

Kiedy zobaczyła zakrwawione zwłoki męża, zaczęła krzyczeć. Zszokowana zbrodnią, nie zauważyła dwóch mężczyzn odbiegających od stojącego przed bramą auta Floriana B., nie usłyszała też warkotu silnika samochodu, którym odjechali mordercy.

Miły człowiek z przeszłością


Dokonany w 2007 roku napad na właścicieli kantoru w M. był czwartym tego rodzaju skokiem, zorganizowanym przez grupę przestępców, na której czele stał Paweł H. Ten 48-letni mężczyzna uprawiał pomidory i paprykę. W okolicy zapracował sobie na opinię szanowanego obywatela, mieszkał w pobliżu T., niewielkiej miejscowości na pograniczu województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Poza tym miał bardzo ciekawą przeszłość, o której nie wiedzieli ani jego sąsiedzi i znajomi, ani nawet własna żona.

Na początku lat 90. ubiegłego wieku Paweł H., wówczas bezrobotny absolwent technikum budowlanego, intensywnie szukał pracy. W wyuczonym zawodzie nie mógł jej znaleźć, skorzystał więc z oferty jednego z przygodnie poznanych znajomych. Człowiek ten, mieszkaniec Przemyśla, zaproponował mu udział w przemycie przez granicę polsko-ukraińską różnych towarów, głównie papierosów i alkoholu. Paweł H. posiadał prawo jazdy na ciężarówki i przez kilka następnych lat systematycznie jeździł na Wschód.


Szło mu całkiem nieźle. Wożenie kontrabandy wymaga zimnej krwi i umiejętności szybkiej reakcji na zagrożenia, a tych cech młodemu mężczyźnie nie brakowało. Zauważyli to szefowie grupy i Paweł H. szybko awansował w przestępczej hierarchii. Nie musiał już sam wozić towaru, zajął się organizacją przerzutów i kontaktami z partnerami po stronie ukraińskiej. Przemytniczy biznes kręcił się aż miło, tania wódka i papierosy zapełniały przygraniczne targowiska. Paweł H. zarabiał pieniądze, o których jeszcze niedawno nawet nie mógł marzyć, odkuł się za wszystkie czasy. Wreszcie poczuł, co to znaczy mieć prawdziwą forsę. Zaczął korzystać z życia, kupować luksusowe auta, bywać w ekskluzywnych lokalach, jeździć na drogie zagraniczne wycieczki.

Mafijne porachunki

Jednak jesienią 1996 roku Paweł H. nieoczekiwanie zniknął. Z dnia na dzień wycofał się z przemytniczego interesu i przestał się pokazywać na polsko-ukraińskim pograniczu. Podobno oznajmił kolegom z gangu, że ma już dosyć i zamierza się ustatkować, otworzyć jakiś legalny biznes. Lecz w przemyskim półświatku krążyła plotka, że ta nagła rezygnacja z bardzo przecież zyskownej działalności została spowodowana czymś zupełnie innym. Opowiadano historię o trzech Ukraińcach, których zwłoki odnaleziono w ich samochodzie porzuconym w okolicach Kielc. Mężczyźni ci zostali zastrzeleni, dokonano na nich egzekucji. Podobno byli powiązani z lwowską i kijowską mafią i zajmowali się hurtowym przerzutem papierosów przez granicę. Parokrotnie popadli w konflikt z grupą, dla której pracował Paweł H. Ludzie znający dobrze to środowisko sugerowali, że to on i jego kompani odpowiadają za śmierć Ukraińców. Miał być to rodzaj demonstracji, zaznaczenia własnej strefy wpływów. Po tamtej akcji zabójca musiał zniknąć w obawie przed odwetem.

Policja wszczęła śledztwo w sprawie morderstw, ale po roku je umorzono z powodu niewykrycia sprawców. A Paweł H. zjawił się w okolicach T., gdzie za stosunkowo nieduże pieniądze nabył podupadające gospodarstwo ogrodnicze. Wyremontował stare szklarnie, zainwestował w foliowe tunele, wprowadził do uprawy nowe odmiany warzyw. Szło mu całkiem nieźle. Ożenił się z miejscową dziewczyną i wkrótce doczekał się z nią dziecka. Zasłużył na opinię człowieka uczynnego i uprzejmego.

Kantorowcy mają kasę

W lipcu 2006 roku Paweł H. pojechał  do Sandomierza z transportem świeżych pomidorów dla jednej z tamtejszych hurtowni spożywczych. Odstawił towar do magazynu, zostawił w biurze fakturę i, stwierdziwszy, że ma jeszcze trochę czasu, postanowił napić się kawy. Poszedł do swojej ulubionej kafejki na Starówce.  Usiadł w ogródku i przeglądając gazetę czekał, aż kelnerka przyniesie filiżankę. W pewnym momencie do jego stolika podszedł wysoki mężczyzna, z przyjaźnie wyciągniętą ręką.

- Paweł?! Kopę lat! Pamiętasz jeszcze chyba starego kumpla?

H. podniósł wzrok znad gazety, rozpoznał Stanisława K., znajomego z przemytniczych czasów. Zdarzyło im się wówczas kilka razy współpracować.

- Klapnij sobie - wskazał mu krzesełko przy swoim stoliku. - Co słychać? Mężczyzna usiadł i ciężko westchnął.

- Ech, kiepskawo. Też musiałem wynieść się z Przemyśla, bo gliny za bardzo zaczęły koło mnie węszyć. No i tak w ogóle to od czasu, jak weszliśmy do Unii, kanada na granicy się kończy. Coraz bardziej pilnują, skurczybyki, trudno coś przewieźć. Miałeś nosa, żeś się w samą porę wyniósł.

Paweł H. dowiedział się od niego, że już od roku mieszka w Sandomierzu kątem u swojej siostry. Pracy stałej nie miał, imał się różnych dorywczych robót. Rzecz jasna nie narzekał na nadmiar kasy. Kawiarnia była położona naprzeciwko niewielkiego kantoru. Co chwilę ktoś do niego wchodził. Zabytkowe nadwiślańskie miasto odwiedzało wielu zagranicznych turystów,

- Popatrz choćby na tych... - Stanisław K. wskazał ruchem głowy na kantor. - Dobry biznes, nie ma co. Siedzisz, wymieniasz papierki i liczysz zyski. Kasa płynie za samo ruszanie palcami. Jak myślisz, ile dziennie odnoszą do banku? Sto paczek?

- Może i nawet więcej - odparł Paweł H., obserwując wychodzącą z kantoru parę młodych Japończyków, obwieszonych aparatami fotograficznymi. Chłopak chował właśnie do portfela plik banknotów.

- Jeśli taki punkt znajduje się w dobrym miejscu, to jest jak kura znosząca złote jajka...

Nie dokończył, bo pojawiła się przy nich kelnerka. Zamówił dla dawnego znajomego piwo i popijając przestygniętą kawę nad czymś intensywnie rozmyślał.

- Pisałbyś się może na robotę? - odezwał się po dłuższej chwili. - Wiesz, taką grubszą.

- Nie mówisz chyba o targaniu skrzynek z pomidorami? - spytał Stanisław K.

Paweł H. zaprzeczył. Przy kantorze zatrzymał się autobus z niemieckimi tablicami rejestracyjnymi. Wysypała się z niego grupka emerytów, po czym wszyscy skierowali się do punktu wymiany walut. Plantator sięgnął do podręcznej torby i po chwili położył przed dawnym kolegą notes i długopis.

- Zapisz mi swój adres i telefon. Myślę, że się niedługo odezwę.

 Namierzanie celu

To wtedy, obserwując jeden z sandomierskich kantorów, Paweł H. wpadł na swój diabelski pomysł. Podczas późniejszego śledztwa i procesu nie wyjaśnił, dlaczego właściwie zdecydował się kierować bandą strzelających do ludzi gangsterów. Nie narzekał na brak pieniędzy, jego warzywniczy interes zapewniał mu przyzwoite dochody. Jemu i jego rodzinie żyło się dostatnio.

Nie powiedział wówczas Stanisławowi K., że ma na myśli "mokrą" robotę. Jeszcze mu nie ufał, poza tym chciał najpierw wszystko obmyśleć. W pierwszym rzędzie należało zdobyć jakąś broń. Paweł H. odnowił więc znajomość z ludźmi, o których wiedział, że mogą ją dla niego załatwić. Już po miesiącu otrzymał pistolet maszynowy PM-63, zwany RAK-iem, oraz gazową Berettę, łatwą do przerobienia na prawdziwą amunicję. Potrzebował jeszcze kogoś, kto by się tym zajął.

W swym gospodarstwie czasami zatrudniał 25-letniego Kamila T., który miał opinię miejscowej złotej rączki. Młody mężczyzna znał się na ślusarce, interesował się też militariami. Paweł H. spotkał się z nim kilka razy, długo rozmawiali i w końcu Kamil T. zgodził się dostosować Berettę do ostrych naboi. W resztę swoich planów plantator wolał go na razie nie wtajemniczać.

Po długim namyśle doszedł do wniosku, że powinien działać w miejscowościach oddalonych od T., najlepiej w sąsiednim województwie. Dość dobrze znał miasteczka południowej Małopolski i postanowił, że na pierwszy ogień pójdzie R., położone przy drodze do Nowego Sącza. Był tam duży kantor. Pewnego wrześniowego dnia oznajmił żonie, że wyjeżdża na cały dzień.
O 13 był już w R. - rozpoczął obserwację swojego celu.

Zaparkował na sąsiedniej ulicy i przez jakiś czas spacerował przed kantorem, przyglądając się, kto do niego wchodzi. Sam też zajrzał do środka i wymienił dziesięć dolarów. W kasie siedziała kobieta, z wyglądu 60-latka. Przez uchylone drzwi zobaczył, że na zapleczu w drugim pomieszczeniu przebywał starszy mężczyzna, najprawdopodobniej właściciel.

Paweł H. wyszedł i znalazł niedaleko przytulną kafejkę. Przesiedział w niej aż do jej zamknięcia. Przez okno widział, jak o godz. 18 pod kantor podjechał bordowy peugeot 306. Siedziała w nim bardzo umalowana blondynka, wyglądająca na 40 lat. Po chwili wyszli mężczyzna z kasjerką, zamknęli drzwi na klucz, pracownica pożegnała się. Mężczyzna wsiadł do peugeota, w ręku trzymał dość wypchaną reklamówkę. Paweł H. doszedł do wniosku, że są w niej paczki banknotów. Opuścił kafejkę, wsiadł do swego auta i pojechał do domu. Postanowił wrócić tu za kilka dni.

Ponownie pojawił się w R. pod koniec tygodnia, w piątek. Zaparkował nieopodal kantoru. Tak jak poprzednio o 18 przyjechała peugeotem blondynka, i tym razem starszy mężczyzna bez ochrony z wypchaną torbą w ręku wsiadł do samochodu. Paweł H. ruszył za nimi. Wkrótce ustalił, że para mieszka w obszernej parterowej willi na przedmieściu, stojącej w pewnym oddaleniu od innych zabudowań. To bardzo ułatwiało mu wykonanie planu...

Jeszcze dwukrotnie przyjeżdżał do R. i obserwował kantor i jego właścicieli, Ryszarda i Janinę C. Potem, na początku października 2006 roku, postanowił działać. Pozostała jeszcze decydująca rozmowa ze Stanisławem K. i Kamilem T.

Strzelać tak, aby zabić

Z pierwszym Paweł H. spotkał się w Sandomierzu. Nie chciał z nim rozmawiać w miejscu publicznym, obawiając się, że ktoś mógłby ich podsłuchać. Pojechali za miasto, na wiślaną skarpę. Tam bez większych wstępów wyjaśnił Stanisławowi K., o jaką robotę chodzi. Jego dawny kolega namyślał się przez dłuższą chwilę.

- A ile bym z tego miał? - zapytał w końcu.

- Trudno powiedzieć, ale spodziewam się co najmniej 100 tysięcy, do podziału na trzech, bo prócz nas dwóch będzie potrzebna jeszcze jedna osoba - wyjaśnił plantator. Stanisław K. zastanawiał się jeszcze przez moment, a potem zgodził się wziąć udział w napadzie. Spotkanie z drugim potencjalnym wspólnikiem, Kamilem T., przebiegło podobnie. Młody mężczyzna wręcz entuzjastycznie przystał na propozycję.

 - No, wreszcie coś się dzieje - oznajmił. - W tej naszej mieścinie to skonać z nudów można. Kiedy zaczynamy?

Lecz jego szef uważał, że w takim przedsięwzięciu pośpiech nie jest wskazany. Pojechał jeszcze raz do R. i do wieczora obserwował kantor. Później spotkał się ze wspólnikami i przedstawił im plan napadu.

- To ma być akcja błysk, jakby robili ją komandosi - tłumaczył. - W dwie minuty trzeba się uwinąć i wiać, wiecie, chodzi o ewentualnych świadków. Nie będzie czasu na patyczkowanie się, strzelacie z bliska w klatę, "na komorę", jak mówią myśliwi.

- Może ich tylko postraszyć? - spytał Stanisław K. - Pokazać im spluwy, to sami oddadzą kasę.

Paweł H. spojrzał na nich twardo. Wyglądał na człowieka, który dokładnie wszystko przemyślał i wyzbył się wszelkich wątpliwości.

- A jeśli się nie spietrają i nie oddadzą? I zaczną się szarpać, wzywać pomocy? Nie, kolego, najlepszy jest trup. Możesz mu zabrać, co ci się podoba.

Ustalili, że napadną na Ryszarda i Janinę C., kiedy małżonkowie dojadą do domu i będą wysiadali z samochodu. Termin akcji ustalili na połowę listopada. - Po 18 na dworze będzie już dość ciemno - wyjaśniał Paweł H., podkreślając, że noc sprzyja zaskoczeniu. Ofiary nie zauważą przyczajonych w mroku napastników, także potencjalni świadkowie, gdyby tacy się znaleźli, niewiele zobaczą.

Potem rozdzielił zadania - Kamil T. zajął się bronią, czyli przede wszystkim wytoczył nowe lufy dla RAK-a i Beretty oraz zeszlifował z pistoletów numery seryjne, aby uniemożliwić ich identyfikację. Konserwował je i regularnie przestrzeliwał. Stanisław K. pełnił funkcję łącznika między nimi, czasem pomagał też Pawłowi H. w wyszukiwaniu i obserwacji potencjalnych ofiar. Plantator zdecydował także, że zabójstwami i rabunkiem zajmą się jego wspólnicy. On sam odpowiadał za ucieczkę z miejsca zbrodni.

Pierwsza krew

Do napadu na małżonków C. doszło 16 listopada 2006 roku. Wszystko potoczyło się według obmyślonego przez Pawła H. planu. Jego uzbrojeni wspólnicy zaczaili się na podwórku przed domem przyszłych ofiar, schowani za wielkim świerkiem, rosnącym przy płocie. Ten odcinek ulicy był słabo oświetlony i po zachodzie słońca teren posesji pogrążył się w głębokim mroku. Pomysłodawca napadu siedział w samochodzie z przyciemnionymi szybami zaparkowanym kilkadziesiąt metrów przed bramą wjazdową. Czekał na właścicieli kantoru.

Zjawili się o 18.30. Ich peugeot zatrzymał się na moment przed otwierającą się bramą. Po chwili auto wjechało na podwórko. Kiedy para wysiadła, zza świerka wyskoczyli napastnicy. Zgodnie z instrukcją nie wdawali się w żadne rozmowy, tylko natychmiast zaczęli strzelać. Wcześniej uzgodnili, że Kamil zabije kobietę, a Stanisław mężczyznę.

Janina C. dostała w piersi i brzuch serię pocisków z RAK-a, morderca strzelał z odległości paru metrów i nie mógł nie trafić. Kobieta padła na wznak, zginęła na miejscu. Równocześnie zaatakowano jej męża - po trzech postrzałach z beretty w górną część tułowia i szyję nie miał szans na przeżycie. Jedna z kul rozerwała mu tętnicę, wykrwawił się niemal natychmiast.

Napastnicy, upewniwszy się, że małżonkowie nie żyją, przeszukali ich samochód. Na tylnym siedzeniu znajdowała się plastykowa wypchana torba. Kamil T. chwycił ją i wraz ze wspólnikiem wypadł na ulicę. Mordercy wskoczyli do auta, w którym czekał na nich Paweł H. Kiedy usłyszał strzały, natychmiast uruchomił silnik. Gdy jego kompani znaleźli się w środku, odjechał, nie włączając świateł. Do końca chciał utrudnić obserwację ewentualnym świadkom. Zapalił reflektory dopiero za rogatkami R.

 Śmiertelna loteria

Brutalne zabójstwo małżonków C. opłaciło się bandzie. W zrabowanej torbie znajdowało się prawie 130 tys. złotych. Łup został podzielony równo na trzy części. A Paweł H. zaczął się zastanawiać nad następnym skokiem.

Po raz drugi uderzyli w marcu 2007 roku. Tym razem ich celem był 42-letni Bartosz G., właściciel kantoru w S., mieście odległym o 50 kilometrów od R. Akcję przeprowadzono według wypróbowanego wcześniej schematu. Najpierw przez przeszło tydzień Paweł H., czasem w towarzystwie Stanisława K., obserwował przyszłą ofiarę, a po zebraniu niezbędnych informacji zadecydował o terminie napadu. Bartosz G. nie mieszkał w samodzielnym domu, lecz w bloku, dlatego miał zginąć na osiedlowym parkingu, gdzie zostawiał samochód.

Bandyci przeprowadzili akcję w pochmurny i deszczowy dzień, co dodatkowo ułatwiło im zadanie. Kiedy zjawił się właściciel kantoru, na parkingu poza zabójcami nikogo nie było. Mężczyzna zginął od dwóch strzałów z Beretty oddanych z odległości niespełna trzech metrów. Jeden z pocisków trafił go prosto w serce.

Lecz tym razem morderców czekało rozczarowanie. Przeszukali samochód i zwłoki, jednak, poza portfelem z kartami kredytowymi i kilkuset złotymi w gotówce, innych pieniędzy nie znaleźli. Właściciel kantoru nie zabrał ze sobą utargu. Zabili go na darmo.

Kiedy wspólnicy powiedzieli o tym Pawłowi H., wzruszył ramionami.

- No cóż, to jest trochę jak loteria, raz się trafi, raz nie - powiedział. - Poza tym i tak najważniejsza jest zabawa. Czasem sama gra bywa ciekawsza od wyniku.

Kamilowi T. i Stanisławowi K. ta argumentacja nie do końca przypadła do gustu, ale nie mieli odwagi o tym dyskutować z szefem.

Potrzebna specgrupa

Po zabójstwie Bartosza G. media skojarzyły ten incydent z napadem na małżonków C. i zaczęły pisać o działającym w Małopolsce gangu, który - jak wskazywały okoliczności obu morderstw - specjalizuje się w brutalnych atakach na handlujących walutą. Policjanci myśleli podobnie.

Niestety, śledztwo w sprawie wydarzeń w R. i S. nie przynosiło żadnych rezultatów. Dokładnie zbadano wszelkie ślady, przesłuchano setki osób - bez skutku. Nikt nic nie widział. Co prawda wskazano kilku ludzi, zdaniem świadków kręcących się bez celu przed kantorami, tak jakby je obserwowali, lecz śledczy wykazali, że mężczyźni ci nie mieli nic wspólnego z napadami. Badanie kul wyjętych z ciał ofiar także niewiele dało, gdyż wystrzelono je z nierejestrowanej broni. Funkcjonariusze nie mogli znaleźć żadnego tropu prowadzącego do bandytów, tak jakby zabójcy po dokonaniu morderstwa rozpłynęli się.

Do kolejnej zbrodni doszło we wrześniu 2007 roku, znowu w wyjątkowo pochmurny i deszczowy dzień. W podkarpackim miasteczku N. zginął 53-letni właściciel kantoru. Został zastrzelony przed domem z bliskiej odległości serią z RAK-a. W skradzionej przez napastników aktówce miał przeszło 70 tysięcy złotych.

Po tym krwawym napadzie prasa zaczęła pisać o gangu kantorowych zabójców. Gdy niespełna dwa miesiące później zastrzelono Floriana i Józefa B., w krakowskiej komendzie wojewódzkiej powołano specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą.

Szef ekipy zaczął od zebrania współpracowników. Miał pewien pomysł, jak ugryźć tę nietypową sprawę.

- Z akt wszystkich czterech przypadków wynika - mówił podwładnym - że zabójcy doskonale znali zwyczaje ofiar. To oznacza, że prowadzili przedtem drobiazgową obserwację. Nikt ich nie zapamiętał, więc z pewnością pochodzili spoza miejscowości, w których doszło do napadów. Myślę, że ci bandyci są spoza Małopolski, pewnie z któregoś z sąsiednich województw. Moim zdaniem to, czego nie zauważyli ludzie, mogły zarejestrować kamery. Przed kantorami, których właścicieli napadnięto, kamer nie zamontowano, ale są w innych miejscach. Musimy zdobyć i przejrzeć zapisy ze wszystkich miejscowości, w których doszło do napadów. Zajmiemy się okresem dziesięciu dni poprzedzających każdą zbrodnię. Będziemy szukać samochodu z obcą rejestracją, który pojawił się przed napadem w każdym z tych miast. Jeśli znajdziemy takie auto przynajmniej w dwóch miejscach, to najprawdopodobniej siedział w nim wysłany przez gang obserwator.

Przez następne kilkanaście tygodni licząca prawie 30 osób grupa policjantów przeglądała setki godzin nagrań wideo i identyfikowała obce samochody osobowe, odwiedzające R., S., N. i M. Dane wrzucano do komputera, aby móc je natychmiast porównać. I w piątym miesiącu tego żmudnego śledztwa wytropiono volvo, którym jeździł Paweł H. Kamery na stacji benzynowej w R. oraz przed centrum handlowym w M. zarejestrowały poszukiwany samochód.

Młody sypnął


Właściciela volvo objęto dyskretną obserwacją. Policyjni wywiadowcy szybko ustalili, że dobrym znajomym ogrodnika jest Kamil T., znany w okolicy miłośnik militariów. Szeptano, że ma broń, ktoś go podobno widział, jak strzelał w lesie do puszek.

Wynik rewizji w jego mieszkaniu przeszedł najśmielsze oczekiwania funkcjonariuszy. W skrytce w podłodze pod łóżkiem Kamila T. znaleziono pistolet maszynowy RAK i Berettę, obie sztuki z wytrawionymi kwasem numerami. W drugim schowku, w piwnicy, znajdował się pokaźny zapas amunicji. Młodego mężczyznę aresztowano pod zarzutem udziału w grupie przestępczej i popełnienia sześciu morderstw. Już podczas pierwszego przesłuchania załamał się i opowiedział śledczym wszystko, co wiedział o napadach na właścicieli kantorów. Wsypał też wspólników, Pawła H. i Stanisława K.

Zatrzymany przez policję plantator początkowo nie przyznawał się do winy. Gdy skonfrontowano go z zeznaniami Kamila T., odmówił jakichkolwiek wyjaśnień. Tak samo postąpił aresztowany wraz z nim Stanisław K. Podczas późniejszego procesu, mimo że ich wina nie ulegała wątpliwości, nie okazali nawet śladów skruchy.

Akt oskarżenia w tej sprawie skierowano w lipcu 2009 roku do Sądu Okręgowego w Krakowie. Po rocznym procesie wszystkich trzech oskarżonych uznano za winnych zarzucanych im czynów. Paweł H. i Stanisław K. zostali skazani na dożywocie z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie dopiero po 30 latach. Kamil T. spędzi za kratkami 15 lat, sąd złagodził karę ze względu na jego postawę podczas śledztwa i procesu. Wszyscy mają też wypłacić w sumie 200 tysięcy złotych odszkodowania rodzinom swych ofiar.

Czytając uzasadnienie wyroku, sędzia zwrócił uwagę na wyjątkową brutalność skazanych, którzy udowodnili, że mają w pogardzie życie ludzkie. Liczyły się dla nich tylko pieniądze i aby je zdobyć, bez wahania zabijali.

Skazani zaskarżyli to orzeczenie do sądu apelacyjnego. Postępowanie przed nim wciąż nie jest zamknięte.  

Jacek Inglot

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

Śledztwo
Dowiedz się więcej na temat: morderstwo | mafia | gangi | kantory | policja | broń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy