Reklama

Piją, robią burdy i... dobrze pracują

Mieszkańcy miejscowości Andijk w północnej Holandii mają ogromny problem. Ich miasto kojarzy się obecnie z tragedią, której ofiarami stało się trzech Polaków.

Dwóch z nich zginęło w trakcie pożaru domku letniskowego, jeden trafił do szpitala. Ale na terenie ośrodka rekreacyjnego mieszka jeszcze ponad 600 Polaków. Mieszkańcy miejscowości mają dość problemów z obcokrajowcami, chcą zmian. Niełatwo mieszka im się w odium tragedii.

Od czasu do czasu zdarzają się tragedie, jak ta w Park Andijk, gdzie giną ludzie i nikt właściwie nie poczuwa się do winy. Takie zdarzenia każą poważnie zastanowić się nad stanem rozwiązań spraw pobytowych obcokrajowców, którzy zaprasza się do pracy do Holandii. Polacy są najliczniejszą grupą przebywającą i pracującą w tym kraju. Jak podała NOVA TV, publiczna telewizja w swoim wieczornym paśmie informacyjnym, szacuje się, że 60 tys. Polaków przebywa tam legalnie, ponad 100 tys. zaś - pracuje i mieszka nielegalnie. W środowiskach gospodarczych rosną naciski na całkowite otwarcie rynku pracy, które wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku powoli się realizuje.

Reklama

Nieudany monitoring

Od co najmniej trzech kwartałów zapowiadane jest całkowicie otwarcie rynku dla nowych członków UE, jednak do niedawna głośno wyrażano obawy o nieuczciwą konkurencję, o dumping stawek za pracę, na którym cierpieliby sami Holendrzy. Obawiano się zalewu Polaków, dziś jednak na plan pierwszy wysuwają się całkiem inne problemy. "Polski potop" okazał się nie taki potężny, skonstruowano umowy i porozumienia zbiorowe, których firmy zatrudniające Polaków (i innych obcokrajowców) muszą trzymać się litery prawa. Organizacje takie, jak VIA (Stowarzyszenie Międzynarodowych Pośredników Pracy w Holandii), starają się monitorować rynek pracy. Właśnie po wydarzeniach w Andijk po raz pierwszy do Polski przyjechał Gerlof Roubos, sekretarz VIA, na nieoficjalny rekonesans po firmach rekrutacyjnych.

- Firmy zrzeszone w VIA zapewniają swoim pracownikom odpowiednie wynagrodzenie i dobrą opiekę, ale są też niezrzeszone, nieznane. Często tam warunki mieszkaniowe i bezpieczeństwo stają się pierwszorzędnym problemem - uważa Roubos.

Wysokie kary

Inspekcja pracy dostała od państwa narzędzia w postaci systemu grzywien i innych kar dla pracodawców, które stosowane, porządkują nieco warunki na rynku pracy. Choć przepisy inspekcji jasno określają zatrudnianie wyłącznie na stanowiskach, na które oficjalnie pracownik podpisał umowę, pracodawcy sprytnie wysyłają pracownika do innych zadań na zasadzie: "tylko to napraw czy dokończ, jutro wrócisz na swoje stanowisko". Kary bolą, gdy za nielegalnie zatrudnianego obcokrajowca trzeba zapłacić 3,5 tys. euro "od głowy", ale sami pracownicy zwykle się nie poskarżą. Nie ma jednak systemowych rozwiązań, które obciążają karami za niewłaściwe warunki mieszkaniowe, stworzone zatrudnianym.

Piet Hein Donner, holenderski minister Pracy i Spraw Socjalnych, który zastąpił poprzedniego ministra, Henka Van Hoofa, stronnika otwarcia rynku pracy, wyraził 27 marca w parlamencie w Hadze następujące stanowisko rządu: uszczelnienie i domknięcie granic nie rozwiąże problemu nielegalnego zatrudnienia. SP, socjaliści obecni w holenderskim parlamencie, stawiają na walkę z nielegalnym zatrudnianiem i fatalnym zakwaterowaniem.

Szkoły przetrwania

Widzieć, nie widzieć, jak mieszkają Polacy - oto iście hamletowskie pytanie. Jeśli problem zakwaterowań widziano słabo, pożar w Park Andijk przywrócił ostrość problemu. Z ośrodka letniskowego przy miasteczku Andijk uczyniono sypialnię i kwartał dla zatrudnianych Polaków, co w Holandii, która przecież jest maleńkim państwem, jest dość częstą praktyką. To zrozumiałe - trudno nagle zbudować domy, osiedla dla robotników, a te agencje nieruchomości i korporacje mieszkaniowe, które wyczuły interes i mogły wynająć agencjom pracy niezamieszkałe bloki, już dawno to uczyniły. Wiele firm korzysta z ośrodków rekreacyjnych pośród lasów, kanałów, które były zwykle wynajmowane weekendowo przez Holendrów, a całoroczne kontrakty i opłacone bungalowy to dobry interes dla właścicieli ośrodków.

To jedna strona medalu, bowiem druga, to dyskomfort mieszkańców kraju, w którym nagle ulubione adresy letniego wypoczynku czy weekendowego wypadu z dziećmi stają się osiedlem dla cudzoziemców. Jeśli nawet pozostała część dla gości, to gwarantuje nie zawsze miłe i trzeźwe towarzystwo znudzonych leśną izolacją na łonie natury Polaków.

Grzeszna natura

Innymi rozwiązaniami socjalnych standardów są "cele", jak śmieją się aktualni mieszkańcy, w obiektach poklasztornych, jak w Tilburgu czy Helmond. Bractwa zakonne dzięki tym pomysłom nie muszą oddawać państwu majątku, inaczej by obiektu nie utrzymały, choć muszą pogodzić się z tym, że mury widzą i słyszą rzeczy, które biblijnie nazwać można by czasem Sodomą i Gomorą. Człowiek wszak jest z natury grzeszny...

Można też zaadaptować obiekty przypominające czasy zimnej wojny, czyli koszary wojskowe po wojskach NATO, stacjonujących dawniej w Holandii. Rozwiązania z punktu widzenia pracodawcy dobre, jednak ludzie długo izolowani od warunków codziennego życia, pomimo udogodnień w postaci kantyny czy sklepu, niechętnie dłużej mieszkają skoszarowani. Wtedy sięgają po najprostsze rozrywki: starzy piją, młodzi palą marihuanę, jakiś szybki seks. Jak w wojsku.

Prawdziwe statystyki są nieznane, bowiem nielegalnie zatrudniające firmy nie rejestrują pracowników, nie wiadomo jaka jest ilość osób mieszkających w fatalnych warunkach. Rząd holenderski w porozumieniu z gminami przygotowuje plan rozwiązań problemu: nielegalne zakwaterowania to brak umów z pracownikiem, gwarantujących standardy; stawki za mieszkania są niejednokrotnie ogromne, bez umowy nie ma podstaw do roszczeń, wreszcie ? brak gwarancji bezpieczeństwa technicznego w zajmowanych lokalach, co zagraża innym mieszkańców dzielnicy, miasta.

Niebezpieczne dzielnice

Miejscowość Andijk znajduje się w niedaleko Haarlem. Podobne ośrodki, jak Park Andijk, znajdują się na terenie każdej niemal gminy. Burmistrz Andijk, Steumer, jest poruszony zdarzeniem na terenie ośrodka.- Chcielibyśmy jako mieszkańcy Andijk, by ten ośrodek powrócił do funkcji rekreacyjnych. Wspólnie z gminami północnej Holandii zastanawiamy się nad rozwiązaniami kwestii zakwaterowań przybyszów z Europy Wschodniej - mówił tuż po wydarzeniach.

Miejscowi coraz głośniej domagają się rozwiązania tej kwestii. Właściciele ośrodka Park Andijk odpowiedzialnością za pożar obciążają mieszkańców domku, twierdząc, że wypadek nie ma nic wspólnego ze stanem bezpieczeństwa w domkach. Ośrodek przyciąga uwagę mediów, ale nie ma podstaw, by uważać, że nie gwarantuje bezpieczeństwa, uważają właściciele, obawiający się strat, spowodowanych złą opinią. Takie sytuacje mogą się powtarzać.

Na razie radni czterech największych miast Holandii: Amsterdamu, Rotterdamu, Hagi, Utrechtu wystosowali list do parlamentarzystów, w którym wyrażają obawy lokalnych społeczności, że nie są już w stanie zabezpieczyć odpowiednich warunków mieszkaniowych przybyszom. Zwracają uwagę na brak mieszkań, brak kontroli nad lokalami, chaos, istnienie "niebezpiecznych dzielnic".

Ludzie od brudnej roboty

Duco Hoogland, radny z Rotterdamu nazywa ten stan "nowoczesnym niewolnictwem". W mieszkaniu jedno, dwupokojowym mieszka po 10, 12 osób, żyjących w tragicznych warunkach sanitarnych. Po pracy piją, palą, imprezują, zakłócają spokój dzielnicy; samochody, prowadzone po pijanemu zamiast po drodze jeżdżą po torach tramwajowych...

Hoogland szacuje, że w Rotterdamie mieszka 5 do 15 tysięcy Polaków, w różnych warunkach. Jeśli ktoś pyta, czy jest dla nich wszystkich praca, to oczywiste, że tak - inaczej nie byłoby ich stać na mieszkanie i życie w Holandii.

Inny radny, Marnix Noerder z Hagi, sygnatariusz listu do parlamentu uważa, że rząd powinien prowadzić jasną politykę mieszkaniową wobec cudzoziemców. Ustawodawstwo Holandii mówi, że pracodawca holenderski musi dbać o stworzenie godziwych warunków mieszkaniowych swojemu pracownikowi.

- Niektórzy chcą "tanio". A tanio znaczy niebezpiecznie - mówi radny z Hagi. Holenderskie firmy wypatrują polskich rąk do pracy, bo generalnie wysoko oceniają jakość ich usług, czekają na pełne otwarcie rynku pracy. Ale nie ma się co oszukiwać, że nastąpi to niebawem: najpierw Holendrzy muszą uporać się z problemem zakwaterowań dla pracowników z państw Europy Środkowej.

Mieszkańcy Andijk byliby szczęśliwi, gdyby Polacy zostawili ich Park Andijk w spokoju. Mają, po prostu, dość zamieszania. Musieliby jednak podjąć prace, które zdecydowali się wykonywać Polacy, a na to nie mają najmniejszej ochoty.

Beata Dżon

MWMedia
Dowiedz się więcej na temat: nielegalnie | radny | firmy | park | burdy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy