Zagadka chodzących kamieni rozwiązana

Na środku pustyni w kalifornijskiej Dolinie Śmierci - a więc w jednym z najbardziej suchych miejsc na naszej planecie - ma miejsce przedziwny fenomen. W wyschniętym jeziorze zwanym Racetrack Playa znajdują się tzw. "chodzące kamienie" - głazy, niektóre ważące po kilkaset kilogramów, które zdają się poruszać...

Na środku pustyni w kalifornijskiej Dolinie Śmierci - a więc w jednym z najbardziej suchych miejsc na naszej planecie - ma miejsce przedziwny fenomen. W wyschniętym jeziorze zwanym Racetrack Playa znajdują się tzw. "chodzące kamienie" - głazy, niektóre ważące po kilkaset kilogramów, które zdają się poruszać...

Na środku pustyni w kalifornijskiej Dolinie Śmierci - a więc w jednym z najbardziej suchych miejsc na naszej planecie - ma miejsce przedziwny fenomen. W wyschniętym jeziorze zwanym Racetrack Playa znajdują się tzw. "chodzące kamienie" - głazy, niektóre ważące po kilkaset kilogramów, które zdają się poruszać gdy nikt na nie nie patrzy zostawiając za sobą wyraźny ślad. Teraz w końcu udało się dostrzec je w ruchu rozwiązując zagadkę na dobre.

Naukowcy próbowali rozwiązać zagadkę ruszających się kamieni już od lat 40. XX wieku lecz do tej pory nikomu nie udało się ich dostrzec w ruchu. Do tej pory najbardziej prawdopodobną teorią była , opracowana przez Ralpha Lorenza - planetologa z Uniwersytetu Johna Hopkinsa. Według niej kamienie miały w nocy (temperatura na pustyni spada poniżej zera stopni Celsjusza) pokrywać się lodem wobec czego nawet delikatny podmuch wiatru był w stanie je ruszyć po gładkiej, wysuszonej powierzchni.

Reklama

Mimo tego, że udało się sprawdzić ją w laboratorium okazała się ona błędna - a dowiódł tego Richard Norris - paleobioog ze Scripps Institution of Oceanography na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Norris w grudniu razem z kuzynem wybrał się osobiście na pustynię licząc się z tym, że czeka go najnudniejszy eksperyment na świecie - niektóre kamienie potrafią bowiem stać w bezruchu przez 10 lat. Jednak miał on ogromne szczęście - po przybyciu na miejsce okazało się, że dno wyschniętego jeziora pokrywa siedmiocentymetrowa warstwa wody, a niedługo później był on naocznym świadkiem czegoś, czego nie widział jeszcze żaden człowiek - kamienie zaczęły się przesuwać.

Okazało się, że do ruchu głazy potrzebują bardzo unikalnej pogody. Najpierw jezioro musi wypełnić się wodą na tyle głęboką, aby w ciągu nocy powstawała na niej pokrywa lodowa, ale jednocześnie na tyle płytką, aby kamienie wystawały ponad jej lustro. Gdy nadchodzi świt następnego dnia i temperatura rośnie lód ten zaczyna się topić i kruszy się w tafle będące w stanie poruszać się pod wpływem wiatru pchając przed sobą kamienie, które w miękkim błocie zostawiają za sobą wyraźny ślad.

Norris zmierzył, że wystarczy do tego wiatr wiejący z prędkością 3 do 5 metrów na sekundę, a grubość lodu poruszającego kamieniami wynosi 3-5 milimetrów. Same kamienie poruszają się przy tym z prędkością 2 do 6 metrów na minutę - a więc ruch ich ciężko jest nawet wyłapać. W trakcie jednej z obserwacji kamienie były w stanie pokonać dystans 60 metrów - choć nie w jednym "skoku" lecz w kilku oddzielonych krótkimi przerwami.

Udało się przy okazji rozwiązać także zagadkę śladów - wyglądających jak te po przesuwających się kamieniach - jednak bez udziału kamieni. Wcześniej władze parku narodowego, na terenie którego wyschnięte jezioro się znajduje, podejrzewały, że to turyści mogli kraść kamienie okazuje się jednak, że po prostu większe fragmenty lodu również mogą zostawiać takie ślady.

Jak zatem widać nawet w nauce szczęście czasem bardzo się przydaje, a tym razem z jego pomocą udało się rozwiązać zagadkę kamieni definitywnie i bez żadnych wątpliwości.

Źródło:

Geekweek
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy