Reklama

Irak - pięć lat po inwazji

Pięć lat temu, 19 marca 2003 roku wieczorem, wojska amerykańskie i sojusznicy zaatakowały Irak i po trzech tygodniach opanowały stolicę kraju, usuwając reżim Saddama Husajna.

Administracja prezydenta George'a W. Busha uzasadniała inwazję domniemanym posiadaniem przez Irak broni masowego rażenia, powiązaniami Bagdadu z Al-Kaidą oraz niewykonywaniem postanowień rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ przez totalitarny rząd Saddama, oskarżony o łamanie praw człowieka i ludobójstwo.

Operację "Iraqi Freedom"

(Iracka wolność), jak ją nazwano, przeprowadzono jednak bez mandatu ONZ, ponieważ Rada Bezpieczeństwa nie osiągnęła konsensu w tej sprawie - oprócz USA zgodę na użycie siły wyraziła jedynie Wielka Brytania.

Broni masowego rażenia w Iraku nie znaleziono, podobnie jak żadnych dowodów na związki Saddama z siatką terrorystyczną Osamy bin Ladena. Wojna od początku spotkała się z masowymi protestami na świecie.

Reklama

Administracja Busha miała początkowo nadzieję na szybkie zastąpienie obalonego reżimu nowym rządem zapewniającym stabilizację i przyjazne stosunki z Zachodem. Liczono na redukcję i wycofanie wojsk z Iraku w ciągu kilku miesięcy.

Zamiast tego Irak stał się terenem nieustannych starć wojsk okupacyjnych z partyzantami-rebeliantami, zamachów terrorystycznych i bratobójczych walk między sunnitami a szyitami - głównymi grupami etniczno-religijnymi w kraju. Wciągu pięciu lat zginęło prawie 4.000 żołnierzy amerykańskich i nieznana, ale idąca co najmniej w dziesiątki tysięcy, liczba Irakijczyków.

Sytuacja nie poprawiła się

mimo aresztowania w grudniu 2003 r. Sadama Husajna, przekazania częściowo władzy tymczasowemu rządowi irackiemu, wyborów parlamentarnych w 2005 r. i powołania wyłonionego w ich wyniku rządu. Jest on zdominowany przez partie reprezentujące większość szyicką, za czasów Saddama uciskaną przez reżim oparty na mniejszości sunnickiej.

Od początku 2006 r., po zniszczeniu w zamachu bombowym szyickiej świątyni w Samarze, w Iraku nastąpiła eskalacja przemocy, głównie o charakterze wojny domowej między sunnitami a szyitami. Rosnące także straty wojsk amerykańskich spowodowały dalszy spadek poparcia dla wojny w USA, co decydująco przyczyniło się do porażki Republikanów w wyborach i przejęcia większości w Kongresie przez Demokratów.

Natychmiast po wyborach w listopadzie 2006 r. Bush zwolnił ze stanowiska ministra obrony Donalda Rumsfelda, którego obwiniono za błędną strategię okupacji Iraku, przede wszystkim uporczywą odmowę zwiększenia liczby wojsk, do czego wzywało wielu niezależnych ekspertów, a nawet część dowódców sił zbrojnych. Za kolosalny błąd uznaje się też rozwiązanie reżimowej armii irackiej, której członkowie masowo zasili szeregi ruchu oporu.

Nowe kierownictwo Pentagonu,

którego szefem został Robert Gates, postanowiło na początku 2007 r. wzmocnić siły w Iraku o dodatkowe 30 tys. żołnierzy. Strategia ta, nazwana "surge" (ang.: wezbranie fali), w połączeniu z dodatkowymi posunięciami, jak nakłonienie rebeliantów sunnickich do zerwania z działająca w Iraku Al-Kaidą i współpracy z wojskami USA, przyniosła sukcesy od jesieni ub. roku. Spadło znacznie natężenie przemocy - liczba ataków na siły koalicyjne, zamachów terrorystycznych i walk religijnych.

Poprawa stanu bezpieczeństwa miała ułatwić rozwiązanie politycznych konfliktów w Iraku, co powszechnie uchodzi za klucz do umocnienia rządu premiera Nuriego al-Malikiego oraz stabilizacji i pokoju. Postęp polityczny, rozumiany głównie jako pojednanie między arabskimi sunnitami a szyitami i kompromis obu grup z Kurdami, jest jednak niewielki. Parlament iracki uchwalił wprawdzie kilka ustaw w tym kierunku, ale są one przedmiotem sporów o interpretację i wykonanie. Nie przyjął wciąż najważniejszej ustawy regulującej zasady podziału dochodów z ropy naftowej między regiony zamieszkane przez poszczególne grupy religijno-etniczne.

Obserwatorzy obawiają się,

że zapowiedziane przez Waszyngton wycofanie wspomnianych dodatkowych 30 tys. żołnierzy z ogólnej liczby 160 tys. stacjonujących obecnie w Iraku może doprowadzić do ponownego zaognienia sytuacji, jeśli rządowe siły irackie nie okażą się zdolne do zapewnienia bezpieczeństwa. W Iraku wciąż działa Al-Kaida i zdaniem ekspertów nie zanikła groźba rozpadu kraju, na czym skorzystał by głównie szyicki Iran.

W podsumowaniach z okazji piątej rocznicy wojny podkreśla się ogrom jej kosztów. Poza wspomnianymi ofiarami w ludziach wojna - jak piszą komentatorzy - podważyła zaufanie do Stanów Zjednoczonych na świecie, osłabiła ich prestiż i autorytet moralny, spotęgowała niechęć do Ameryki zwłaszcza w krajach arabskich i muzułmańskich. Nastroje te pomogły islamistom w rekrutacji terrorystów, a sam Irak stał się dla nich poligonem ćwiczebnym.

Koszty finansowe wojny

sięgają ok. 525 miliardów dolarów, a według prognoz niektórych ekonomistów, takich jak noblista Joseph Stieglitz, mogą dojść za kilka lat do 3 bilionów dolarów - po 35.000 USD na czteroosobową rodzinę.

W tegorocznej kampanii prezydenckiej kandydat Republikanów, senator John McCain, zapowiada kontynuację wojny "aż do zwycięstwa", choćby miało to trwać kilkadziesiąt lat. Kandydaci Demokratów: Hillary Clinton i Barack Obama obiecują stopniowe wycofywanie wojsk i zakończenie wojny. Dodają jednak, że chodzi o zakończenie "odpowiedzialne", sugerując, że zapewnią ograniczoną obecność sił USA w Iraku lub w jego pobliżu, aby zapobiec przejęciu tam władzy przez radykałów islamskich.

Tomasz Zalewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy