Wojciech Ganczarek: Spotkani po drodze są ciekawsi niż sama wyprawa

Jedno zmartwienie mniej - mówi po ponad 7-letniej wyprawie Wojciech Ganczarek /Wojciech Ganczarek /materiał zewnętrzny
Reklama

Pochodzący z dolnośląskiego Jelcza-Laskowic Wojciech Ganczarek wyruszył w październiku 2013 roku w podróż, która początkowo miała trwać rok. Jak się okazało, wyprawa szybko zwolniła tempo. Po prawie ośmiu latach dotarł na południowy kraniec kontynentu amerykańskiego, pokonując odległość od półwyspu Jukatan w Meksyku do Patagonii w Argentynie. Cały dystans przebył na 30-letnim rowerze.

Wojciech Ganczarek - urodzony w Jelczu-Laskowicach, absolwent fizyki i matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, od blisko ośmiu lat w podróży rowerowej po Ameryce Łacińskiej. Autor reportaży prasowych, książek i filmów dokumentalnych dotykających tematów społecznych i ochrony środowiska za oceanem.

Jakub Zygmunt, Menway: Jakie to uczucie dojechać do celu swojej podróży? Zwłaszcza, że trwała ona ponad siedem lat. Co czułeś tamtego dnia, gdy dotarłeś do Ushuaia? I co w twojej głowie siedzi teraz?

Wojciech Ganczarek: Dotrzeć do Ushuai oznaczało przede wszystkim “jedno zmartwienie mniej". Już nie musiałem zastanawiać się, czy uda się tam dojechać, czy nie, w ciągle zmieniającym się świecie covidowych restrykcji. Tak więc problem z głowy!

Reklama

Przypomnijmy: W 2013 roku zdecydowałeś się przejechać całą Amerykę Południową z kawałkiem Środkowej. Za środek transportu miał ci służyć rower. Wystartowałeś wtedy z Meksyku. Którędy dalej jechałeś?

- Na południe! Chociaż nie po linii prostej. Trasa podróży ostatecznie objęła wszystkie kraje Iberoameryki. Tylko ogromną Brazylię zostawiłem sobie na później.

W których krajach spędziłeś nieco więcej czasu, niżeli tylko tyle, co potrzebne do przejechania go rowerem? Dlaczego akurat tam chciałeś, powiedzmy, zostać na dłużej?

- Mniej więcej od Nikaragui zacząłem “zostawać dłużej". Ile czasu dokładnie? To już zależało od tego, czy miałem coś do zrobienia. Przykładowo: dłuższy pobyt w Wenezueli wiązał się z pisaniem książki “Upały, mango i ropa naftowa". Ostatecznie, chociaż odwiedziłem w sumie kilkanaście krajów, przygniatającą większość czasu spędziłem w pięciu z nich: w Wenezueli, Argentynie, Paragwaju, Boliwii i Kolumbii.

- Jeszcze nim zapytam o konkretne przygody, to jestem ciekaw, na jakim rowerze odbyłeś swoją podróż? Trudno uwierzyć, że przez tyle kilometrów mogłeś podróżować cały czas na tym samym jednośladzie! Podasz sekret tego, jak dbać o swój rower, aby wytrzymał od Meksyku aż do Patagonii?

-  Mogę zacząć jak stary piernik?

- Nie krępuj się.

- No to zacznę. W dzisiejszych czasach ludzie przywiązują być może zbyt wielką uwagę do spraw sprzętowych. Niektórzy wręcz rezygnują z podróży rowerowej czy wycieczki górskiej, bo nie mają “profesjonalnego" sprzętu. Mogę Ci powiedzieć o moim 30-letnim rowerze o stalowej ramie i bardzo podstawowym wyposażeniu. Ale wcale nie jestem ani pierwszy, ani ostatni.

- Zwróć uwagę na jakim rowerze 100 lat temu Kazimierz Nowak pokonywał Afrykę. Nie miał ani karbonowej ramy, ani hamulców tarczowych. A jednak przejechał kontynent. Jak dla mnie, rozmawianie o sprzęcie to zawracanie głowy. Jakiego roweru potrzebujesz, gdy wybierasz się w podróż? Takiego, co ma dwa koła. Chociaż są i wariaci, którzy podróżują na jednokołowcach.

- A teraz wreszcie chcę zagaić o Wenezuelę. Kraj z punktu widzenia przeciętnego Polaka kojarzący się najwyżej z hiperinflancją, wielkim kryzysem, bogactwem ropy naftowy i oczywiście z postacią Hugo Chaveza. Czy te skojarzenia są faktycznie trafne? Poczujemy to wszystko na skórze podczas naszej wizyty w tym kraju?

- Skojarzenie jest trafne, chociaż nie należy mylić kraju z systemem politycznym. Kraj to o wiele więcej. To ludzie, historia, krajobrazy, muzyka, język. Doświadczenie Wenezueli, tak jak i doświadczanie każdego innego kraju, jest o wiele bogatsze, niż nagłówki prasy międzynarodowej.

- Jeśli natomiast o chodzi o wspomniane przez Ciebie kryzys i hiperinflację, należy spróbować patrzeć na to z lokalnej perspektywy. Jeśli pojawił się Chavez, to dlaczego? Jeśli miał gigantyczne poparcie społeczeństwa, to skąd? Ameryka Łacińska to kontynent historycznie prześladowany niesprawiedliwością społeczną, kradzieżą i ludobójstwami ze strony Europejczyków i należy o tym pamiętać. Bo jeśli zatrzymamy się na polskocentrycznej narracji w rodzaju “ha, widzicie, do czego prowadzi komuna?", to nic z Wenezueli nie zrozumiemy.

- I przyznam, że kiedy sam byłem w Wenezueli, rozumiałem mniej, niż rozumiem teraz, znając lepiej kontekst kontynentalny. Podróż uczy nas przede wszystkim tego, jak mało wiemy.

- Spędziłeś sporo czasu tam. Czym cię urzekła Wenezuela, że nie chciałeś tak szybko stamtąd uciekać?

-  Tym razem odpowiem krótko: czułem się dobrze. Po prostu. Jeśli czułem się dobrze, po co miałbym jechać dalej?

- Potem pojechałeś do Kolumbii, następne były Ekwador, Peru, Boliwia, aż dotarłeś do Paragwaju. Tutaj można powiedzieć, że jest to kraj, o którym najmniej wiemy i niewiele z nim kojarzymy. Bo taka Boliwia, to krajobraz miast na zboczach Andów, Peru - oczywiście Machu Picchu, Kolumbia - wiadomo, narkotyki. A taki Paragwaj stoi niczym niemy sąsiad. Opowiedz coś więcej o twoim czasie tam. Co robiłeś? I oczywiście, jaki jest ten kraj?

- Zanim o Paragwaju, to skomentuję te inne kraje, które wymieniasz. Mówisz, że o innych krajach coś wiemy... Na pewno? Czy Boliwia rzeczywiście jest krajem miast na zboczach? Grubo ponad połowa Boliwii to niziny i dżungla. Z jakiegoś powodu Boliwia kojarzona jest tylko ze swoją andyjską częścią. Nie wiem do końca, dlaczego. To samo dotyczy Peru, z tym że tam masz jeszcze wybrzeże. A kojarzenie Kolumbii z narkotykami to już w ogóle barbarzyństwo. Kolumbia to jest cały świat. Festiwal różnorodności.

- A co robiłem w Paragwaju? Jeździłem na rowerze, rozmawiałem z ludźmi. Wspólnie ze znajomą z Boliwii odwiedzaliśmy szkoły i bawiliśmy się z dziećmi.

- Co się działo potem? Z Paragwaju na południu można powiedzieć "prosta droga", ale patrząc na mapę ilustrującą twój przejazd, nie wydaje mi się. Gdzie dalej pojechałeś?

- Cztery razy przejechałem między Boliwią i Paragwajem, to trochę komplikuje mapkę. Potem była północna Argentyna, Urugwaj i znowu Argentyna. Nie mogłem wjechać do Chile z powodu pandemii.

- Jesteśmy już w Argentynie. Wiosną (a na tamtejsze warunki klimatyczne to jesienią) zastaje ciebie pandemia koronawirusa i pierwszy lockdown. Sytuacja zmusiła Cię do zatrzymania się na kilka miesięcy w maleńkim Junin del los Andes. Jak sobie poradziłeś przez ten czas? Jak wyglądały obostrzenia w Argentynie wówczas?

-  Przez blisko dziewięć miesięcy nie mogłem wyjechać z miasteczka. Oczywiście nikt nie wiedział, że będzie to trwało aż tak długo, więc pierwsze miesiące oznaczały codzienną niepewność. Ale z czasem, cóż, trzeba było się czymś zająć. To w Junin de los Andes przetłumaczyłem na język polski moją drugą książkę pt. “Sprzedam kraj. Reportaże z Paragwaju", która ukaże się w najbliższych tygodniach. 

- Podczas kwarantanny zająłem się także wysyłaniem na festiwale moich filmów dokumentalnych “Soy paraguayo" i “El Grano que Divide", które dzięki temu zostały zaprezentowane w Meksyku, Argentynie, Ekwadorze i kilku innych krajach. W Junin de los Andes powstał także mój podcast “Radio Argentyna" i zacząłem udzielać lekcji hiszpańskiego on-line. Całkiem produktywny czas!

- I wreszcie mogłeś pojechać dalej. Patagonia majaczyła ci na horyzoncie. Kolejna dla Polaków mityczna kraina, o której marzy wielu. Ogromne przestrzenie, ostrze szczyty Andów, lodowce, górskie jeziora - jednym słowem dzika natura. Ale czy naprawdę jest tam tak sielankowo? Co cię najbardziej oburzyły, zdziwiło lub wywołało emocje w stylu: "nie chcę tu być"?

- Każdy Polak zna historię zaborów z XIX wieku. W Patagonii znajdujemy się na terenie zaborowym: państwo argentyńskie wymordowało i zniewoliło ludność regionu zaledwie 100-150 lat temu. Jeśli znasz jakieś minimum procesów historycznych i społecznych w Patagonii, odwiedzenie jej będzie gorzkim doświadczeniem.

- Natomiast ta “dzika natura", o której mówisz to własność prywatna garstki właścicieli ziemskich i znajdziesz ją, ale skrzętnie ogrodzoną drutem kolczastym. Pamiętam, jak sam z niedowierzaniem pytałem: cała Patagonia, cała niekończąca się i długa na 2 tysiące kilometrów Patagonia ogrodzona jest drutem kolczastym? Teraz mogę ci odpowiedzieć: tak, cała. I o tym też będę chciał coś w przyszłości napisać.

- Zanim dobrniemy na sam kraj kontynentu, jestem ciekaw jakiś konkretnych przygód, jakie cię spotkały po drodze przez całe siedem lat! Mając sobie przypomnieć, jakiś obraz z minionych lat, który wyjątkowo zapadł ci w pamięć, to co by to było? Może jest jakaś dramatyczna historia, z której ledwo co uszedłeś z życiem? Czytelnicy z pewnością chcieliby ją poznać!

- Wiesz co, nie przywykłem do opowiadania sensacyjnych historii z własnego życia. Jestem świadomy, że życiorysy ludzi, których spotykam po drodze są znacznie bardziej ekscytujące niż stosunkowo wygodne życie rowerzysty. Miałbym opowiadać, że w Hondurasie prawie zderzyłem się z koniem? Tymczasem trzydziestu milionom Wenezuelczyków zawaliło się życie. Całe. Przy takim porównaniu, patrząc na moje osobiste historie, honduraski koń by się uśmiał.

- To nie będę cię ciągnął za język, abyś koniecznie rozwinął historię z koniem. Wróćmy do finału twojej podróży. Ushuaia w Ziemi Ognistej była formalnym końcem Twojej kilkuletniej podróży, którą śmiało możemy nazwać wielkim wyczynem! Chciałbym teraz zadać to najtrudniejsze pytanie w takich momentach, a mianowicie: co dalej?

- Jeśli chodzi o wyczyny, to odpowiedź na poprzednie pytanie przekazała wszystko. Wyczynem jest zdezerterować z wojska, zostawić małego synka z dziadkami, przejechać Brazylię niemal bez grosza przy duszy i pracować nielegalnie w Boliwii, żeby wyżywić rodzinę w Wenezueli. To jest wyczyn. Ten dokładnie wyjmuję z mojego reportażu “Zabrali mi kraj: rozmowy z Wenezuelczykami na emigracji".

- A co dalej? No, dalej trzeba żyć. Mam sporo rzeczy do zrobienia: zawsze pakuję się w jakieś faraoniczne, nigdy nie kończące się projekty. Tym razem będzie to film dokumentalny o Argentyńczykach i ich tożsamości. Nagrałem przeszło sześćdziesiąt wywiadów, więc jeśli pytasz co dalej, to zacznijmy od tego, że muszę je wszystkie najpierw obejrzeć! I cieszę się, że mimo czasu, jaki trzeba poświęcić na realizacje takich projektów, są ludzie skłonni je wspierać, jak to się dzieje w ostatnim roku poprzez profil “Fizyk w Argentynie" na platformie Patronite.

- Bierzesz pod uwagę powrót do Polski? Jak sądzisz, jak zostaniesz przywitany w kraju po tak długiej rozłące? Widzę to niejako, że wrócisz do swojego miasta, gdzie powitają Cię z fanfarami i dostaniesz wszelkie możliwe odznaki od burmistrza. A jak Tobie się wydaje? Jak zareaguje na Ciebie Polska?

- Fanfary? Nie wydaje mi się. I jak zareaguje na mnie Polska? A dlaczego w ogóle miałaby reagować? Polska żyje swoim życiem, ma swoje zmartwienia, i chyba nie ma zbytniego interesu w reagowaniu na kogoś, kto też żyje swoim życiem, ale którego życie ma niewiele punktów przecięcia z życiem Polski. W znaczeniu: kogo obchodzi, że ktoś sobie jeździ na rowerze po Ameryce? Wiesz ilu ludzi jeździ na rowerze po całym świecie? Dlatego nie wydaje mi się, że ktoś miałby jakkolwiek reagować.

- Natomiast ja na pewno zareaguję. Mam na myśli: coś poczuję, coś pomyślę, jak zobaczę Polskę. Byłem w Polsce trzy lata temu i to było dziwne uczucie. Odnalazłem wiele elementów znajomych, ale również wiele rzeczywistości, które jawiły mi się jako obce. W szczególności, we Wrocławiu czułem się obco. Patrzyłem na ludzi i myślałem sobie: oni żyją innym życiem. Mają inne zmartwienia. Nie mamy wiele wspólnego. I uwaga: nie mówię, żeby oni mieli żyć gorszym czy lepszym życiem. Chodzi o inność. Czułem się trochę obcy. I to już od samego początku: żeby dojechać z lotniska do centrum miasta należało kupić bilet autobusowy za pomocą karty zbliżeniowej. Nie miałem takiej karty.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ameryka Południowa | rower | fizyk
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL