Reklama

Przeżyć piekło Gustloffa - katastrofa

30 stycznia 1945 roku, godzina 21.16. W Gustloffa uderza pierwsza torpeda, niedługo potem dwie następne. Po 60 minutach statek tonie. Wraz z nim tysiące dzieci, kobiet i mężczyzn... Oto druga część historii opowiadającej o największym morskim dramacie w dziejach.

Na czarnym rynku miejsce na statku płynącym na zachód kosztowało już krocie. Dziesiątki tysięcy uciekinierów tłoczących się po nabrzeżach sprzedałoby duszę za taką możliwość. Stefania długo się nie namyślała, propozycja Banka była darem losu. Zwłaszcza, że oficerowi należało się miejsce na Gustloffie, uważanym za najbardziej bezpieczną, niemal niezatapialną jednostkę ze wszystkich ówcześnie cumujących w portach Gdyni i Gdańska...

Żandarmi nie odpuszczali

Co więcej, są w lepszej sytuacji niż tysiące uchodźców. Nie muszą się tłoczyć po korytarzach i wspólnych salach w bezimiennej masie wycieńczonych pasażerów. Mają do dyspozycji własną kajutę, gdzie w miarę komfortowych warunkach spędzą trzydniowy rejs. "Państwo Bank" z dziećmi i "guwernantką" wchodzą bez przeszkód na pokład Gustloffa 28 stycznia 1945 roku. Na początku zakwaterowani zostali na jednym z niższych pokładów, lecz na prośbę jednej z Niemek, zamienili się na pomieszczenie na wyższym poziomie. Nie wiedzą jeszcze, że gest ten będzie miał kluczowe znaczenie dla ich dalszych życia...

Reklama

Szybko okazało się, że przejście przez kordon bezpieczeństwa chroniący dostępu do Gustloffa, nie gwarantuje jeszcze powodzenia ucieczki. Po statku cały czas węszyli żandarmi i tajniacy za niepożądanymi, bądź poszukiwanymi pasażerami, chcącymi umknąć Gestapo lub uniknąć służby wojskowej. W pewnym momencie wiadomo już, że m.in. szukali Polki z chłopcem i dziewczynką, które uprowadzono niemieckiej rodzinie.

Tłumy zaczęły krzyczeć

Ostatecznie 30 stycznia 1945 roku Gustloff odbija od gdyńskiego nabrzeża i wyrusza w rejs do wciąż bezpiecznej Kilonii i Flensburga. Po odcumowaniu Stefania z dziećmi może się odprężyć, wydaje się, że najgorsze za nimi. Zaczyna marzyć o lepszym życiu. Niestety, wkrótce okaże się, jak złudne to były marzenia...

- Z tragedii Gustloffa niewiele sobie przypominam - wspomina Jadwiga Binert. - Pamiętam, że jak pierwsza torpeda uderzyła (pierwsza trafiła w kwatery załogi znajdujące się na dolnym pokładzie - przyp. red.), statek się zakołysał, po drugim trafieniu, w basen, gdzie umieszczono pielęgniarki, zgasły światła. Nie wiem, jak to się stało, ale jakoś znaleźliśmy się na górnym pokładzie przy barierce. Tłumy ludzi zaczęły krzyczeć, biegać, tratować się, płakać. Szalało wzburzone morze, czułam przenikliwe zimno. Przypominam sobie moment, kiedy wrzucano nas do szalupy i krzyki, że tylko kobiety i dzieci mogą wejść do łodzi. Mnie i Teodora jakaś pani wzięła na ręce.

"Pamiętam przypaloną kaszę"

- Był straszny tumult, myśmy wrzeszczeli wniebogłosy, bo mama została na pokładzie - kontynuuje opowieść pani Jadwiga. - Szalupa niemal została już spuszczona na wodę i wtedy, w ostatniej niemal chwili, mama zeskoczyła na pokład, dołączając do nas. W szalupie nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, nie pamiętam dokładnie ile. Niestety, rozbitkowie, którzy byli już w wodzie, przewrócili łódkę, starając się do niej w panice wdrapać. W efekcie wszyscy znaleźliśmy się za burtą. Na szczęście mieliśmy kapoki. Mama, abyśmy nie rozłączyli się i nie pogubili, powiązała nas sznurkami od kamizelek. Było potwornie zimno, styczeń, mróz i lodowata woda. Byliśmy wycieńczeni... Wokół pełno ludzi umarłych, rąk, głów. Straciłam przytomność. Uratował nas statek, raczej okręt wojenny, dali nam jeść i pić, pamiętam przypaloną kaszę, która wówczas smakowała jak nigdy. Nie pamiętam, gdzie po uratowaniu dopłynęliśmy.

Wyrwani szponom śmierci

Pani Jadwiga sięga do jednej z szuflad. Wyciąga z niej teczkę z kilkoma dokumentami. Wśród nich znajduje się pożółkłe zaświadczenie niemieckie następującej treści: "Potwierdza się, że Frau Stefania Chmielewski z Gottenhafen przybyła 31.1.1945 do Sassnitz na pokładzie T36. Frau Chmielewski ucierpiała w wyniku katastrofy Gustloffa tracąc cały bagaż, dokumenty i zaświadczenia". Na dole dopisane ołówkiem "z 8 letnim chłopcem i 5 letnią dziewczynką".

Dokument wydany został w Sassnitz 1 lutego 1945 roku. Jest jeszcze zapisana nieczytelnie kartka z nadrukowaną nazwą "M/s Kronprins Olav". Dzisiaj wiemy, że owa jednostka, to duński statek szpitalny, na pokładzie którego zapewniono opiekę medyczną rozbitkom z Gustloffa przybyłym na pokładzie biorącego udział w akcji ratunkowej torpedowca T 36. Ta krótka wzmianka jest tropem pozwalającym nam prześledzić, w jaki sposób Stefania Haniak z córką i synem wyrwali się szponom śmierci, zbierającej krwawe żniwo na Bałtyku pod koniec stycznia 1945 roku.

Torpedowiec T36 dowodzony przez kapitana Roberta Heringa miał za zadanie eskortować krążownik Admiral Hipper z 1700 uchodźcami z Prus Wschodnich na pokładzie. W momencie trafienia Gustloffa torpedami, obie jednostki znajdowały się stosunkowo blisko rejonu katastrofy. Dopłynęły do tonącego statku niemal kwadrans od trafienia pierwszej torpedy, a więc 30 stycznia około godziny 22.00. Natychmiast przystępują do akcji ratunkowej, jednak ta jest niezwykle niebezpieczna dla obu jednostek. Urządzenia radiolokacyjne zamontowane na T36 wskazują obecność w pobliżu wrogiego okrętu podwodnego.

Admiral Hipper ze względu na wysokie nadbudówki nie mógł podjąć rozbitków mimo wielu prób, jest również zbyt cenną jednostką dla Kriegsmarine, by narażać ją na stratę. Z minuty na minutę wzrasta też zagrożenie atakiem torpedowym. Krążownik zmuszony jest wycofać się z akcji.

Cudem uniknął trafienia

Na miejscu zostaje T36, około 23.00 rozpoczyna się wyławianie rozbitków. Z burt marynarze wystawiają drabiny sznurowe. Podjęty zostaje m.in. kuter z kapitanem Gustloffa Friedrichem Petersenem. Na pokładzie torpedowca ratunek znajduje również wieloletni badacz historii katastrofy Gustloffa, Heinz Schön. O 23.47 T36 przerywa akcję. Niemal w ostatnim momencie unika trafienia wystrzeloną torpedą. Na pokładzie znalazło schronienie ponad 500 rozbitków. Wśród nich są również Stefania, Jadwiga i Teodor Haniakowie. 31 stycznia o 13.55 torpedowiec przypływa do portu w Sassnitz na wyspie Rugia. Na ląd schodzi 564 cudem uratowanych pasażerów. Poszkodowani otrzymują pomoc na zacumowanym w pobliżu statku szpitalnym Kronprins Olav - przejętym po okupacji Danii jeszcze w 1940 roku.

Uprowadzona i porzucona

Stefania Haniak po zejściu na ląd podała w kapitanacie dla bezpieczeństwa dzieci swoje nazwisko panieńskie - Chmielewska. Straciła wszystko, ocaliła najcenniejsze - życie swoje i dzieci. Byli w miarę bezpieczni. Z pozostałymi rozbitkami mogli liczyć na doraźną pomoc umożliwiającą przetrwanie ostatnich miesięcy wojny. Dostali ubrania, zakwaterowanie i prowiant. Tak doczekali wyzwolenia. Znaleźli się w brytyjskiej strefie okupacyjnej, skąd wrócili w 1946 roku do Polski.

Wydawałoby się, że najgorsze jest za nimi - los jednak napisał tej rodzinie kolejny traumatyczny scenariusz. - W Łodzi, kiedy byliśmy w Urzędzie Repatriacyjnym, zostałam... porwana - opowiada pani Jadwiga. - Miałam wtedy 6 lat. Jakaś kobieta z Irkucka uprowadziła mnie i próbowała podobno sprzedać. Miałam jednak chorą, skutkiem odmrożenia, nogę, było więc ze mną sporo kłopotów. Szybko zostałam porzucona. Nie pamiętam gdzie, pamiętam tylko, że był to jakiś dworzec kolejowy.

Ojciec założył nową rodzinę

- Mama ponownie musiała mnie szukać, dawała ogłoszenia do prasy, rozwieszała plakaty - opowiada kobieta. - Po kilku tygodniach odnaleziono mnie w Tomaszowie Mazowieckim. Niedługo potem wyjechaliśmy do Gdańska. Cały czas odczuwałam zranioną w czasie katastrofy nogę. Lecz najgorsze przyszło nieco później. W pewnym momencie nagle noga mi się skurczyła. Wylądowałam w szpitalu. Naciągali mi ją, bardzo się męczyłam. Cierpienie było nie do opisania. Przeżyłam, ale poruszam się o kuli.

Tak też się kończy wojenna epopeja pani Jadwigi i jej rodziny. Życie w powojennej rzeczywistości powoli zaczęło się stabilizować. Pani Stefania ułożyła sobie życie, spotkała właściwego mężczyznę, Jadzia i Teodor mieli ojczyma. Przenieśli się w pewnym momencie, w poszukiwaniu pracy, do Gryfina. Teodor postanowił, że na przekór wszystkiemu zostanie marynarzem. Dopiął swego, spędzając 20 lat na morzu. Pewnego dnia odnalazł ich biologiczny ojciec - pan Haniak, który przeżył zatopienie "Piłsudskiego" i wojnę. Założył jednak nową rodzinę, podobnie jak Stefania.

Życie cudem uratowane

Pani Jadwiga większość życia przepracowała na poczcie, wyszła za mąż, urodziła córkę, ma już wnuczkę. - Nawet obecnie, kiedy sprawa Gustloffa jest powszechnie znana, nie czuję, że przeżyłam największą katastrofę morską w dziejach. Wspomnienia wracały, gdy mama gdzieś o tym opowiadała, w swoim gronie, wśród znajomych, w rozmowach z bratem. Nie wracaliśmy do tego jednak zbyt często. Teodor miał kontakt z innymi rozbitkami z Gustloffa. Większość dostała odszkodowania. My również chcieliśmy się ubiegać o jakąś rekompensatę, ale było już za późno, gdyż zaczęliśmy działać w tym kierunku dopiero po 30 latach.

- Sprawa się więc przedawniła - mówi pani Jadwiga. - Wcześniej nie ujawnialiśmy naszej przeszłości, nie było to dobrze widziane przez władzę. Po latach, jako dzieci represjonowane przez III Rzeszę, dostaliśmy z Teodorem odszkodowanie. Dwie wypłaty po 1000 zł... - dodaje ze smutkiem. Wie jednak doskonale, że życie jest bezcenne. Zwłaszcza, takie jak jej, matki i brata. Cudem uratowane...

Izabela Kwiecińska, Piotr Maszkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy