Z czym na Zachód?

Podczas ewentualnej wojny wojska Frontu Polskiego miały prowadzić operacje na terytorium RFN, Holandii i Danii.

W okresie przynależności Polski do Układu Warszawskiego zadania Frontu Polskiego (trzy armie ogólnowojskowe, armia lotnicza, dywizja powietrznodesantowa i dywizja desantowa,

związki taktyczne i oddziały frontowe oraz armijne różnych rodzajów wojsk i służb) były związane z kierunkami operacyjnymi północnonadmorskim i jutlandzkim. Na początku lat siedemdziesiątych w pasie operacji zaczepnej należało ewentualnie rozbić - przy wsparciu lotnictwa i sił jądrowych Armii Radzieckiej - siły główne Północnej Grupy Armii oraz część 2 Połączonych Taktycznych Sił Powietrznych NATO.

Reklama

Liczne siły przeciwnika

Ponadto wojska Frontu Nadmorskiego musiałyby pokonać dobrze zorganizowaną obronę terytorialną RFN, Holandii i Danii. W pasie operacji frontowej na obszarze Republiki Federalnej Niemiec istniały w tych latach dwa dowództwa obrony terytorialnej - Szlezwik-Holsztyn przy I Okręgu Wojskowym i Hanower przy II Okręgu Wojskowym - które stanowiły bazę formowania nowych związków taktycznych. Były tam też dwadzieścia trzy bataliony piechoty i wiele jednostek specjalistycznych oraz dwanaście batalionów policji granicznej.

W Holandii były trzy okręgi wojskowe z siłami obrony terytorialnej w postaci batalionów piechoty, uzupełnień technicznych, kwatermistrzowskich, grupy transportowej i eskadry samolotów. W Danii natomiast - wojska obrony lokalnej przeznaczone do zwalczania niewielkich desantów i wzmocnienia działań wojsk operacyjnych. Znajdowały się tam ponadto wojska obrony regionalnej i morskiej.

Trudne zadanie Polaków

W planowaniu operacji Frontu Polskiego należało także brać pod uwagę aspekt przestrzenny działań. W pasie operacji znalazłby się teren o powierzchni około 150 tysięcy kilometrów kwadratowych. Teren, na którym miałyby operować wojska, był szczególnie trudny do działań. Na północnonadmorskim kierunku operacyjnym był on przeważnie nizinny, z dużymi obszarami depresji, zabagniony, pocięty licznymi rzekami (największe z nich wraz z ujściami to: Łaba, Wezera, Ems, Ren, Moza) i kanałami. Przeciętna odległość między rzekami o znaczeniu taktycznym wynosiła 30-60 kilometrów, a o znaczeniu operacyjnym - 100-150 kilometrów.

Takie warunki terenowe sprzyjały organizacji obrony, utrudniały zaś działania zaczepne wojsk oraz komplikowały organizację frontowego i armijnego systemu dowozu i ewakuacji. Działania wojsk na tym kierunku wymagały posiadania dużej liczby jednostek wojsk inżynieryjnych wyposażonych w różnorodny sprzęt desantowo-przeprawowy.

Oni mieli więcej sprzętu, my - ludzi

Olbrzymie problemy dla planistów, a jeszcze większe dla wykonawców zadań, sprawiały liczne porty i bazy morskie znajdujące się na wybrzeżu, na przykład Hamburg, Brema, Bremenshaven, Wilhelmshaven, Amsterdam, Rotterdam, Haga, Antwerpia, Kopenhaga. Trudne do pokonania przeszkody wodne były również na jutlandzkim kierunku operacyjnym. Należał do nich zwłaszcza Kanał Kiloński. Dodatkowo sytuację utrudniały liczne zatoki i ponad czterysta wysp.

Ocena realnych sił przeciwstawnych stron w pasie działania frontu oraz towarzyszące jej kalkulacje operacyjne wskazywały najczęściej na korzystny dla frontu liczebny stosunek sił w broni pancernej (zwłaszcza w czołgach nowego typu - 2,5:1). Jakościowo w pasie działania frontu przewagę miał przeciwnik. Równoważyła ona większą liczebność wojsk Układu Warszawskiego.

Wnioski z oceny jakościowego stosunku sił i złożonych warunków geograficzno-fizycznych północnego kierunku strategicznego wymuszały modernizację organizacyjną i techniczną wojsk frontu w celu zapewnienia im możliwości wykonania zadań wynikających ze zobowiązań sojuszniczych lub też spowodowania ich zmiany stosownie do możliwości. Te zaś były związane z potencjałem bojowym sił zbrojnych, którego rozwój zawsze był uzależniony od budżetu państwa. Finanse z kolei nigdy nie pozwalały na konstruowanie i realizację planów rozwoju wojska zgodnie z rekomendacjami Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, a nawet z wnioskami z własnej oceny potencjalnego przeciwnika.

Atakować miał militarny skansen

W kalkulacjach operacyjnych oprócz stosunku sił uwzględniano wiele innych czynników. Brano na przykład pod uwagę wzrost uzawodowienia wojsk oraz stale postępujący, zarówno ilościowy, jak i jakościowy, rozwój sił zbrojnych państw NATO, zwłaszcza Republiki Federalnej Niemiec. Na przykład w latach 1971-1975 oceniano, że wojska pancerne Bundeswehry będą w całości przezbrojone w czołgi Leopard. W tym czasie stan ukompletowania niemieckiego 1 Korpusu Armijnego, jeśli chodzi o żołnierzy, wynosił 85-90 procent, a pod względem uzbrojenia i sprzętu - 100 procent, przy czym 100 procent czołgów stanowiły Leopardy, 85 procent uzbrojenia artylerii zaś działa samobieżne i wyrzutnie rakietowe.

W siłach zbrojnych PRL-u w 1975 roku trzy dywizje zmechanizowane miały jeszcze czołgi starego typu, T-34, co stanowiło około 20 procent ogólnego stanu. Kolejnym problemem była znaczna przewaga dywizji Bundeswehry nad dywizjami Wojska Polskiego w zasadniczych rodzajach uzbrojenia. Planowane na lata 1971-1975 wprowadzenie do polskiego wojska kolejnych 350 transporterów opancerzonych (głównie bojowych wozów piechoty) nie spowodowało wyrównania niekorzystnych dla nas dysproporcji sił w tym sprzęcie (w 1975 roku - 1:1,9 na korzyść przeciwnika). Oceniano, że RFN zamierza w tym okresie masowo wprowadzić transporter opancerzony nowego typu Marder. Dywizje Warszawskiego Okręgu Wojskowego (z wyjątkiem 1 DZ) w tym czasie nie posiadały jeszcze takich transporterów.

Sprzęt pochodzi z czasów II wojny

Sprzęt artyleryjski przeciwnika był już całkowicie zmodernizowany. Charakteryzował się większym zasięgiem (14-40 kilometrów), większym kalibrem, lepszą manewrowością (sprzęt samobieżny), bezpieczniejszym opancerzeniem oraz podwójnym zastosowaniem pocisków (konwencjonalne i jądrowe). Oceniano, że do zwalczania celów naziemnych przeciwnik może użyć rakiet przeciwlotniczych Hawk.

Interesujesz się sprawami związanymi z wojskowością? Koniecznie przeczytaj najnowszy wpis na blogu gen. Waldemara Skrzypczaka.

Tymczasem artyleria Frontu Polskiego posiadała, nie licząc ośmiu wyrzutni BM-21, sprzęt ciągniony, nieopancerzony, o stosunkowo małym zasięgu (12-20 km), pochodzący jeszcze z okresu II wojny światowej. Szczególnie niekorzystnie oceniano stosunek sił w środkach obrony przeciwlotniczej wojsk frontu, zwłaszcza w przeciwlotniczych wyrzutniach rakietowych (1:9 na korzyść przeciwnika). Sformowanie kolejnego dywizjonu rakiet przeciwlotniczych Wołchow i sześciu baterii Kub zmieniło te proporcje w niewielkim stopniu.

Samolotów... prawie nie było

Bardzo ważny aspekt stanowiły zdecydowanie liczniejsze siły powietrzne przeciwnika w kategorii samolotów nosicieli broni jądrowej i myśliwsko-bombowych. Miały one większy od polskich udźwig bomb i trzy-, czterokrotnie większy zasięg. Spośród nich 70 procent sił stanowiły samoloty naddźwiękowe, podczas gdy w polskim lotnictwie operacyjnym stosunek ten wynosił około 30 procent. Lotnictwo bojowe przeciwnika posiadało przy tym wyłącznie samoloty wprowadzone po 1960 roku, a w połowie lat siedemdziesiątych miało być przezbrojone w maszyny typu Panawia-200 i Phantom. Trwały też prace nad skonstruowaniem nowego typu samolotu o lepszych od Panawii parametrach lotnotechnicznych.

W Armii Lotniczej Frontu Polskiego istniała konieczność wycofania z uzbrojenia samolotów produkowanych przed 1960 rokiem, których było ponad 70 procent. Zaplanowane dostawy nowych maszyn naddźwiękowych nie pokrywały tych ubytków (na przykład do 1975 roku wycofano 350 bojowych samolotów, a planowano wprowadzić 140 nowych). Zarówno ilościowy, jak i jakościowy stosunek sił w lotnictwie nadal się pogarszał.

Nie byłoby czym walczyć

Przed polską Marynarką Wojenną stały wyzwania. Oceniano, że człon uderzeniowy sił morskich RFN jest w przeważającej części nowoczesny (czas służby ponad 60 procent okrętów nie przekroczył dziesięciu lat) i że dysponują one uniwersalnym uzbrojeniem rakietowym (typu Tartar, Standard), umożliwiającym zwalczanie celów nawodnych i powietrznych, oraz uzbrojeniem artyleryjskim. Dzięki dwudziestu sześciu pływającym bazom-warsztatom sprzęt sił morskich RFN osiągnął stosunkowo dużą niezależność od stałej bazy portowej. Brano także pod uwagę siły morskie Wielkiej Brytanii, Norwegii i Holandii, które mogły działać na obszarze zainteresowania Zjednoczonej Floty Bałtyckiej Układu Warszawskiego.

Główną słabością polskiej Marynarki Wojennej było wówczas postępujące starzenie się znacznej części okrętów bojowych, zwłaszcza w klasie kutrów torpedowych, okrętów podwodnych oraz okrętów zwalczania sił podwodnych. Niemożliwe było odtworzenie liczby jednostek przewidywanych do wycofania. Łącznie w kolejnych latach w Marynarce Wojennej dało się zauważyć tendencję malejącą, gdy chodzi o stan okrętów - do 1975 roku miało być wycofanych 39, podczas gdy planowano wprowadzić 33 nowe.

Nie było możliwości zapewnienia odpowiedniej ochrony przeciwlotniczej okrętom działającym na morzu, między innymi dlatego, że nie mieliśmy jednostek wyposażonych w radioelektroniczne środki rozpoznania i naprowadzania własnego lotnictwa myśliwskiego. Brakowało też okrętów dowodzenia.

Aby polska Marynarka Wojenna mogła wykonywać stawiane jej zadania, należało po 1975 roku spełnić dwa podstawowe warunki. Po pierwsze, wzmocnić jej siły uderzeniowe i obrony Wybrzeża przez modernizację istniejących i wprowadzenie nowych okrętów o doskonalszych parametrach (niszczycieli, kutrów rakietowych i torpedowych, okrętów podwodnych i okrętów desantowych) oraz udoskonalić brzegowy system obserwacji i łączności. Po drugie, wprowadzić okręty z radioelektronicznymi środkami wykrywania i naprowadzania w celu wydłużenia zasięgu pola radiolokacyjnego oraz rozbudowy i usprawnienia systemu bazowania.

Franciszek Puchała

Interesujesz się sprawami związanymi z wojskowością? Koniecznie przeczytaj najnowszy wpis na blogu gen. Waldemara Skrzypczaka.

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: operacje | samolot | NATO | zachód | sprzęt | wojsko
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL