Reklama

Fiat 126p LPT. Wojskowy "Maluch"

Lekki Pojazd Terenowy podczas prób wojskowych. Z tyłu widocznie jest działo bezodrzutowe B-10, kal. 82 mm /archiwum Wojska Polskiego /domena publiczna

Reklama

Fiat 126p LPT to wojskowa odmiana popularnego „Malucha”, która miała służyć w wojskach powietrznodesantowych. Wykorzystanie podzespołów Fiata 126p miało jednak zgubne skutki dla wojskowej przyszłości tego pojazdu.

Pracownicy Wojskowego Instytutu Techniki Pancernej i Samochodowej w Sulejówku, opierając się na amerykańskich doświadczeniach z Wietnamu, postanowili opracować lekki pojazd, który mógłby służyć w wojskach powietrznodesantowych. Prace rozwojowe zlecono zespołowi kierowanemu przez prof. Zbigniewa Burdzińskiego. Nie chciał on opierać się na znanych konstrukcjach, jak choćby amerykański M274. Postanowiono opracować całkowicie nowy pojazd, nazwany LPT - Lekki Pojazd Terenowy.

Prace konstrukcyjne rozpoczęto w drugiej połowie lat 70. Zgodnie z założeniami planowano skonstruować lekki, uniwersalny sześciokołowy pojazd z możliwością pływania.

Reklama

- Ponieważ inne armie miały podobne pojazdy, postanowiliśmy skonstruować własny - wspominał na stronach Muzeum Techniki i Komunikacji w Szczecinie, Stanisław Kukla, jeden z konstruktorów pojazdu.

- Nie wzorowaliśmy się na innych amfibiach, LPT jest nasz własny. Miał służyć do wywożenia rannych z pola walki. Dlatego można było nim kierować idąc obok. Wystarczyło zablokować gaz. Mógł też być wykorzystany do dowożenia amunicji w trudnym terenie. Bez kłopotu pokonywał niewielkie przeszkody wodne.

Ponadto cała konstrukcja miała być na tyle lekka by można było ją zrzucać na spadochronach. Pojazd równocześnie miał być jak najprostszy w konstrukcji, aby nie obciążać zbytnio przemysłu. Z tego powodu postanowiono wykorzystać jak najwięcej elementów Fiata 126p.

Wojskowy "Maluch"

Konstruktorzy postanowili, że napęd pojazdu będzie stanowił silnik benzynowy o pojemności 650 cm³ i mocy 24 KM, pochodzący z Fiata 126p. Również z tego samochodu pochodziła, nieco przebudowana, skrzynia biegów, a także sprzęgło i system chłodzenia. Z "Malucha" wykorzystano także mechanizmy kierowniczy i hamulcowy oraz zawieszenie dwóch ostatnich par kół. Napęd był przenoszony na dwie tylne osie. Przy czym, podczas jazdy po utwardzonej drodze, środkowa oś była odłączana.

Aby samochód był jak najlżejszy, nadwozie zostało wykonane z tworzyw sztucznych wzmocnionych włóknem szklanym. Taka konstrukcja miała także ułatwić pokonywanie niewielkich zbiorników wodnych - rzek i rozlewisk. W wodzie pojazd był napędzany za pomocą śruby napędowej. Na lądzie śruba była odchylana do góry. Pojazd posiadał dwuosobową załogę, mógł przewieźć czterech żołnierzy z wyposażeniem, lub dwóch rannych na noszach, albo 400 kg ładunku.

Wojskowe testy

W 1978 roku wyprodukowano od 7 do 15 sztuk, które trafiły na testy m.in. do 16 Kołobrzeskiego Batalionu Powietrznodesantowego w Krakowie. Testy trwały w latach 1979-81. Wojsko nie było jednak zadowolone z proponowanego pojazdu. Żołnierze narzekali na zbyt słaby silnik i nieodpowiednie do jazdy terenowej koła oraz zawieszenie. Ponadto przy jeździe z pełnym obciążeniem silnik niezwykle się grzał.

W dodatku odciążony pojazd był dość wywrotny. Chwalono za to rozwiązania zastosowane w karoserii i napęd w wodzie. Było to jednak za mało. Wojsko postanowiło nie przedłużać prac rozwojowych. Sztabowcy uznali, że zamontowanie silniejszego silnika spowoduje zbyt duże zmiany konstrukcyjne i niewspółmierny wzrost kosztów. Inżynierowie, pracujący przy projekcie uznali, że był to błąd. Należało pozwolić im pracować nad rozwojem konstrukcji.

Gwiazda filmowa

LPT trafił do magazynów. Odkopali go dopiero filmowcy, którzy kręcili serię o "Panu Samochodziku". Specjaliści od efektów przebudowali gruntownie, do niedawna wojskowy, pojazd. Zamontowano wyrzutnie rakiet, komin, lotnię i antenę satelitarną. Dodano także ster i błotniki.

- W rzeczywistości nie miał steru - wyjaśniał na stronie Muzeum Techniki Piotr Krukowski, aktor grający główną rolę w serii "Pana Samochodzika. - Na wodzie dalej kręciło się kierownicą i sterowało kołami. Nie powiem, żeby to był wydajny system. Zresztą i tak pływał wolniutko - 6, może 10 km/h. Nie przeciekał, no i dzięki temu ściętemu przodowi łatwo nim było wjechać do wody.

- Wehikuł był wywrotny, choć na wertepach świetnie sobie radził - dodawał aktor. - Technicy obciążali go z tyłu płytami chodnikowymi. Kiedyś zapomnieli je wyjąć i wjechałem tak do wody. Amfibia zaczęła tonąć.

Do dziś przetrwały jedynie dwa pojazdy tego typu. Jeden z nich znajduje się w zbiorach Muzeum Techniki i Komunikacji w Szczecinie. Drugi jest w prywatnych rękach.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy