Reklama

Laboratorium nazistowskiego lekarza

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat liczni poszukiwacze starali się trafić na ślad dolnośląskiego laboratorium naczelnego lekarza medycyny lotniczej. Wymieniano kolejne miejsca, gdzie nazistowski profesor miał przeprowadzać badania nad odpornością ludzkiego ciała celem udoskonalenia kilku projektów Wunderwaffe.

Na początku lat 40. Instytut Badawczy Medycyny Lotniczej Ministerstwa Lotnictwa w Berlinie miał swą siedzibę w oddziale Wojskowej Akademii Medycznej, położonej nad kanałem Spandauer Schiffahrtskanal. Kierowany przez pułkownika prof. Hubertusa Strugholda należał do tzw. "grupy dydaktycznej C", dzięki czemu już od początku wojny miał do dyspozycji "lekarzy konsultantów". Na wezwanie Strugholda pomocą mieli służyć m.in. tacy specjaliści jak: chirurg, dermatolog, higienista, internista, psychiatra, psycholog wojskowy, patolog, farmakolog, laryngolog, okulista, radiolog, pulmonolog oraz konsultant od medycyny sądowej.

Reklama

Badania nad spadkiem ciśnienia

Hubertusowi Strugholdowi, jako dyrektorowi Instytutu podlegało aż dziesięć wydziałów. W "Wydziale naczelnym" zatrudniony był m.in. Hansjochem Autrum, zoolog, specjalista od fizjologii zmysłów i nerwów (odegra ważną rolę w dalszej części artykułu). Wraz z kilkoma innymi naukowcami zajmowali się systematyką oddziaływania na człowieka dużych wysokości, optyką fizjologiczną, elektrokardiografią, fizjologią porównawczą, biologicznymi badaniami nad izotopami oraz oceną reakcji organizmu na nagły spadek ciśnienia (eksperymenty prowadzone na owczarkach niemieckich).

Funkcjonował również "Wydział histofizjologii" zajmujący się zagadnieniami funkcjonowania tkanek, zaopatrywaniem tkanek w tlen, odpornością na duże wysokości i elektroencefalografią. Kolejny wydział - "fizjologii oddychania i układu krążenia" stosował techniki pomiarowe i przeprowadzał badania naukowe nad spadkiem ciśnienia. "Wydział do spraw lotów doświadczalnych i problemów praktycznych" miał za zadanie sprawdzać oddziaływanie organizmu na zatrucie tlenem, badać przyczyny i skutki wypadków na dużych wysokościach, analizować następstwa katastrof morskich, m.in. sposoby zwalczania pragnienia. Z kolei "Wydział fizjologii żywienia" skupiał się na wypracowaniu specjalnego pakietu żywnościowego dla pilotów i ogólnych problemach żywienia żołnierzy. "Zewnętrzny wydział fizjologii lotniczej" badał ogólną fizjologię oddychania i układu krążenia, konsekwencje niedotlenienia i wyziębienia organizmu. "Zewnętrzny wydział badań nad mózgiem" zajmował się fizjologią i patologią centralnego systemu nerwowego. Wśród pozostałych wydziałów warto jeszcze wspomnieć o "Wydziale badań nad dużymi wysokościami", czy "Wydziale do spraw badań nad przyspieszeniem".

Wytrzymałość ludzkiego organizmu

Efekty nadzorowanych przez Strugholda badań uwieczniono na wielu filmach dokumentalnych, z których przetrwały nieliczne. Na jednym z nich pt. "Lot na wysokości 10 000 metrów z tlenem" (Der Flug über 10 000 Meter mit Sauerstoff), wyprodukowanym przez Urząd Filmowy Ministerstwa Lotnictwa we współpracy z Instytutem Badawczym Medycyny Lotniczej i Instytutem Medycyny Lotniczej Niemieckiego Zakładu Doświadczalnego Lotnictwa, widać kilku ochotników Luftwaffe i profesora Strugholda.

Naczelny lekarz medycyny lotniczej opisując badanie wytrzymałości ludzkiego organizmu na dużych wysokościach (doświadczenie przeprowadzono w komorze podciśnień Instytutu Niemieckiego Zakładu Doświadczalnego Lotnictwa), komentuje to słowami: "Możemy przestudiować ten problem nie tylko w komorach podciśnień. (...) Możemy osiągnąć to samo przez oddychanie mieszanką powietrza ze stalowych butli, ubogą w tlen. (...) Mężczyzna po prawej stronie oddycha mieszanką, która odpowiada powietrzu na 7500 metrów.

Mężczyzna w środku zostaje nagle "przeniesiony" na wysokość 9000 metrów. A mężczyzna po lewej stronie od razu na wysokość 11000 metrów. Stopery są włączone. Doświadczenie rozpoczęte. Najpierw mężczyzna na 11000. (...) Teraz zaczyna intensywniej oddychać. Już zapadł na chorobę wysokościową. (...) Natychmiastowy dopływ świeżego powietrza ratuje go od utraty świadomości. To stało się po 150 sekundach". Te oraz podobne badania przeprowadzone na zlecenie Luftwaffe miały na celu znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak wielkim obciążeniom mogą być poddawani piloci, i zarazem jak długo mogą przeżyć w powietrzu ubogim w tlen i przy niskim ciśnieniu.

Doświadczenia na ludziach

W lutym 1942 roku do obozu w Dachau została przywieziona ruchoma komora niskociśnieniowa, której budowę ponoć nadzorował Hubertus Strughold. To jednak nie on bezpośrednio przeprowadzał badania przy wykorzystaniu więźniów, lecz współdziałająca z nim grupa niemieckich lekarzy. Dowodzi tego list wysłany do Heinricha Himmlera przez dr. Siegmunda Raschera: "Doświadczenia, podczas których osoby doświadczalne mogą oczywiście stracić życie, byłyby przeprowadzane we współpracy ze mną. (...) Rozmawiałem o tym w absolutnej tajemnicy z przedstawicielem naczelnego lekarza lotnictwa, który także jest zdania, że te kwestie można rozwiązać tylko na drodze doświadczeń na ludziach".

O pracy niemieckich naukowców w Dachau, wspominał po wojnie były więzień Stalislav Zamecnik: "Rascher przybierał maskę sympatycznego człowieka. Rodzaj jego doświadczeń wymagał od osób badanych pewnej współpracy. Nawet gdy w komorze podciśnień chwytali z trudem powietrze albo marzli w lodowatej wodzie, musieli opisywać swoje odczucia. (...) Było konieczne, aby ofiara wierzyła, że doświadczenie nie jest w żadnej mierze niebezpieczne, choć za drzwiami leżały już nosze przygotowane do odtransportowania zwłok".

Lot na rakiecie w... podziemiach zamku

Po nasileniu się nalotów na Berlin w 1944 roku prof. Strughold, po konsultacji z kadrą dowódczą Luftwaffe, podjął decyzję o przeniesieniu urządzeń i dokumentacji do jednego ze śląskich majątków, który był położony z dala od bombardowanych dużych miast III Rzeszy. Ponieważ miejsce było tajne, nikt nie miał pojęcia o tym, gdzie dokładnie znajdował się ośrodek badań słynnego naukowca. Pierwszy impuls do podjęcia poszukiwań dała słynna książka Krzysztofa Kąkolewskiego "Co u Pana słychać?", będąca zapisem wywiadów, jakie autor przeprowadził w latach 70. głównie w RFN z byłymi wojskowymi, naukowcami i funkcjonariuszami aparatu administracyjnego III Rzeszy, którzy w czasie II wojny światowej popełniali zbrodnie na ziemiach polskich i w innych krajach. Jednym z rozmówców był Hubert Strughold.

Profesor wyparł się badań na ludziach, mówiąc do polskiego reportera: "To nie moje doświadczenia, ja tylko eksperymentowałem na zwierzętach". Starając się przekonać dodał po chwili, że zajmowali się tym inni: "Mnie interesowały tylko ich doświadczenia". Polski publicysta nie dawał jednak za wygraną i nadal starał się uzyskać nieco więcej wiadomości, zwłaszcza na temat pracy profesora: "Mnie zajmowały też zagadnienia drgań, jakie mogą wystąpić podczas lotów. Wiedziałem, że drgania będą miały znaczenie. Nasz Instytut został zbombardowany, więc ewakuowano go na Śląsk. Ta miejscowość teraz należy do Polski. To był zamek baronowej. Nie pamiętam już, jak się nazywała. W podziemiach zamku próbowałem lotu w rakiecie. Badałem swoje reakcje. (...) Pamiętam, wszystko drżało, wibrowało, aż niebezpiecznie. (...) Po pewnym czasie nie można było kierować, traciło się panowanie nad sterem. "Baronowej nie przeszkadzały hałasy?" pytał Kąkolewski. "Nie. Ona oddała nam zamek, żeby, jak naziści zwyciężą, nie zabrali jej" odpowiedział profesor. "A jak przegrają, to też by jej zabrali?" pytał zaciekawiony dziennikarz. "I tak straciła. Polacy zabrali. Musieliśmy uciekać, bo Rosjanie byli o dziesięć kilometrów"".

Czy to był Książ?

Jaki zamek i jaką baronową miał na myśli Strughold? Jerzy Rostkowski w kolejnych książkach od lat stara się przekonywać swoich czytelników, że tajne laboratoria znajdowały się w okolicach Wałbrzycha. Początkowo faworyzował największą w regionie rezydencję: "Nie ma na Śląsku zamku baronowej, który pomieścić by mógł laboratoria ze wspomnianym symulatorem rakiety. Jedynym takim zamkiem jest Książ. (...) Sądzę, że znamy jedynie bardzo niewielką część podziemi pod Książem i w Górach Sowich. Moim zdaniem, Strughold w rozmowie z Kąkolewskim opowiadając o swoich doświadczeniach z rakietą międzykontynentalną, miał na myśli zamek Daisy - w Polsce nazywanej księżną, a przez Niemców grafiną".

Autor, próbując za wszelką cenę obronić swą hipotezę, przeinacza nazewnictwo tytułów arystokratycznych. Strughold wyraźnie wspominał o baronowej, której tytuł stał niżej w hierarchii od hrabiny, a tym bardziej od księżnej. Naukowiec na pewno zapamiętałby księżną Daisy z Książa, która była przedstawicielką jednego z najsłynniejszych rodów w tej części Europy. Dodajmy, że niemiecki tytuł grafiny (żony grafa) to odpowiednik hrabiny, a nie księżnej, jak sugeruje autor. Z kolei przypuszczenia, że podziemia Książa były jedynymi możliwymi do pomieszczenia urządzeń Strugholda są nieprawdziwe.

Fantastyczne historie o fabryce Wunderwaffe

Autor pozwolił sobie również na mocne nadużycie pisząc o symulatorze "rakiety międzykontynentalnej", nie wspominanej zarówno podczas rozmowy Krzysztofa Kąkolewskiego ze Strugholdem, jak i w innych źródłach. W kolejnej publikacji Rostkowski zmodyfikował nie popartą jakimkolwiek dowodem historyjkę sugerując, że Strughold mógł również prowadzić swe badania również pod tzw. Starym Zamkiem Książ: "Jest jeszcze jedna opowieść, która wprowadza do historii Starego i Nowego Zamku niezwykle ważną postać. Chodzi o Hubertusa Strugholda, uczonego zbrodniarza będącego pionierem niemieckiej medycyny lotniczej. Jakie są jego związki z zamkami nad Pełcznicą? (...) Mówiąc o "zamku baronowej" nie musiał wiedzieć lub pamiętać, że Książ należał przedtem do księżnej Daisy von Pless.

"Oddała zamek" - Książ został jej odebrany przez nazistów (...). Wspomniane w rozmowie z Kąkolewskim doświadczenie "nie całkiem" było "przygotowaniem do lotu kosmicznego" - jeśli Hubertus Strughold mówił prawdę, to choć nie znamy charakteru domniemanej fabryki lotniczej pod Starym Zamkiem, a może i Nowym, możemy domniemywać, że został tam przeniesiony na Dolny Śląsk zakład produkcyjno-doświadczalny rakiet A4b - uskrzydlonej pilotowanej wersji V-27". Przemilczę coraz śmielsze i coraz bardziej fantastyczne historie o fabryce Wunderwaffe pod jednym z dwóch zamków, czy kosmicznych teoriach odnoszących się tak naprawdę do powojennej pracy Strugholda w Stanach Zjednoczonych.

Dla nas ważniejszym tropem są słowa profesora o baronowej, która oddała (czytaj: użyczyła) swoją rezydencję na potrzeby badań naukowych. Tym samym zabranie przez nazistów zamku księżnej Daisy należy uznać za kolejną nadinterpretację autora kilku książek o wojennych zagadkach Dolnego Śląska.

Jeszcze ciekawsze jest to, że Pan Rostkowski w tej samej publikacji przedstawił trzecie miejsce pracy niemieckiego naukowca! Do interesującego odkrycia miało dojść w budynku położonym przy Grand Hotelu w Szczawnie-Zdroju: "Coś w podświadomości mówiło mi, że jestem na dobrym tropie, że idę za cieniem Hubertusa Strugholda. (...) Zaczęliśmy od schronu pod sanatorium (...), gdzie rozpoczęto podobno jakieś ważne i tajne prace dla Luftwaffe. To była informacja najwyższej wagi, ale cóż ja mogłem z nią zrobić? Nie miałem żadnego dokumentu, jedynie tę ustną relację z drugiej ręki. (...) Podczas penetracji piwnic otwarto przede mną jedne z wielu drzwi w korytarzu (...) i ugięły się pode mną nogi. (...) Ciężkie drzwi z małym judaszem i dużym, przypominającym kierownicę kołem.

Gdzieś to wszystko widziałem. Pancerną szybę w ściennej wnęce pozwalającą zajrzeć do sąsiedniego pokoju, stalowe, nabijane nitami ramiaki okien z grubymi pancernymi szybami, nawet stojące w środku fotele wydawały się znajome. (...) I nagle wiedziałem już wszystko. Że też idiota, szukałem podziemnego kompleksu Hubertusa Strugholda! Właśnie miałem go przed oczami. Te wnętrza, które wydawały się mi tak uderzająco znajome, widziałem na filmie dokumentalnym (...). W Szczawnie-Zdroju znalazł on niemal identyczne warunki do badań. Nie myliłem się. (...) Miałem go. Dopadłem Hubertusa Strugholda. To dlatego był na Dolnym Śląsku. (...) Przeniósł swój instytut z bombardowanego Berlina do spokojnego Bad Salzbrunn, by w zaciszu uzdrowiska kontynuować badania. (...) "Kompleks" Strugholda, którego tak usilnie szukałem, mieścił się w Kurmittelhaus - dzisiejszym Sanatorium Przyrodoleczniczym".

Naciągana historia

Zastanawiać może, czy wybór zatłoczonego uzdrowiska, pełnego niepotrzebnych gapiów miałby sens? Ponadto wielki kompleks, w którym była potrzeba testowania symulatorów "rakiet międzykontynentalnych", kilkadziesiąt stron dalej został zredukowany do niewielkiej sali! Tymczasem prawda jest taka, że pod sanatorium znajdowało się pomieszczenie, w którym... zwykły lekarz starał się wyleczyć swych pacjentów z rozmaitych chorób układu oddechowego poprzez zmianę ciśnienia powietrza. Dlatego kilkudziesięcioletni sprzęt nie został zabrany, a zgromadzone urządzenia wciąż działają. Nie wolno też zapomnieć, iż teoria ta nie zgadza się z wypowiedziami niemieckiego naukowca o miejscu prowadzonych przez niego badań!

Na koniec warto przytoczyć jeszcze jedną opowieść o pobycie Hubertusa Strugholda na Dolnym Śląsku: "Od połowy wojny właściciele okolicznych dóbr udostępnili zamek Grodno armii. Był punktem obserwacyjnym i stacją łączności radiowej. Z jakichś względów nie łączy się go z tajemniczą budową "Riese" w Górach Sowich (...) i Hubertusem Strugholdem, badaczem medycyny lotniczej. (...) Podejrzewanych było kilkanaście miejsc, łącznie z zamkiem Książ, który nazywać "zamkiem baronowej" byłoby, ze względu na światową sławę jego i jego właścicieli - książąt von Pless, szczytem ignorancji.

Czy sąsiedztwo tajemniczego "Riese", zapas surowców i energii (z pobliskiej zapory - przyp. Sz.W.) oraz dzisiejszy brak zamkowych podziemi, a także dziwne milczenie w tej kwestii nie są jakimś sygnałem?". Niestety nie są! W wydanej w 2009 roku skromnej publikacji autorstwa Bartłomieja Faberskiego przytoczone "argumenty" nijak się mają do naciąganej historii o pobycie prof. Strugholda na zamku Grodno. Autor wspominając o właścicielach okolicznych dóbr zapomniał uzasadnić sens określenia "zamek baronowej" oraz próbował na wyrost łączyć Grodno z kompleksem "Riese". Pozostaje zatem zasadnicze pytanie: w jakim zamku znajdowały się laboratoria niemieckiego profesora?

Mury o grubości metra

Po pierwsze należy zdać sobie sprawę, że "zamek" wcale nie musi określać średniowiecznej warowni, albowiem wobec wielu obiektów stosowano rozmaite nazewnictwo, np. "schloss" mógł oznaczać zarówno barokowy pałac, renesansowy dwór, jak przebudowany w późniejszym okresie zamek. Dokładny rodzaj rezydencji był zapewne jeszcze trudniejszy do opisania przez Strugholda, który nigdy nie zajmował się historią architektury. Ponadto wywiad był przeprowadzany trzydzieści pięć lat po wojnie. Ponieważ dyrektor Instytutu Badawczego Medycyny Lotniczej nie przekazał precyzyjnych informacji, co do rzeczywistej lokalizacji tymczasowego miejsca prowadzonych badań, dlatego należy sięgnąć do innego źródła.

Jest nim książka pt. "Mein Leben. Wie sich Glück und Verdienst verketten", autorstwa wspomnianego w artykule niemieckiego profesora zoologii Hansjochema Autruma. Wieloletni współpracownik Strugholda dokładnie opisał miejsce, gdzie wspólnie spędzili kilka miesięcy: "Kiedy ataki lotnicze na Berlin nasiliły się i w końcu bomba trafiła w Instytut Badawczy Medycyny Lotniczej, (...) Strughold podjął decyzję o przeniesieniu Instytutu. Najpewniejszym miejscem okazał się Śląsk, zwłaszcza, że lotnictwo sowieckie nie bombardowało budynków cywilnych. Pałac w Rząsinach na Śląsku (...) był nowym miejscem pracy. Zamek pochodził z XV wieku, a pierwsze piętro zamieszkiwała jeszcze właścicielka. Miał on mury o grubości jednego metra. Profesor miał na pierwszym piętrze swój "gabinet". W dawnej winiarni urządził on laboratorium, a drugie pomieszczenie piwniczne wykorzystał do mierzenia adaptacji oka w ciemności. Miało małe okienko i było łatwe do zaciemnienia".

Specjalne życzenia Strugholda

Przez długie stulecia niewielka rezydencja w Rząsinach (niem. Welkersdorf) nie przechodziła większych zmian w wyglądzie. Renesansowy dwór prawdopodobnie kazał przebudować na neoklasycystyczny pałac graf Hans von Diebitsch, który posiadał wieś w latach 1815-1822. Warto nadmienić, że służąc w armii rosyjskiej jako feldmarszałek Iwan Dybicz Zabałkański wsławił się walkami z polskimi powstańcami na przełomie 1830 i 1831 roku. W toku kolejnych dekad majątek miał różnych właścicieli.

Po hrabinie von Schmettow, ok. 1845 roku właścicielem pałacu był wrocławski bankier Arnold Lüschwitz, zaś później kapitan piechoty August von Braufe oraz porucznik Hermann Krause (1894-1898). Po nim we wsi pojawił się niejaki Branse, bogaty śpiewak operowy, który na starość zajął się... specjalistyczną hodowlą ziemniaków. Po początkowych sukcesach przyszła zła passa i musiał sprzedać majątek w 1900 roku. Pięć lat później (1905) zadłużone dobra nabyła Ella Luise von Pritwitz-Graffron z domu Kaestner, która posiadała pałac w Rząsinach przez kolejne dekady.

W 1944 roku na specjalne życzenia Hubertusa Strugholda do wsi przyjechał prof. Autrum. Wcześniej jednak niemiecki naukowiec przewiózł aparaturę badawczą do gospodarza we wsi Klaistow koło Poczdamu, gdzie mieszkała jego żona z córką. Następnie za pomocą oddanego mu do dyspozycji przez Strugholda ciężarowego samochodu napędzanego gazem drzewnym przetransportował cenne urządzenia do Rząsin. Wśród przewożonego sprzętu znajdował się - według Autruma pierwszy na świecie - wzmacniacz napięcia prądu stałego dużej mocy, który służył do wzmacniania niewielkiego napięcia powstającego na gałce ocznej.

Bez słowa krytyki

Długą drogę samochód pokonał w dwa dni, co wynikało z faktu, iż paliwo uzyskiwane z destylacji drewna nie pozwalało na rozwijanie większych prędkości: "Ponieważ sytuacja w Berlinie nie była zbyt ciekawa, wręcz niebezpieczna, dowiedziałem się o naszym przeniesieniu do Rząsin. Początkowo przeniosłem najpotrzebniejszy sprzęt do żony do Klaistow. Pewnego dnia wszystko zostało przetransportowane ciężarówką do Rząsin. Pojechałem tam z kierowcą. Podróż trwała dwa dni, ponieważ ciężarówka była jak "piec". Obok siebie był kocioł o wysokości 2 m i prawdopodobnie o średnicy 80 cm, w którym przez ogrzewanie było "destylowane" mokre drewno; przy tym powstają (...) w znikomych ilościach gazy łatwopalne, za pomocą których jest napędzany silnik. Było mało benzyny i nawet Wehrmacht musiał oszczędzać. Samochód jechał bardzo powoli, a było do pokonania 290 km. Jak tylko przygotowano kwatery dla mojej żony, mnie i mojej 4-letniej córki, dwa pokoje u przyjaznego gospodarza, cała rodzina i Herta Tscharntke przybyła, a trochę później także zaangażowana do służby młoda doktorantka Wilfrede Schneider, po mężu Kingerter. Nasza gosposia również została przewieziona do Rząsin, ale pod warunkiem, że będzie zaangażowana służbowo, zaś moja żona będzie współpracowała z pracownikami Instytutu".

Autrum był zafascynowany osobą Strugholda i w swych wspomnieniach bez słowa krytyki wypowiadał się o każdej jego decyzji zapadłej w Rząsinach: "Strughold był życzliwy - o ile poważnie się podchodziło do pracy. Kto zajmuje się nauką i ją bada, musi - tak jak Strughold - nie tylko pozostawić za sobą sprawy poboczne (...). Gdy pewna asystentka poskarżyła się u niego, że przyrządza kawę 4 razy dziennie "szefowi", i że to nie należy do jej obowiązków, to nakazał jej, aby przyrządzała tyle kawy, na ile on będzie miał ochotę. Naukowiec bowiem nie martwi się o takie błahostki. Ponadto jego czas jest zbyt cenny i ucierpiałyby na tym badania".

Nie samą pracą...

Zdarzało się jednak, że naukowcy decydowali się odetchnąć na kilkanaście godzin od pracy: "Podczas wojny życie w Rząsinach płynęło spokojnie. Intensywnie pracowaliśmy, ale nie zapominaliśmy o dniach świątecznych. Tak obchodziliśmy ślub córki naszego gospodarza (nazywał się Schwertner) z jednym z urlopowiczów. Mimo wojny upieczono 40 blach ciasta; (...) już wczesnym rankiem dzieci gospodarza śpiewały piosenki przed domem weselnym i otrzymały za to ciastka. Wraz z żoną otrzymaliśmy zaproszenie w charakterze wyjątkowych gości i mieliśmy zająć miejsce w Domu Modlitw obok rodziców pary młodej. (...) Na koniec uroczystości para młoda, rodzice i moja żona wsiedli do powozu, nastąpiła kilkugodzinna przejażdżka po sąsiednich wsiach. W każdej karczmie zatrzymano się i świętowano popijając wódkę. Wróciliśmy do Rząsin "podchmieleni".

Przed domem naszego gospodarza zatarasowano drogę zgodnie ze starym zwyczajem deskami, belkami i zaroślami. Nowo zaślubiony musiał najpierw się napracować, aby dotrzeć do domu swojej żony". Autrum wraz z żoną i poszczególnymi pracownikami, od czasu do czasu opuszczał kompleks pałacowy, by po "naładowaniu baterii" z większą energią wrócić do badań:

"Zima w Rząsinach nie upłynęła nam tylko na pracy. Wspaniały, nienaruszony śnieg kusił do jazdy na nartach. Nie było wyciągów i oprócz nas żadnych narciarzy. Niestety, nasze narty musieliśmy dostarczyć w grudniu 1943 roku do Wehrmachtu. Miały one służyć niemieckiej armii w Stalingradzie. (...) Ponieważ w Rząsinach żyliśmy w zgodzie, po zdobyciu nart od miejscowych, często jeździliśmy zimą 1944 roku przy świetle księżyca. Domy w wiosce były porozrzucane na zboczach i pagórkach. Prawie we wszystkich domach paliły się światła na żółto przez całą noc z wyjątkiem gospody i karczmy; ciemno było tylko w naszym zamku. Poprzez te żółte światełka w małych okienkach izb tworzył się malowniczy i przyjazny nastrój. W naszej izbie ogrzewaliśmy się wódką i tańczyliśmy niekiedy do białego rana".

Zabawa niemieckich naukowców i ich pomocników to tylko barwne tło trudnego życia codziennego, pełnego żmudnych i wielogodzinnych badań. Zwłaszcza dla Strugholda badania miały pierwszorzędne znaczenie. Interesowały go nie tylko wyniki prac prowadzonych w pałacu, ale również w okolicznych miejscowościach. O tym w kolejnym artykule...

Szymon Wrzesiński

Autor za pomoc w przygotowaniu artykułu dziękuje pani Małgorzacie Stankiewicz, autorce książki: "Gościszów. Dzieje zamku" (2009).

Tytuł oraz śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Tekst ukazał się w magazynie "Odkrywca" pod tytułem "Z Berlina na Dolny Śląsk"

Odkrywca
Dowiedz się więcej na temat: lekarz | laboratorium | Niemcy | eksperyment | II wojna światowa | pilot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy