Reklama

Piętnaście lat po tragedii pod Rysami. Czas nie uleczył ran

Tatry, krzyż tuż obok Czarnego Stawu pod Rysami /Marcin Jozefowicz /East News

Reklama

28 stycznia 2003 roku lawina porwała grupę zmierzających na Rysy licealistów. Osiem osób zginęło, a dwie zostały ranne. To była jedna z największych tragedii, jakie kiedykolwiek wydarzyły się w polskich górach.

Środek tygodnia, upalny dzień lipca ubiegłego roku. Na Cmentarzu Komunalnym w Tychach - Wartogłowcu garstka osób. W sklepiku ze zniczami pytam o licealistów. Tu każdy wie, gdzie leżą.

***

Styczeń 2003. Ferie trwały w najlepsze. Grupa uczniów z liceum im. Leona Kruczkowskiego w Tychach przyjechała do schroniska nad Morskim Okiem pod opieką Mirosława Sz., nauczyciela geografii i szefa Uczniowskiego Klubu Sportowego "Pion". Celowali w Rysy - najwyższy szczyt w Polsce.

Część nastolatków wdrapała się ośnieżonym zboczem na górę 27 stycznia. Reszta chętnych miała podjąć próbę dzień później. Mimo drugiego stopnia zagrożenia lawinowego, nauczyciel, drugi opiekun, nastolatki i 22-letni brat jednego z nich wyruszyli wczesnym rankiem w kierunku szczytu.

Reklama

Cztery godziny później. Trzask. Tumult rozpędzającego się śniegu, uderzenie, przytłumiony krzyk. I cisza. Wszechobecna, obezwładniająca cisza. Lawina zeszła prawie spod samego szczytu. Porwała dziewięć osób - czwórka pozostałych uczestników wycieczki, w tym nauczyciel, szczęśliwie przebywała ponad obrywem masy śnieżnej.

Zawiadomieni o zdarzeniu ratownicy TOPR natychmiast ruszyli na miejsce. W akcji wzięły udział dziesiątki osób. Toprowców wsparli m.in. pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Z dziewięciu poszukiwanych tyszan znaleziono troje. Los uśmiechnął się tylko do Luizy - była posiniaczona i miała złamaną rękę. Przewiezionego do szpitala w krytycznym stanie Przemka nie udało się uratować, chociaż walczył o życie jeszcze kilkadziesiąt dni. Kiedy nadeszła pomoc, Łukasz już nie żył.

***

Lawina była gigantyczna. Szacuje się, że masa spadającego śniegu wyniosła około 26 tys. ton, a czoło lawiny było wysokie na kilka metrów. Było niczym śnieżne tsunami, porywające z zawrotną siłą i prędkością wszystko i wszystkich, którzy znaleźli się na jego trasie.

Uderzenie lawiny było tak mocne, że bez trudu roztrzaskało pokrywę lodową Czarnego Stawu pod Rysami. Chociaż na drugi dzień, mimo trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego, wznowiono zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą, ratownicy w końcu orzekli, że ciała pozostałych członków grupy znajdują się pod wodą.

Zdruzgotanym rodzinom na godne pochowanie swoich dzieci przyszło poczekać kilka długich miesięcy. Ciało Justyny, ostatniej ofiary lawiny, odnalezione zostało dopiero 17 czerwca.

"Była taka w pewnym stopniu ulga, że chociaż będziemy mieli możliwość, żeby pochować to dziecko, a nie wiecznie wyczekiwać" - wspominała przed rokiem w rozmowie z TVN24 Urszula Pacanowska. Jej córkę znaleziono 7 czerwca.

***

W lawinie pod Rysami (lub w wyniku obrażeń) zginęli: Przemysław Kwiecień (18 lat), Szymon Lenartowicz (17 lat), Andrzej Matyśkiewicz (16 lat), Łukasz Matyśkiewicz (22 lata), Justyna Narloch (16 lat), Ewa Pacanowska (17 lat), Artur Rygulski (18 lat) i Tomasz Zbiegień (36 lat, drugi opiekun).

Lipiec 2003. Na szczycie Rysów symbolicznie stanęli rodzice ofiar. Dokończyli niezrealizowane marzenie swoich dzieci i bliskich. Radość ze zdobycia góry, o ile jej doświadczyli, musiała być tego dnia wyjątkowo gorzka.

***

Wyświechtane powiedzenie, że sprawa miała swój finał w sądzie w tym przypadku się nie sprawdziło. Rozprawy sądowe były co najwyżej jej kolejnym - trudnym i bolesnym - epizodem.

W marcu 2005 roku Mirosław Sz. został skazany za nieumyślne sprowadzenie zagrożenia na grupę na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Oskarżyciel złożył apelację od wyroku.

Niespełna 13 miesięcy później za nieumyślne spowodowanie wypadku nauczyciel usłyszał kolejny wyrok: dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd przyjął wówczas ekspertyzę biegłych z Wrocławia. Ocenili oni, że lawina najprawdopodobniej zeszła samoistnie.

Dopiero podczas ponownego procesu organizator wycieczki przyznał, że popełnił błąd. "Nie powinienem ich prowadzić w góry. (...) Nie było pogody, która dawałaby poczucie bezpieczeństwa" - mówił cytowany po latach przez "Dziennik Polski".

Andrzej Matyśkiewicz w lawinie stracił dwóch synów. W procesie przeciwko Mirosławowi Sz. był oskarżycielem posiłkowym. "Nie pytajcie mnie o wybaczenie. Niech mu sumienie wybaczy" - miał powiedzieć dziennikarzom po ogłoszeniu wyroku.

Nie ma co gdybać, czy tak się stało. Koledzy pedagoga z pokoju nauczycielskiego mówią dziś, że jest cieniem człowieka, którego niegdyś znali. Trudno się dziwić. Tą samą gehennę od piętnastu lat przeżywają rodziny ofiar.

***

W tyskim liceum do dziś pamiętają o tragicznej śmierci nastolatków. Rok po tragedii w szkole zawisła pamiątkowa tablica. Każdego roku organizowana jest też msza święta w intencji ofiar lawiny.

"Nie ma dnia, bym o nich nie myślał. Nie ma dnia, w którym był nie pytał: Dlaczego to się musiało stać?, ale jak dotąd nie znalazłem odpowiedzi i chyba się jej nie doczekam" - mówił przed rokiem ks. Damian Gajdzik. W 2003 roku uczył w szkole religii.

"Cieszę się, że dyrekcja i nauczyciele pamiętają o kolejnych rocznicach naszej tragedii. Dziękuję, że na tych mszach jest kościół pełen młodzieży, która przecież nie znała naszych dzieci. To dla mnie osobiście jest bardzo ważne. To pomaga przetrwać ten trudny czas. Bardzo dziękuję za pamięć" - powiedziała rok temu "Dziennikowi Zachodniemu" Wioletta Lenartowicz. Lawina zabrała jej syna.

***

Tyski cmentarz, lipiec 2017. Według wytycznych skręcam tuż za bramą w lewo i idę chwilę wzdłuż muru. Nie sposób przegapić grobowców - nieprzypadkowo ustawionych jeden obok drugiego, tak jak ramię w ramię szli na Rysy tyscy licealiści. Patrzę na daty - Przemek i Artur byli w moim wieku.

Do głowy przychodzą truizmy. Zdania "mieli całe życie przed sobą" czy "czas leczy rany" bledną jednak w bliskim kontakcie z tragedią i cierpieniem bliskich. Kilka metrów obok mnie od dłuższego czasu stoi starszy mężczyzna. Powtarza coś pod nosem, co chwila nerwowo poprawia znicz, przesuwając go o kilka centymetrów na płycie nagrobnej.

Nie mam odwagi mu przerwać.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama