Reklama

Badanie śliny wykrywa nowotwory jamy ustnej i gardła. Nawet te jeszcze niewidoczne

Nowotwory jamy ustnej i gardła są częste i późno wykrywane. Zmienić może to domowy test wykrywający je w próbce śliny. Ale jest pewien paradoks.

Nowotwory jamy ustnej i gardła wykrywane są zwykle podczas badań lekarskich, gdy są już widoczne gołym okiem. To oznacza, że zwykle są wykrywane w późnym stadium.

W grupie pacjentów z nowotworami gardła po pięciu latach od ich wykrycia żyje już tylko 20 proc. osób. W grupie z nowotworami jamy ustnej średnio 68 proc. chorych.

Jednak w grupie osób, u których zmiany wykryto we wczesnym stadium, przeżywa znacznie więcej, bo odpowiednio 47 i 86 procent. Ta różnica uzmysławia, jak ważne jest wczesne wykrycie nowotworu. Ale jak to zrobić?

Reklama

Flora bakteryjna zdradza istnienie nowotworu

Z wcześniejszych badań wynika, że u osób z nowotworami jamy ustnej i gardła zmienia się flora bakteryjna. Zainspirowało to nowojorską firmę biotechnologiczną Viome do opracowania testu, który na podstawie zmian składu bakterii wykrywałby nowotwór, donosi tygodnik "New Scientist".

Naukowcy pobrali próbki śliny od ponad tysiąca stu palaczy (palenie znacząco zwiększa ryzyko nowotworów, zwłaszcza jamy ustnej i gardła). Z nich wyizolowali materiał genetyczny komórek nabłonka, bakterii oraz grzybów.

Materiał genetyczny porównano z niemal tysiącem próbek pobrany od osób z wykrytym nowotworem jamy ustnej i gardła. Zrobiono to za pomocą algorytmu sztucznej inteligencji, czyli uczenia maszynowego. Takie algorytmy dobrze bowiem wykrywają nawet drobne różnice w wielkich zbiorach danych i potrafią znaleźć wzorce, które umykają człowiekowi.

Sztuczna inteligencja rozpoznaje 90 proc. przypadków raka

Algorytm sztucznej inteligencji wykrył 88 różnych charakterystycznych zmian w ekspresji genów ludzkich komórek oraz ponad 180 genetycznych markerów bakterii u osób z takimi nowotworami. Potem przetestowano go na próbkach śliny (naukowcy wiedzieli, które pochodzą od osób zdrowych, a które od chorych).

Algorytm trafnie rozpoznawał próbki pochodzące od osób z nowotworem w 90 proc. (czyli taka była jego czułość). Osoby bez nowotworu rozpoznawał zaś trafnie w 95 proc. (czyli taka była jego swoistość).

Na tej podstawie amerykańska agencja FDA (Food and Drug Administration) testowi nazwanemu po prostu "CancerDetect" nadała rangę "przełomowego urządzenia" w kwietniu tego roku, co oznaczało szybszą ścieżkę do dopuszczenia na rynek. Teraz można go kupić.

Nie przeprowadzono badań klinicznych testu na dużej grupie badanych. Nie wiadomo też, czy wykrywa zmiany, zanim powstanie nowotwór (czyli jego przyczyny), czy gdy już istnieje (czyli jego skutek).

Nic nie widać, czyli paradoks zbyt wczesnej diagnozy

Zrobić test może każdy Amerykanin, który wypełni kwestionariusz na stronie firmy i zostanie zakwalifikowany do grupy ryzyka. Zestaw do pobrania próbki śliny otrzyma pocztą, a gdy odeśle próbkę do firmy, wynik testu dostanie w ciągu dwóch tygodni.

Tu powstaje wątpliwość. Co można zrobić z dodatnim wynikiem? Test może wykryć nowotwór, zanim jest widoczny gołym okiem - ale z tego samego powodu nie można takiej zmiany znaleźć i zoperować. Jedyne co pozostaje, to regularne kontrole lekarskie, póki zmiana się nie pojawi. To paradoks "zbyt wczesnej diagnozy".

Istnieją badania, z których wynika, że przyjmowanie niesterydowych leków przeciwzapalnych (aspiryny, ibuprofenu, ketoprofenu i naproksenu), zwanych w skrócie NSAID, może zmniejszać ryzyko rozwoju nowotworów jamy ustnej i gardła (według niektórych badań znacząco, bo nawet o 75 procent). Nie wiadomo jednak, czy takie leki zadziałają u osób, u których test wykrył już nawet niewielką nowotworową zmianę. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama