Reklama

Historia polskiego superagenta

Przez lata "Stawka większa niż życie" przyciągała przed ekrany miliony Polaków. Jednak twórcom scenariusza nie przyszło do głowy, że tworząc fikcyjną postać polskiego agenta umieszczonego w Abwehrze, otarli się o prawdę.

Zagadkowe losy kpt. Władysława Boczonia vel dr. Richarda Wagnera prowadziły przez meandry największych tajemnic polskiej konspiracji i bezlitosnej walki z gestapo, poprzez Polskę, Niemcy, słoneczną Grecję i granicę neutralnej Turcji, aż do finału w styczniu 1945 roku. Finału, który okazał się jedynie wstępem do kolejnej, tym razem powojennej, tajemnicy...

Pełno białych plam

Świat gry wywiadów, agentów i zakulisowych tajnych operacji II wojny światowej potrafi zafascynować i jednocześnie sprawić spory kłopot badaczom i historykom. Prawie zawsze pod pierwszą, wierzchnią warstwą "prawdy", kryją się kolejne, odsłaniające z pozoru niewiarygodne epizody i fakty, których próżno szukać w szkolnych podręcznikach. Niestety, sama specyfika tajnych wywiadowczych i kontrwywiadowczych operacji często nie pozwala ustalić ich dokładnego przebiegu. Nie wszystkie bowiem wydarzenia pozostawiają ślad na papierze, a przekazywane "grubo" po wojnie relacje potrafią czasem zaciemnić z pozoru jasne sprawy. Nic więc dziwnego, że historia długoletniej działalności "Pantery" ciągle zawiera białe plamy.

Reklama

Do tej pory nikomu nie udało się dotrzeć do naświetlających tę sprawę materiałów niemieckich, zarówno wrocławskiej Abwehry, jak i gestapo. Nie znane są dokumenty pozostające w archiwach rosyjskich, dotyczące również jego powojennych losów. Trudno dzisiaj także ustalić, gdzie znajduje się ogromne, stworzone i prowadzone przez cały okres okupacji archiwum "Pantery" , przekazane w 1947 r. Głównemu Zarządowi Informacji WP. Sprawę można prześledzić na podstawie dwóch głównych źródeł - materiałów zgromadzonych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, znajdujących się obecnie w Instytucie Pamięci Narodowej, oraz drobiazgowych wspomnień spisywanych i przesyłanych przez kilka lat Alfonsowi Filarowi, autorowi jedynej książki poświęconej temu tematowi: "Nasz człowiek w Abwehrze - tajemnica Władysława Boczonia".

Prawdziwy Hans Kloss

Relacje różnią się od siebie nie tylko w szczegółach, ale często w bardzo istotnych i ważnych fragmentach. Które są bliższe prawdy? Spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, analizując w kolejnych artykułach losy głównego bohatera. Zanim to nastąpi, na uwagę zasługuje istotny fakt. Oba źródła są zgodne co do jednego - Boczoń nie był agentem, który grał podwójną rolę. Co do tego nie ma wątpliwości. Niestety, takie treści przemycane są czasem przez nie znających dokładnie zagadnienia autorów, w artykułach i wzmiankach umieszczanych najczęściej na stronach internetowych, dotyczących historii polskiej konspiracji. Analizując materiały, do których udało się dotrzeć, możemy jedynie z całym przekonaniem przychylić się do słów Alfonsa Filara:

"O tym, że Boczoń był >wtyczką< AK w Abwehrze, a nie >wtyczką< Abwehry w AK, świadczą też i dowody pośrednie, logiczne. Otóż nawet tacy specjaliści, jak Różański, Fejgin, czy Światło, którzy wielokrotnie przesłuchiwali Boczonia na Mokotowie, nie zdecydowali się na zorganizowanie jego pokazowego procesu. M.in. dlatego, że nic, dosłownie nic nie można mu było zarzucić. Był po prostu patriotą, a patriotyzm polski niektórzy do dziś znoszą z trudem (...). Doszedłem do wniosku, że oddał on cenne usługi dla polskiego ruchu oporu (KOP i ZWZ AK), a pracę w Abwehrstelle Breslau (Wrocław) z całą pewnością podjął na polecenie swych przełożonych z konspiracji i był w niemieckiej Abwehrze polską wtyczką, ot takim kapitanem Klossem. Tyle, że prawdziwym".

W mundurze polskiego majora

To porównanie jest zresztą bardzo ciekawe. Przez kilkadziesiąt lat "Stawka większa niż życie" przyciągała przed ekrany niezliczone rzesze Polaków. Jednak twórcom scenariusza serialu Andrzejowi Szypulskiemu i Zbigniewowi Safjanowi nie przyszło do głowy, że tworząc fikcyjną postać polskiego agenta umieszczonego w Abwehrze, otarli się o prawdę.

Filmowy kapitan Hans Kloss "rozbijał" polskie podziemie w Warszawie, konspiratorzy z AL dokonywali na niego pomyłkowych zamachów, kierowano go do ochrony ważnych gałęzi przemysłu, wysyłano do Berlina, Paryża i Stambułu. Ostatecznie, w końcowym odcinku serii, pojawia się na ekranie w mundurze polskiego majora w towarzystwie oficerów radzieckich. To wszystko bez trudu można odnaleźć w niezwykłej historii oficera Oddziału II SG, konspiracyjnego KOP i ZWZ AK kpt. Władysława Boczonia vel dr. Richarda Wagnera - etatowego pracownika wrocławskiej Abwehry, który w 1945 roku pojawia się... niczym filmowy J-23 w mundurze mjr Wojska Polskiego u boku oficerów kontrwywiadu wojskowego Armii Czerwonej.

Jego powojenne losy stanowią zagadkę. Czy rozpoczął wówczas kolejny etap gry, którą prowadził niezmiennie od 1939 roku? Tym razem nie o Niepodległą Polskę, lecz o własne życie, życie najbliższej rodziny i współpracowników? Pytań dotyczących sensacyjnej historii Władysława "Pantery" Boczonia można postawić wiele, spróbujmy odpowiedzieć choćby na część z nich.

6 września 1939 roku - okolice Izbicy

Około godziny 14. na polowe lotnisko, znajdujące się niedaleko kwatery głównej sztabu Armii "Poznań", dotarł wojskowy samochód wiozący dwóch mężczyzn. W pobliżu oczekiwał na niego, oparty o swój RWD-8, pilot kapral Stanisław Żarnowski. Rezerwista zmobilizowany tuż przed wojną, trafił do 6. plutonu łącznikowego przydzielonego do sztabu armii. Od rana zastanawiał się, dlaczego otrzymał rozkaz przebrania się w cywilne ubranie. Poinformowano go jedynie, że po południu, wraz z oficerem łącznikowym, ma odnaleźć sztab Armii "Łódź".

Od sześciu dni trwała wojna. Mimo że wraz z całą armią dowodzoną przez gen. Kutrzebę pozostawali na uboczu głównych kierunków niemieckiego natarcia, zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji. Od kilku dni koledzy z 34. Eskadry Rozpoznawczej prowadzili loty nad zmierzającymi w kierunku Warszawy licznymi, dobrze wyposażonymi zmotoryzowanymi kolumnami niemieckiego Wehrmachtu. Ponosili straty, messerschmitty panowały w powietrzu i były zabójcze. Tego dnia stracili dwa samoloty. Przygnębiające rozmyślania przerwał mu widok jego pasażera. Szczupły, ciemnowłosy mężczyzna w cywilnej marynarce, w paru słowach pożegnał się z towarzyszącym mu porucznikiem i energicznym krokiem zbliżył się do samolotu: - kapral Żarnowski? Tak jest! Możecie zapuszczać motor, startujemy.

Trzask pękającego poszycia

Szybko zajęli miejsca i kilka minut później maszyna uniosła się w powietrze, biorąc kurs na południowy-wschód. Przez prawie godzinę lot przebiegał w spokojnych warunkach do chwili, gdy znaleźli się w okolicy Zduńskiej Woli. W pobliżu polskiego samolotu zaczęły rwać się pociski artylerii plot. Żarnowski zniżył się i zaczął manewrować, skręcił w kierunku pobliskiego lasu, obydwaj zdali sobie sprawę, że to nie pomyłkowy ostrzał. Pod nimi znajdowali się Niemcy!

Przelecieli nad polaną, z której otwarto do nich silny ogień z karabinów maszynowych. Niewielka wysokość chroniąca ich wcześniej przed ogniem artylerii w tym przypadku okazała się zgubna - wysłużony RWD zatrząsł się od kolejnych trafień, silnik zaczął tracić moc. Przed maszyną wyrósł nagle komin jakiegoś niewielkiego zakładu, o który mocno się otarli. Ziemia była coraz bliżej, na chwilę przed uderzeniem zobaczyli jeszcze skiby zaoranej ziemi. Kolejne sekundy zlały się w czerń wypełnioną hukiem i trzaskiem pękającego poszycia...

Oficer Oddziału II

Pasażerem, który 6 września znalazł się na pokładzie samolotu, był Władysław Boczoń. Zalewie kilka godzin wcześniej, szef sztabu Armii "Poznań" płk dypl. Stanisław Lityński zakomunikował mu, że został nominowany do stopnia kapitana, co w wieku 29 lat oznaczało świetnie zapowiadającą się karierę. Tego dnia jednak myśli oficera pochłaniała wojna z przeciwnikiem, z którym na polu zawodowym ścierał się już od sześciu lat.

Urodzony 9 lutego 1910 r. w Zalesiu, pow. Nisko, ukończył szkołę średnią i rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim. Wtedy po raz pierwszy trafił do Wojska Polskiego pełniąc służbę w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie w latach 1930-31. Pierwsze ćwiczenia rezerwy w 1933 roku, które odbył w 57. pułku piechoty w Poznaniu, przyniosły mu stopień oficerski - podporucznika, z datą starszeństwa 1 stycznia 1934 roku. Jednak jego prawdziwym powołaniem stała się praca w Oddziale II Sztabu Głównego Wojska Polskiego, a konkretnie - w Wydziale II b oznaczającym wojskowy kontrwywiad.

Szkolony w sabotażu i dywersji

W październiku 1933 roku staje się etatowym pracownikiem w Samodzielnym Referacie Informacyjnym DOK 7 w Poznaniu. Przełożeni szybko dostrzegli jego talent i umiejętności co przyniosło mu kolejne stanowiska. Od 1937 roku został szefem kontrwywiadu, w tzw. Placówce Oficerskiej Poznań-Południe SRI DOK 7, kierowanej przez kpt. Lisowskiego. Odnosił sukcesy, stał się specjalistą w tzw. "aferach inspiracyjnych", których celem było wprowadzenie w błąd przeciwnika umiejętnie spreparowanymi informacjami. W międzyczasie przeszedł praktykę terenową i specjalne, półroczne przeszkolenie w tajnym ośrodku Samodzielnego Referatu Technicznego Oddziału II w Warszawie, przy Wawelskiej nr 9, zamaskowanego pod nazwą "Instytut Uzbrojenia nr 1".

Opanował umiejętności pozwalające na pokonywanie różnego rodzaju zabezpieczeń - od skomplikowanych zamków, przez nowoczesne instalacje alarmowe. Technicy szkolili go również w zabezpieczaniu mieszkań i punktów kontaktowych, w dziedzinie grafologii, daktyloskopii, kontroli i zabezpieczenia korespondencji. Szczególną uwagę przywiązywano do zagadnień związanych z makro i mikro fotografią, fałszerstwami fotograficznymi, fotografią w podczerwieni, ultrafiolecie oraz specjalną formą bezkliszową. Wykłady prowadził wybitny specjalista profesor Neuman, którego zagraniczne wyjazdy do najbardziej rozwiniętych ośrodków naukowych były finansowane przez O. II. Osobny kurs dotyczył fałszerstw, szyfrów, posługiwania się materiałami wybuchowymi i innych elementów związanych z sabotażem i dywersją.

Paszport węgierskiego handlowca

W sierpniu 1939 roku awansowany do stopnia porucznika został skierowany na stanowisko kierownika Placówki Oficerskiej Nr 29. Do jego wyłącznej dyspozycji oddano również nowoczesną centralę podsłuchową, umieszczoną w gmachu poczty w Kaliszu, obsługiwaną przez 40 agentów. 1 września 1939 roku porucznik Boczoń, wraz z całą placówką, został nagle ściągnięty do sztabu Armii "Poznań", gdzie został mianowany szefem kontrwywiadu. Kolejne dni przyniosły mu ogrom pracy. Z mozołem opanowywano wojenny chaos, porządkowano spływające do sztabu załogi poszczególnych placówek kontrwywiadowczych, przesłuchiwano pierwszych niemieckich jeńców, podejmowano próby ustalenia celów działania V Kolumny.

6 września Boczonia wezwano do sztabu, gdzie w krótkich słowach pogratulowano awansu na stopień kapitana, przedstawiono sytuację i nakreślono misję, jaką miał wykonać. Za kilka godzin powinien wystartować jednym z nielicznych znajdujących się w dyspozycji sztabu, samolotów łącznikowych i udać się na polowe lotnisko w pobliżu miejsca stacjonowania sztabu Armii "Łódź". Nie wiadomo, kto i dlaczego podjął decyzję, aby oficer-łącznik leciał w cywilnym ubraniu, być może misja miała jeszcze jakiś nieznany cel? W każdym razie, oprócz tajnych dokumentów przekazanych w sztabie i własnej książeczki wojskowej, Boczoń wziął ze sobą cywilny paszport na nazwisko węgierskiego handlowca-przemysłowca - Toni'ego Barcklay'a. Tuż przed odlotem, "tak na wszelki wypadek", pozostawił klucze do sejfu i kasy swemu zastępcy ppor. Franciszkowi Hornowskiemu. Kilka minut później, w spokojne i słoneczne wrześniowe niebo wzbił się niewielki samolot, pozostawiając za sobą armię rozpoczynającą przegrupowanie do wielkiej bitwy nad Bzurą.

6 września 1939 - okolice Zduńskiej Woli

Pierwsze, na co zwrócił uwagę Boczoń po odzyskaniu przytomności to... buty otaczających go ludzi.

Charakterystyczne saperki z zatkniętymi za cholewy ręcznymi granatami. W chwilę później zdał sobie sprawę, że leży na polu obok bezkształtnych szczątków samolotu. Po pilocie nie było śladu. Te chwile były najgorszymi w jego dotychczasowym życiu. Butna postawa zwycięzców, pierwsze ostre pytania w języku niemieckim: - Kim jest? Dokąd leciał? Dominujący ból, prawdopodobnie w złamanym obojczyku, i liczne urazy odniesione skutkiem gwałtownego uderzenia o ziemię nie pozwalały zebrać myśli...

Co odpowiedzieć? Niemcy wepchnęli go do samochodu i zawieźli początkowo do sztabu pobliskiej jednostki, następnie, z uwagi na jego stan, do szpitala w Zduńskiej Woli, gdzie założono mu gips i poskładano połamane kości. Przez kilkanaście dni miał pozostawać w bezruchu i czekać na przesłuchanie. Nie słyszał strzałów, jakie padły w szpitalnym ogrodzie - mimo ciężkich ran pilot kpr. S. Żarnowski został rozstrzelany jako dywersant. Boczoniowi groził ten sam los. Niemcy trzymali go przy życiu jedynie z uwagi na odnaleziony przy nim paszport i pierwsze słowa, jakie przyszły mu do głowy: - Ich bin eine Ungare (jestem Węgrem). Jednak Boczoń zdawał sobie doskonale sprawę, że wersja, którą przedstawił na pierwszym pobieżnym przesłuchaniu - "jestem węgierskim obywatelem, specjalistą zatrudnionym przy parku maszynowym Armii >Poznań<" - jest bardzo wątła.

Co prawda udało mu się dzięki pomocy siostry zakonnej i pielęgniarki Antoniny Świerczyńskiej zniszczyć wojskowe dokumenty (być może z uwagi na jego złamany obojczyk Niemcy nie przeszukali dokładnie wewnętrznej kieszeni marynarki Boczonia), zdawał sobie jednak sprawę, że węgierskie "papiery" nie należały do najmocniejszych. Nie stworzono ich bowiem z myślą o dokładniejszej kontroli czy weryfikacji. Po kilku przesłuchaniach, czując widmo plutonu egzekucyjnego zdecydował się na dekonspirację. Badającego go niemieckiego lekarza wojskowego poprosił o powiadomienie kierownika Abwehry we Wrocławiu majora Fabiana i... odmówił dalszych zeznań. Po kilkunastu godzinach z Breslau przyjechał samochód. W trakcie podróży z duszą na ramieniu wyznał, iż jest oficerem polskiego kontrwywiadu i podał jedno z nazwisk, pod którym występował - doktor Richard Wagner.

W Abwehrstelle Breslau i polskim KOP-ie

Władysława Boczonia umieszczono początkowo w szpitalu we Wrocławiu, gdzie po kilku dniach odwiedził go oficer niemieckiego wywiadu kapitan Hoffman i w uprzejmych słowach przekazał pozdrowienia od majora Fabiana. Zapowiedział przy tym, że "nie ma co się martwić, my już o pana zadbamy". Mimo zaskakująco uprzejmego traktowania sytuacja Boczonia nadal była niejasna, nikt więcej go nie odwiedzał, a po kilkunastu dniach jakby o nim zapomniano. Ciągle figurował jako "por. Toni Barcklay" i pod tym nazwiskiem został przeniesiony do szpitala w Bielawie (Langbielau), a następnie do obozu w Lamsdorfie.

Stamtąd miał zostać skierowany na kurację do obozu oficerskiego w Oflagu IX B w Weilburgu. W trakcie podróży, podczas przesiadki na dworcu we Wrocławiu został rozpoznany przez "świdrującego" go oczami od dłuższego czasu mężczyznę. Był to Józef Czajka z Krotoszyna (przypadkowo znajdujący się na dworcu w tym samym czasie), przedwojenny agent Abwehry, który został rozpracowany przez poznańską placówkę kontrwywiadu. Zapanowało zamieszanie. Czajka wezwał żandarmów i próbował aresztować Boczonia, czemu sprzeciwili się eskortujący go żołnierze. Ostatecznie, zgodnie z prośbą Boczonia, po raz kolejny zawiadomiono majora Fabiana. Tym razem kierownik wrocławskiej Abwehry polecił umieścić agenta w specjalnym mieszkaniu - "pensjonacie Borchardt" przy ulicy Neue Taschenstrasse 21, prowadzonym przez Magdę Battke, znajdującym się w dyspozycji niemieckich służb specjalnych.

Boczoń podejmuje grę

Przez dwa następne dni Boczoń był nadzorowany przez Czajkę, co przyniosło Niemcom nieco inny niż planowali skutek. Okazało się, że nie wiedzieli oni o pewnych faktach z życia swojego agenta, który prowadził przez wiele lat grę na "dwa fronty" czerpiąc z niej podwójne korzyści finansowe. Dzięki temu odpowiednio "zmotywowany" Czajka udzielił mu kilku interesujących informacji, przydatnych w jego dalszych działaniach. Kilkanaście miesięcy później miał stać się jednym z członków siatki kontrolowanej przez Boczonia.

Po dwóch dniach zaczęły się wizyty kolejnych oficerów - por. Hoffrichtera przedstawiającego się jako "dr Willy" i znanego mu już kpt. Hoffmana. Przyjacielski "taniec" trwał dalej - "drogi doktor Wagner" miał "czuć się jak u siebie w domu". Abwehra rozpoczęła delikatną grę, której celem było pozyskanie go do współpracy. Rannego oficera poproszono początkowo o skomentowanie pewnych zdobycznych dokumentów, materiałów z rozpraw przeciwko niemieckim agentom kierowanym przez polski kontrwywiad do sądu w Poznaniu. Po krótkich wahaniach Boczoń podjął grę.

Nie zdradzi swoich źródeł

Drobiazgowo i fachowo przetłumaczył istotniejsze fragmenty i opatrzył je komentarzem. Jednocześnie w wielu rozmowach prowadzonych już bezpośrednio z mjr. Fabianem i por. Hoffrichterem starał się sprawiać wrażenie człowieka pogodzonego z nieodwracalną klęską Polski, zdradzonej przez aliantów. Odmówił jednak podania nazwisk swoich agentów, przekonując rozmówców, że nigdy nie zdradził swoich źródeł i w przypadku gdyby doszło do jakiekolwiek współpracy, będzie tak samo postępował z agentami Abwehry.

Czy takiego rodzaju deklaracje miały wpływ na trójkę badających go oficerów? Z rozmów i przedwojennych opracowań wiedział, że nie byli oni gorliwymi nazistami. Wydawało się również, że doceniali fachowość swego niedawnego przeciwnika. Większość agentów niemieckich, rozszyfrowanych i schwytanych przez SRI DOK 7, gdzie kierował kontrwywiadem Boczoń, była prowadzona właśnie w Breslau. Ostatecznie szereg rozmów, których szczegółów chyba już do końca nie poznamy, zaowocowało bezpośrednią propozycją współpracy w charakterze specjalisty, kierownika jednej z sekcji Abwehry z wszelkimi uprawnieniami oficera.

Wolność i dobre papiery

Boczoń wahał się, prosił o zwłokę i możliwość uregulowania spraw osobistych. Musiał się również skontaktować z kimś z Polski! Z tworzącą się konspiracją, może z dawnymi zwierzchnikami, z kimś kto zatwierdzi kiełkującą dopiero w jego umyśle operację. Pozostawała jedyna droga i możliwość - zgodzić się wstępnie na pracę w Abwehrze. Niemcy zaryzykowali... i dali mu całkowicie wolną rękę. W oparciu o swoje kontakty miał przygotować raport dotyczący nastrojów polskiej i niemieckiej ludności, a przede wszystkim opisać stosunek do wojsk okupacyjnych. Dostarczono mu ubranie, pieniądze i dokumenty na węgierskie nazwisko wraz z przepustką ważną przez trzy miesiące, dzięki której mógł swobodnie przekraczać granicę Generalnej Guberni. 21 grudnia 1939 roku zwolniono go i wysłano samochodem do rodzinnego Poznania.

Wolność! To słowo huczało w głowie "Toni'ego Barcklay'a" w momencie gdy zdał sobie sprawę, że nie śledzi go żaden "ogon". W pierwszej chwili chciał zabrać rodzinę - żonę i syna i natychmiast uciekać, ukryć się w jednym z zakonspirowanych lokali należącym do Oddziału II. Zamiast tego pojechał do Zakopanego, gdzie mieszkali jego rodzice i brat lekarz dr Tadeusz Boczoń. Tam pozostawił żonę i syna. Sam zaczął mozolnie szukać kontaktu z polskim podziemiem niepodległościowym. Zaczął od najbliższego większego miasta - Krakowa. Komenda Obrońców Polski nazywana również Komitetem Obrońców Polski, była jedną z prawie 100, często bardzo barwnych, organizacji niepodległościowych utworzonych w ostatnich tygodniach i miesiącach 1939 roku. Związek Walki Zbrojnej podchodził dosyć nieufnie do większości z nich. W kwietniu 1940 roku pułkownik "Grot" Rowecki pisał do Francji m.in. "KOP lub ZOP, kierownik S. pseud. >Bohdan Nitecki< (major Bolesław Studziński - przyp. Ł.O.) grupuje głównie elementy sanacyjne, działa z tupetem, powołując się na upoważnienia od b. Rządu. N. Przejawia wygórowane ambicje i nie chce się podporządkować".

Rola znana nielicznym

Mimo tak kontrowersyjnej oceny działalności ze strony ZWZ, utworzona z inicjatywy ostatniego komendanta KOP gen. Wilhelma Orlika-Ruckemanna organizacja, niewątpliwe należała do bardziej prężnych i energicznych w pierwszym okresie okupacji. Wydawana już od 10 października 1939 roku przez KOP gazeta konspiracyjna pt. "Polska Żyje" po kilku miesiącach osiągnęła nakład 30 tys. egzemplarzy! Z początkiem 1940 roku kierownictwo KOP rozpoczęło organizowanie placówek na terenie okręgu krakowskiego, i to dzięki pośrednictwu jednego z jej członków, por. Stanisława Falińskiego znającego Boczonia z okresu swojej służby w żandarmerii w Poznaniu nastąpił długo oczekiwany kontakt. Kilka dni później, w świetle odbijających się w krucyfiksie świec i metalicznym blasku lufy Vis (leżącym na stole w konspiracyjnym lokalu), w obecności pułkownika "Robakowskiego" (prawdopodobnie płk. Nowaka z O. II, pełniącego później funkcję komendanta okręgu krakowskiego KOP - przyp. Ł.O.) i zaufanych osób, kapitan Boczoń złożył konspiracyjną przysięgę.

Przyjął swój pierwszy pseudonim - "Pantera" oraz zadanie - zorganizowanie i kierowanie kontrwywiadem i wywiadem okręgu krakowskiego KOP-u, a także stworzenie konspiracyjnej komórki w Zakopanem. Jego rolę w Abwehrze poznali początkowo jedynie nieliczni, bezpośredni przełożony płk "Robakowski" i wciągnięta do konspiracji rodzina: bracia lekarze: Tadeusz, ps."Sęp"; Stanisław, ps. "Łasica" i ojciec - Ludwik Boczoń ps. "Kaktus" oraz przyjaciel dr Jerzy Michalik, ps. "Jaguar".

Obiecująco na papierze

Pułkownik "Robakowski" zareagował entuzjastycznie. Umieszczenie takiego fachowca jak kpt. Boczoń "w sercu" wrocławskiej Abwehry oferowało kolosalne możliwości. Na spotkaniu przygotowano wstępnie koncepcję pracy "Pantery":

"1. Stworzenie fikcji kontaktu z polskim wywiadem przez wykorzystanie materiałów >zdekonspirowanych<.

2. Trzymanie się tezy pracy w kontrwywiadzie, a więc działaniu, które ma tylko do czynienia z deszyfrażem akcji wroga, aresztowaniami, ">wsypami<" etc.

3. Dublowaniu materiału z gestapo na wywiad.

4. Sypanie ludzi szkodliwych".

Oczywiście założenia te wyglądały obiecująco... na papierze. Trudno było przewidzieć, jak zachowają się Niemcy, czy uda mu się wykorzystać niewątpliwe zaufanie, jakim go obdarzyli? Misja miała być wyjątkowa, nawet jak na warunki prężnie działającego Polskiego Państwa Podziemnego. Zadaniem kpt. Boczonia nie było krótkotrwałe "podszycie" się pod oficera Wehrmachtu lub SS, czy zwerbowanie do współpracy pracownika niemieckiej instytucji - "Pantera" miał stać się autentycznym pracownikiem Abwehry do czasu zwycięstwa lub wpadki, która mogła zakończyć się tylko jednym wynikiem - śledztwem i śmiercią w katowni gestapo.

To dopiero początek...

Z pomocą konspiracji przygotowano pierwszy, z całego szeregu fachowo i starannie przygotowanych raportów, jakie Boczoń miał przekazywać Niemcom. Dotyczyły sytuacji w okupowanym kraju, w których podano m.in. prawdziwe dane dotyczące aresztowań inteligencji, rozstrzeliwań, zastraszenia i wzrastającego oporu ludności przed narastającą groźbą fizycznej eksterminacji, czy kłopotów z wyżywieniem i opałem. Do raportu dodano również numery konspiracyjnej gazety "Polska Żyje", która prędzej czy później musiała trafić w ręce gestapo i Abwehry, oraz opracowanie dotyczące nastrojów wśród Volksdeutchów i wojska. Tak wyposażony, ze starannie przygotowaną legendą i wersją dotyczącą jego pobytu w Generalnej Guberni, w marcu 1940 roku wsiadł do pociągu jadącego w kierunku Breslau. Działalność "Pantery" tak naprawdę miała się dopiero rozpocząć.

Ciąg dalszy nastąpi

Łukasz Orlicki

Odkrywca

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy