Reklama

Szybszy od kałacha

- Mieliśmy pięciu rannych. Po pancerzu aż dudniło. Trzeba było szybko wyskoczyć z wozu i ich ratować. Gdy biegłem z plecakiem, tuż za mną rozrywał się asfalt. Wtedy nie wiedziałem, co się dzieje. Biegłem ratować życie i tylko to się liczyło. Dopiero po walce, w bazie, dowiedziałem się, że strzelano do mnie, a asfalt tuż za mną rozrywały pociski - opowiada o służbie ratownika medycznego w Afganistanie plutonowy Krzysztof Filipiuk.

Plutonowy Krzysztofem Filipiukiem jest ratownikiem medycznym - dowódcą grupy ewakuacji medycznej w 11 Pułku Artylerii w Węgorzewie. Obecnie pełni służbę w X zmianie PKW Afganistan.

Bogusław Politowski, "Polska Zbrojna": Koledzy mówią, że gdy w czasie walki biegnie pan pomagać rannemu, jest pan szybszy od serii z kałasznikowa.

Krzysztof Filipiuk: - Wspominają pewien epizod z VII zmiany. W czasie patrolu jeden z wozów został trafiony pociskiem z RPG i jednocześnie zostaliśmy ostrzelani z broni ręcznej. Mieliśmy pięciu rannych. Z medyków byłem tylko ja i jeden sanitariusz. Po pancerzu aż dudniło. Nie mieliśmy czasu na zastanawianie się. Trzeba było szybko wyskoczyć z wozu i ich ratować. Gdy biegłem z plecakiem, tuż za mną rozrywał się asfalt. Wtedy nie wiedziałem nawet, co się dzieje. Biegłem ratować życie i tylko to się liczyło. Dopiero po walce, w bazie, dowiedziałem się, że strzelano do mnie, a asfalt tuż za mną rozrywały pociski. Ktoś zażartował wówczas, że byłem szybszy od serii z kałacha.

Reklama

Ranny przeżył?

- Pocisk z RPG przeszedł na szczęście między fotelami. Bardzo ciężko rannych nie było. Opatrzyłem wszystkich i wycofaliśmy się szybko do bazy. Tam wezwaliśmy MEDEVAC (od ang.: Medical evacuation - ewakuacja medyczna, transport rannych z pola walki do szpitala - przyp. red.) i ranni trafili do szpitala. Po dwóch tygodniach wrócili do służby. Było mi miło, gdy przyszli podziękować.

Później były kolejne potyczki ogniowe...

- Pod ostrzał trafiałem jeszcze trzy razy. Talibowie strzelali do nas z różnej broni, ale więcej rannych w czasie walki już nie miałem. Raz w czasie konwoju do Ghazni wóz ewakuacji medycznej wjechał na ajdika. Ja siedziałem wtedy w innym Rosomaku. Kolegom medykom na szczęście nic się nie stało.

Było więc względnie spokojnie?

- Wcale nie. Baza Karabagh do spokojnych nigdy nie należała. Najwięcej rannych przywożono do niej. Na izbie chorych było nas czterech ratowników i nie mieliśmy żadnego lekarza. Najwięcej pracy mieliśmy z afgańskimi żołnierzami. Kiedyś przywieźli nam postrzelonego w głowę pociskiem kalibru 12,7 milimetra. Innym razem żołnierza, który wszedł na minę przeciwpiechotną. Miał porozrywane ręce i nogi.

Byliście skuteczni?

- Na VII zmianie nie mieliśmy przypadku, aby ktoś zmarł nam podczas akcji ratowniczej. Bywało jednak, że przywożono nam żołnierzy, którzy już nie żyli.

Cały czas mówimy o VII zmianie?

- To była moja pierwsza misja. Tę zmianę ocenia się jako najtrudniejszą ze wszystkich. Wyjechałem na nią w kwietniu 2010 roku. Stacjonowałem wtedy w Karabaghu.

Teraz, na X zmianie, jest chyba spokojniej.

- Jestem ratownikiem w grupie zabezpieczenia medycznego. Pracuję w szpitalu i sporo w terenie. Wyjeżdżam na patrole z "bojówką" zespołu PRT i innymi komórkami kontyngentu. Gdy nie ma wyjazdów, pracuję w szpitalu na oddziale urazowym. Jest to praca bardzo odpowiedzialna, ale spokojniejsza. Zajmujemy się chorymi i rannymi z różnych naszych baz.

Bierzecie udział w wielu patrolach, a każdy niesie ze sobą ryzyko.

- Wczoraj miałem całonocny patrol z żołnierzami zgrupowania Alfa. Po trzech godzinach przerwy wyjechałem na inny z zespołem PRT. Czasami jest to męczące, ale nikt mi nie obiecywał, że na wojnie będzie łatwo. Każdy wyjazd poza bazę jest obarczony ryzykiem. Ja jednak wierzę w szczęście. Gdy czasami pytają mnie, czy się boję, odpowiadam, że zawsze mam w sobie jakiś lęk. Najbardziej obawiam się, że pod moim wozem wybuchnie mina i coś mi się stanie. Wtedy nie mógłbym udzielać pomocy innym poszkodowanym.

Ratownik na patrolu ma również inne obowiązki.

- Na patrol zabieram takie samo wyposażenie i uzbrojenie jak inni żołnierze. Mam zawsze przy sobie broń krótką i beryla oraz dziewięć magazynków, i w wypadku potyczki ogniowej nie jestem tylko pasażerem. Muszę walczyć jak każdy z pododdziału bojowego i wykonywać rozkazy dowódców. Dodatkowo mam jeszcze duży plecak z wyposażeniem medycznym. Gdy ktoś zostaje ranny, moim obowiązkiem jest jak najszybciej udzielić mu pomocy. Pełnię więc podwójną rolę. Gdy żołnierze idą pieszo, idę z nimi. Nigdy na początku ani na końcu. Muszę być w takim miejscu, aby w razie czego szybko dotrzeć do każdego poszkodowanego.

W wyposażeniu ratownika najważniejszy jest plecak?

- Ważniejszy od broni. Karabinków w każdym patrolu jest wiele, a plecak często tylko jeden. Bez jego zawartości nie mógłbym skutecznie ratować kolegów. Każdy ratownik pakuje plecak według własnego uznania. Musi wszystko tak w nim ułożyć, aby wyrwany z najgłębszego snu, w zupełnych ciemnościach, w sekundę znaleźć właściwy opatrunek, bandaż, opaskę uciskową, lek, strzykawkę czy igłę. Ludzie czasami się uśmiechają, gdy widzą, że ratownicy noszą nożyczki przywiązane do pasa. A przecież w czasie akcji ratowniczej nie mogą mi się one zawieruszyć, zawsze muszę je mieć pod ręką. Czasami o życiu, na przykład w przypadku rozerwania tętnicy, decydują sekundy.

Liczą się nie tylko czas, lecz także inne detale.

- Drobiazgów, które mają olbrzymi wpływ na naszą skuteczność, jest wiele. Chociażby gogle. Te, które dostajemy, do niczego się nie nadają. Dobry ratownik kupuje zatem inne w amerykańskim sklepie. Są potrzebne, gdy niesiemy rannego do śmigłowca lub wynosimy go z maszyny. Unoszące się w wirującym powietrzu piasek i małe kamyki mogą oślepić ratownika. Potrzebne są więc odpowiednio dopasowane gogle z odpornymi szkłami.

Na misji ratownicy cieszą się dużym szacunkiem.

- Każdy żołnierz na patrolu chce mieć pewność, że w pobliżu jest dobry medyk, który w razie potrzeby zrobi wszystko, aby uratować mu życie. Żołnierze wierzą nie tylko w nasz profesjonalizm, ale także w to, że w walce będziemy na tyle odważni, aby pod ostrzałem dotrzeć do rannego. Ja i wielu kolegów ratowników udowodniliśmy już, że potrafimy tak się zachować. Pewnie dlatego nas szanują.

Czy wszyscy medycy są tak odważni? Czy szkolenie wojskowych ratowników w kraju właściwie przygotowuje ich do tej trudnej roli?

- W kraju szkolimy się zazwyczaj na sucho, czyli uczymy się procedur, opatrywania ran, ale pozorowanych, wykonanych z gumy. Niestety, tutaj, w Afganistanie, nie ma takich. Czasami trzeba też udzielać pomocy pod ogniem przeciwnika. Niektórzy medycy tracą wtedy głowę. W trakcie przygotowań do wyjazdu na VII zmianę ja również nie zobaczyłem ani kropli prawdziwej krwi. Być może dlatego, że jechałem do pracy w zespole doradczo-szkoleniowym. Uważam, że każdy ratownik przed misją, bez względu na to, w jakiej komórce kontyngentu dostanie stanowisko, powinien odbyć praktykę w stacjach pogotowia lub w szpitalnych oddziałach ratunkowych. Musi oswoić się z widokiem ran i krwi. Przed wyjazdem na X zmianę było już lepiej. Może dlatego, że jechałem do grupy zabezpieczenia medycznego. Mieliśmy praktyki w szpitalu. Uczyliśmy się wkłuwania w żyły, pobierania krwi oraz udzielania pomocy ofiarom wypadków.

Dlaczego został pan ratownikiem?

- W pewnym sensie był to przypadek. Po ukończeniu szkoły średniej w Białej Podlaskiej zostałem technikiem mechanikiem pojazdów. Nie dostałem się na studia, więc poszedłem do studium ratownictwa medycznego. Po dwóch latach nauki zacząłem pracę w miejscowym szpitalu i pogotowiu ratunkowym. Wtedy nie wiedziałem, że ta praktyka bardzo mi się przyda na wojnie. 6 grudnia 2006 roku dostałem wezwanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Trafiłem do 2 Ośrodka Szkolenia Lotniczego w Radomiu.

Wtedy był pan już ratownikiem?

- Byłem szeregowym, sanitariuszem w izbie chorych. Z Radomia przeniesiono mnie po jakimś czasie do bazy lotniczej w Dęblinie. Tam zakończyłem służbę.

I jako rezerwistę ciągnęło pana do wojska?

- Kiedyś dowiedziałem się w wojskowej komendzie uzupełnień, że w Poznaniu są organizowane kursy podoficerskie dla rezerwistów. Pojechałem tam i wkrótce zostałem kapralem. Pomyślałem, że skoro już mam stopień, to warto poszukać pracy w wojsku. Znalazłem stanowisko w 1 Brygadzie Artylerii w Węgorzewie. Zostałem żołnierzem kontraktowym, dowódcą grupy ewakuacji medycznej, starszym ratownikiem. Awansowałem na starszego kaprala.

Po powrocie z VII zmiany ponownie pan awansował.

- W styczniu 2011 roku kończył mi się kontrakt. Podpisałem nowy i otrzymałem awans na plutonowego. Zajmuję stanowisko dowódca zespołu - dowódca grupy, ale już nie w brygadzie, lecz w 11 Pułku Artylerii, ponieważ jednostka została przeformowana.

Samochodziarz został medykiem. Nie żałuje pan zmiany profesji?

- Nigdy nie żałowałem. Mam olbrzymią satysfakcję z tego, co robię. Cały czas utrzymuję kontakty z wieloma kolegami ratownikami z misji oraz z ludźmi, których ratowałem. To nadaje sens temu, czym się zajmuję, i bardzo mobilizuje, abym był jeszcze sprawniejszy w ratowaniu życia.

Dziękuję za rozmowę.

Więcej na temat wojny w Afganistanie i udziału polskich żołnierzy w tym konflikcie dowiesz się z bloga Marcina Ogdowskiego - zAfganistanu.pl!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy