Reklama

Ucieczka Hansa Franka

Co takiego zaszło w domu pisarza, że ten aż zachrypł? Bo z pewnością nie takim tonem rozmawia się o sztuce w takim towarzystwie... Przedstawiamy nieznany, "karkonoski", epizod z jednej z najbardziej spektakularnych ucieczek z Polski - rejterady Hansa Franka, nierzadko nazywanego "katem Polaków".

Kiedy w mroźnym styczniu 1945 roku Hans Frank, w licznym towarzystwie, pospiesznie opuszczał Wawel, kolumna samochodów ze zrabowanymi dziełami sztuki skierowała się w kierunku zachodnim. O ile biografowie Franka jednym tchem wymieniają Seichau (dzisiejszy Sichów pod Jaworem) jako ważny, bo kilkudniowy punkt etapowy tejże ucieczki, o tyle natychmiast wymienia się Bad Ailbing w Bawarii, dokąd ostatecznie Frank ze swoją świtą dotarł. Jednak po drodze zaszło coś, co dotąd umykało biografom, a nie może być pominięte przy analizie wywożonych i ukrywanych przez generalnego gubernatora dzieł sztuki. Kiedy Hans Frank znalazł się w Karkonoszach.

Reklama

Kat Polaków oraz erudyta

Tu bowiem w Agnetendorf (po wojnie Agnieszków, dzisiaj Jagniątków - dzielnica Jeleniej Góry) znajdował się dom Gerharta Hauptmanna, w wybudowanej na początku XX wieku willi Wiesenstein ("Łąkowy Kamień"). Hauptmann i Frank - co ich łączyło? Z jednej strony krwawy kat Polski i Polaków wysyłający tysiące ludzi na śmierć, z drugiej erudyta, wykształcony humanista, pianista, miłośnik opery i szachów, szczycący się przyjaźnią Richarda Straussa i właśnie pisarza, noblisty Gerharta Hauptmanna.

Nie były to pierwsze odwiedziny Hansa Franka w domu tego ostatniego. Dokładnie rok wcześniej, 4 stycznia 1944 roku o wpół do ósmej wieczorem żona pisarza, Margareta, odbiera telefon. Generalny gubernator osobiście awizuje swój przyjazd do Hauptmanna za dwa dni.

Archiwum w basenie

Rzeczywiście, 6 stycznia, krótko przed południem Frank i jego żona Brigitte pojawiają się w "Łąkowym Kamieniu" w Agnetendorf. Towarzyszy im adiutant gubernatora, SS-Sturmbahnführer Helmuth Pfaffenroth. 7 stycznia na urodzinach Margarety Hauptmann, obok trójki gości z Krakowa, zjawia się całe partyjne kierownictwo z Hirschbergu (Jeleniej Góry) - starosta Georg von Schellwitz, nadburmistrz Blasius, jeleniogórski szef NSDAP - Stumpe. Wszyscy wpisują się do księgi gości "Łąkowego Kamienia".

Osiemdziesięciodwuletni Hauptmann - o dziwo - znakomicie wytrzymuje to 7-godzinne urodzinowe przyjęcie. Następnego dnia rankiem Frank odprawia żonę Brigitte do Krakowa a sam... korzysta z okazji i pogrąża się w lekturze. Bogate archiwum Hauptmanna w Agnetendorf pozostaje w jego dyspozycji. Powstało w latach 1928-1931 dzięki archiwiście Ludwikowi Jaunerowi. Wykorzystano do tego celu część dolnego parteru "Łąkowego Kamienia", gdzie w jednym z pomieszczeń wybudowano pierwotnie basen kąpielowy. Po 30 latach przekształcono go na archiwum.

Składały się nań szkolne i młodzieńcze wiersze, warianty tekstów, nie drukowane poezje, rękopisy, utwory autobiograficzne, teksty do filmów, dziennik, blisko 2,5 tys. nadanych listów (był wówczas zwyczaj pisania przez kopię i zachowania jej w zbiorach nadawcy) oraz ponad 40 tys. listów otrzymanych. Potem gubernator i pisarz odbywają wspólny godzinny spacer.

Przedstawienia dla żołnierzy

Po popołudniowej herbacie Frank odczytuje głośno wszystkim zebranym przygotowane wystąpienie na jubileusz Wiener Philharmoniker oraz specjalnie napisany przez Hauptmanna artykuł, stanowiący przyczynek do jubileuszu wiedeńskich muzyków. Frankowi nie spieszy się na Wawel. Przebywa w gościnnym domu jeszcze kolejne dwa dni - pochłania się lekturze w archiwum, dużo rozmawia.

Jest dobrotliwy i przyjazny, jak zwykle. W niczym nie przypomina groźnego kata Polski. Dopiero 10 stycznia o 9 rano wraz z adiutantem Pfaffenrothem opuszcza gościnną willę i odjeżdża do Krakowa. Ale więź z pisarzem będzie nadal podtrzymywana. Osobiście wyda zezwolenie, aby, np. w kwietniu 1944 roku, w Generalnym Gubernatorstwie zgodzić się na teatralne przedstawienia dla jednostek Wehrmachtu. W repertuarze znajdzie się "Michael Kramer" Hauptmanna i... "Świętoszek" Moliera.

"W razie potrzeby pobrać do sztuk tekstylia (kostiumy, garderoba, materiały - przyp. J.S.) z żydowskiego magazynu SS" - proponuje Frank. Późną jesienią na urodziny Hauptmanna wyśle z Krakowa życzenia: "Choć tak strasznie ciąży na nas brzemię czasu i choć tak przerażająco ukazuje się cierpienie naszego narodu, wielkość ducha i kultury, którą obdarowali nas wielcy, jest niezniszczalna. To nią się pokrzepiamy. A do tego potężnego bogactwa wewnętrznego narodu niemieckiego Pan, Wielce Szanowny Mistrzu, przyczynił się w kolosalnej mierze" (14 XI 1944).

To ni była ucieczka lecz "przegrupowanie"

W jednych z bożonarodzeniowych życzeń Frank napisze z Krakowa: "Stoimy tu twardo na straży i poczyniliśmy wszelkie przygotowania, by na wypadek ataku Rosjan móc go z całą mocą odeprzeć. Rosjanie nigdy nie dostaną Krakowa". Za kilkanaście dni te słowa nie będą miały żadnego znaczenia, bo Frank z Krakowa po prostu ucieknie. Rosjanie będą już niedaleko. Choć on sam nigdy nie użyje słowa "ucieczka", na zarządzonej 15 I 1945 r. na Wawelu naradzie będzie mowa o "przegrupowaniu".

Josef Bühler, sekretarz stanu Rządu Generalnego Gubernatorstwa oszukując do końca powie, iż owo "przegrupowanie" przeprowadza się nie po to, aby pożegnać się z Krakowem, lecz by "zapewnić możliwość podjęcia na powrót związanych z tym miastem obowiązków". Tego dnia "wrażliwy erudyta" Frank wyda swój ostatni rozkaz - rozstrzelania w Dąbiu nad Wisłą 79 mieszkańców tej przyłączonej w 1911 roku do Krakowa miejscowości. 15 stycznia Rosjanie będą już w Kielcach, dzień później zajmą Radomsko i Częstochowę.

"Wszystkie rzeczy uratowane"

Przebieg dnia ucieczki z Krakowa, 17 stycznia, jest w miarę dokładnie znany. Jeszcze w samo południe Frank zarządził ostatnie posiedzenie "rządu". O godzinie 13.25 wyruszyła na zachód pierwsza kolumna samochodów, w tym ciężarówek, załadowanych dokumentami i dziełami sztuki, ze słynną "Damą z łasiczką" Leonarda da Vinci na czele. Druga grupa pojazdów wyjechała około godziny 17.

Frank swoim mercedesem z tablicą rejestracyjną Ost-47 jechał przez Mogilany, Kalwarię, Bielsko, Ostrawę, by dotrzeć do Opola około 22 wieczorem. Następnego dnia część samochodów udała się do Wrocławia, zaś sam Frank do Sichowa na Dolnym Śląsku. Towarzyszyła mu liczna 20-25 osobowa eskorta. Wszyscy zakwaterowali się w pałacu hrabiego Manfreda von Richthofena.

"Oto dowód - pisał do żony Brigitte już z Sichowa 18 stycznia Frank - że w ostatniej chwili cały i zdrowy wyjechałem z Krakowa. Wszystkich naszych ludzi zdołałem uratować. To było strasznie trudne zadanie. Jutro jadę do Wrocławia, do Boepplego. Przyjadę, jak tylko się da. Opowiem Wam wiele ciekawego. Wszystkie rzeczy uratowane". To ostatnie zdanie dotyczyło zrabowanych w Polsce dzieł sztuki.

Frank zapowiada się u pisarza

W piątek, 19 stycznia na krótko odwiedza Wrocław, miejsce tymczasowej siedziby swego rządu. I powraca do Sichowa. Tu przez kilka dni wraz ze swoimi współpracownikami segreguje wywiezione z Krakowa, zrabowane dzieła sztuki i akta. Część akt pali. 20 stycznia jedna z ciężarówek, eskortowana przez Waltera Schüllera, radcę Sądu Krajowego dociera do pałacu Muhrau (Morawa pod Strzegomiem), będącego w posiadaniu hrabiny von Wietersleben. Trafia tam bogata kolekcja dzieł sztuki. A co zamierza sam Frank?

Zapewne ma obmyślony wcześniej jakiś plan, związany z Gerhartem Hauptmannem. Już 18 stycznia, a więc w pierwszym dniu przybycia do Sichowa, Frank natychmiast telefonuje stamtąd do pisarza. I zapowiada swój przyjazd do niego, w Karkonosze. Odnotowuje to w "Dzienniku" żona pisarza. Jednak Frank nie przybywa ani 19, ani też 20 stycznia.

Co zdarzyło się w domu pisarza?

W niedzielę 21 stycznia Margareta Hauptmann notuje dalej w "Dzienniku": "Niedziela. Z Sichowa przed 6 (wieczorem - przyp. J.S.) wizyta generalnego gubernatora dr. Hansa Franka w towarzystwie profesora Richarda Schneidera i adiutanta Pfaffenrotha. Nocują tutaj. Wieczorem ściągnięty zostaje (do domu Hauptmanna - przyp. J.S.) dr Behl. Struny głosowe Gerharta mocno nadwyrężone, zachrypnięty". Tyle krótka, acz dająca do myślenia notatka Margarety Hauptmann.

Frank, który również prowadził "Dzienniki", a było ich aż 39, odnotował jedynie pobyt w Agnetendorf. Co więc takiego zaszło w domu pisarza, że ten aż zachrypł? Bo z pewnością nie takim tonem rozmawia się o sztuce w takim towarzystwie.

Milczące spojrzenie kosztowności

Najpierw należy wyjaśnić, jaką rolę odgrywał tajemniczy dr Behl. Był przyjacielem Hauptmanna, badaczem i znawcą jego twórczości. Wcześniej, w 1942 roku, wraz z Felixem A. Voigtem zajmował się przygotowaniem "Dzieł wybranych" pisarza, stanowiących prezent na jego 80. urodziny. W styczniu 1945 roku Carl Friedrich Wilhelm Behl zajmował się już porządkowaniem i przygotowywaniem do wywozu w bezpieczniejsze miejsce archiwum Hauptmanna. Miał być nim zamek Kaibitz koło Kemnath w Górnym Palatynacie.

Od dwóch lat ten pochodzący z Berlina naukowiec i wydawca mieszkał w karkonoskiej wsi Agnetendorf. Zbliżający się front zmusił Behl'a do zintensyfikowania prac nad hauptmannowskimi zbiorami. "Wkrótce wszystko zostało uporządkowane. Behl otrzymał upoważnienie, aby w razie potrzeby wywieźć archiwum do Zachodnich Niemiec. (...) Hauptmann żegnał długim milczącym spojrzeniem kosztowności, które zgromadził przez ostatnie pięćdziesiąt lat: marmurowe torso Afrodyty, głowę Sokratesa, maskę Napoleona, cenne obrazy Liebermanna, Corintha, Leo Königa, wiele dużych i małych skarbów. Nadeszły dni nerwowego oczekiwania. Zapowiedziany samochód z Drezna nie przybywał (...)" - tak o pracy Behl'a pisał w "Czy jestem jeszcze w swoim domu?" Gerhart Pohl.

Czy pisarz sprzeciwił się woli Franka?

Choć Dieter Schenk w swej biografii o generalnym gubernatorze zauważa jedynie, że Frank i Hauptmann "o czym z sobą rozmawiali - nie wiadomo", można wysnuć wniosek, że gość z Krakowa chciał wykorzystać hauptmannowskie archiwum jako "przykrywkę" do umieszczenia w nim części wiezionych z Krakowa łupów. Stąd zapewne to nagłe ściągnięcie na rozmowę Carla Behl'a. Stąd tak gorączkowy jej przebieg, po których Hauptmann stracił głos. Czy pisarz sprzeciwił się woli Hansa Franka? Zapewne tak, bo Frank nigdy więcej nie pojawił się w Karkonoszach.

Frank następnego dnia po południu opuścił "Łąkowy Kamień", co odnotowała w swoim "Dzienniku" Margareta Hauptmann, by nigdy więcej się tu nie pojawić. Kiedy 6 lutego Hauptmannowie wyjechali na kurację do Drezna (tam przeżyli bombardowanie miasta 13 i 14 lutego) Carl Behl mógł się zająć dalszym porządkowaniem i w końcu - nie bez komplikacji - wywozem archiwum.

Podpisy Himmlera i Hitlera

Ostatecznie złożyło się na niego 7 skrzyń, ponumerowanych i posiadających szczegółowe inwentarze każda. Kopię list inwentarzowych zatrzymał Behl przy sobie. Na marginesie, gdy napotkano na trudności z transportem archiwum Hauptmanna, jeleniogórski aparatczyk NSDAP pisarz Hans Christoph Kaergel z Hain (Przesieka) zwrócił się o pomoc do samego Goebbelsa.

Ten zgodził się, ale pod warunkiem, że transport uda się do Górnego Palatynatu przez... Poczdam i Berlin. Jakież było zdziwienie Amerykanów, gdy w kwietniu 1945 roku okazano im w jednej z miejscowości na zajętych na południu Niemiec terenach, archiwum Gerharta Hauptmanna. Rzucała się w oczy korespondencja na firmowych papierach RSHA, Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, z oryginalnymi podpisami Himmlera a nawet Hitlera! Goebbels rozegrał znaczne lepiej to, co nie udało się wcześniej Hansowi Frankowi. "Przykrywką" do wywozu z Berlina dokumentacji RSHA były zbiory archiwalne Hauptmanna.

Hulaszczy tryb życia

A Frank? Kiedy powrócił do Sichowa z nie do końca udanej wizyty w Karkonoszach, hulanka jego ludzi trwała w najlepsze. "Uderzający był hulaszczy tryb życia różnych pracowników krakowskiego urzędu, którzy marnotrawili i nie oszczędzali sprowadzonej tu żywności i alkoholu (...) dom mój został opuszczony w kompletnym chaosie. W większości pomieszczeń walały się otworzone opakowania z żywnością, artykuły gospodarstwa domowego, otwarte butelki wódki i przedmioty osobistego użytku, które niestety, nie mogły być z powrotem spakowane i ponownie użyte. W kilku korytarzach pozostawiono parę butelek wódki. (...) Natychmiast po wyjeździe gubernatora Franka, mój dom został splądrowany przez licznych uchodźców i żołnierzy" - zeznawał na piśmie właściciel pałacu w Sichowie, Manfred von Richthofen.

Czekał na to, co przyniesie los

22 stycznia w Sichowie załadowano kolejne trzy ciężarówki. Jedna z nich ponownie trafia do Morawy pod Strzegomiem. Dwie trafiły na początku lutego do Schoberhof w Bawarii, gdzie przebywała żona Frrnka. Co ciekawe, kiedy popołudniem 11 lipca 1945 roku tuż po odnalezieniu w wiosce Hain w Karkonoszach, w gospodzie Walschlösschen, trzech obrazów Jana Matejki, Stanisław Lorentz, poszukujący zrabowanych przez hitlerowców dzieł sztuki, udał się wraz ze Zdzisławem Straszakiem, sekretarzem polskiego pełnomocnika rządu na okręg Jeleniej Góry późniejszego starosty Wojciecha Tabaki, z wizytą do Agnetendorf, do pozostającego w swoim domu pisarza Gerharta Hauptmanna.

Obaj rozmawiali o powojennej przyszłości. Hauptmann oczekiwał dla siebie zapewnienia ze strony rządu polskiego ochrony i bezpieczeństwa, do czego - pośrednio - Lorentz się zobowiązał i słowa dotrzymał. Podczas tego spotkania nigdy nie padło nazwisko Hansa Franka, który ledwie pół roku wcześniej gościł w tych samych progach "Łąkowego Kamienia", a teraz w Bad Mondorf , przy granicy z Luksemburgiem, w jenieckim obozie dla prominentów III Rzeszy czekał na to, co przyniesie mu los i decyzje wojennych zwycięzców. Niemieckiemu pisarzowi dzielenie się wiedzą o tym, że gdzieś między Sichowem, Cieplicami a Przesieką, Frank mógł "pogubić", a tak naprawdę ukryć zrabowane Polsce dzieła sztuki, mogło tylko zaszkodzić. A Polacy? Szukali zrabowanych dzieł sztuki dalej, nawet z dobrym skutkiem. Choć często przy kolejnych "trafieniach" na polskie skarby pomagał przypadek. Zbyt często...

Janusz Skowroński

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama