Reklama

Uderzenie trójzęba

Amerykanie dozują informacje o okolicznościach operacji, w której zabito ukrywającego się w pakistańskim Abbotabadzie lidera siatki terrorystycznej Al-Kaida.

Wraz z ujawnianiem kolejnych szczegółów operacji przeciw Osamie bin Ladenowi pojawiają się nowe pytania i wątpliwości. Najważniejszą kwestią pozostaje jednak to, ile z tego, co upubliczniono, jest prawdą, a ile dezinformacją. Wszak także terroryści śledzą wszystko, co ukazuje się w mediach, a to daje Amerykanom okazję, by wprowadzić wroga w błąd czy też spowodować, że w jego szeregach zapanuje atmosfera wzajemnej nieufności.

Góra lodowa

Akcję sił specjalnych USA określa się kryptonimem "Trójząb Neptuna" (Neptune Spear). Dowodziło nią Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych (US Joint Special Operation Command), na którego czele stoi wiceadmirał William H. McRaven. Misję przeprowadzono w ścisłej współpracy z Centralną Agencją Wywiadowczą, której agenci przez wiele miesięcy obserwowali rezydencję bin Ladena w Abbotabadzie.

Po 22 marca, gdy zrezygnowano z koncepcji ataku lotniczego, żołnierze z jednostki specjalnej amerykańskiej marynarki wojennej (Naval Special Warfare Development Group) rozpoczęli przygotowania do misji. Dwudziestu czterem operatorom SEALs, którzy zaatakowali rezydencję bin Ladena, towarzyszył tłumacz, był też specjalnie wyszkolony owczarek belgijski Malinois. Kolejni wojskowi znajdowali się na pokładzie dwóch Chinooków. W sumie w akcji wzięło udział 79 specjalsów. Być może poza członkami DEVGRU uczestniczyli w niej też żołnierze 5. Grupy Sił Specjalnych US Army, czyli popularne "zielone berety".

Reklama

Gdyby Pakistańczycy się zorientowali

Załogi śmigłowców i żołnierze sił specjalnych na ich pokładach to zaledwie wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o osoby zaangażowane w operację przeciw bin Ladenowi. Jako że nie była ona uzgodniona z Islamabadem, najprawdopodobniej w powietrzu znajdował się przynajmniej jeden samolot wczesnego ostrzegania AWACS. Jego operatorzy śledzili, czy Pakistańczycy nie wykryją niezidentyfikowanych śmigłowców w swojej przestrzeni powietrznej i nie poderwą myśliwców.

Na trasie ich przelotu oraz w odległości około stu kilometrów od Abbotabadu były cztery pakistańskie bazy lotnicze - Peszawar, Kamra, Risalpur i Chaklala w Rawalpindi. Z tego powodu z pewnością w powietrzu musiały też krążyć myśliwce, gotowe przyjść śmigłowcom z odsieczą. Możliwe że wykorzystano zwiadowcze bezzałogowce. Pojawiły się informacje, że w akcji uczestniczyły należące do amerykańskich sił powietrznych poszukiwawczo-ratownicze HH-60 Pave Hawk, MH-53 Pave Low, prawdopodobnie też specjalna wersja Herculesa.

Tajemnicze szczątki

Śmigłowce należały do 160. Pułku Lotnictwa Operacji Specjalnych. Można przyjąć, że Amerykanie wykorzystali najnowszą wersję Chinooka, jaką dysponują ich siły specjalne, czyli MH-47G. Maszyny wyposażono w nowoczesną awionikę; załoga ma do dyspozycji między innymi wielofunkcyjny radar pozwalający na loty na małych wysokościach i omijanie przeszkód terenowych, co jest ważne w czasie lotów w terenie górskim.

Piloci dostają też dane pogodowe. Elementem wyposażenia jest głowica, w której zintegrowano kamerę termowizyjną oraz laserowy dalmierz (podświetlacz). Chinook amerykańskich specjalsów ma też systemy ostrzegające o opromieniowaniu wiązką laserową lub radarową oraz zakłócające głowice rakiet przeciwlotniczych pracujące w podczerwieni. Są też służące temu wyrzutnie flar i dipoli oraz trzy karabiny maszynowe, w tym dwa wielolufowe.

W zbiornikach MH-47G mieści się więcej paliwa, niż zabierają transportowe Chinooki. Dzięki temu zwiększa się zasięg lotu. Według danych z serwisu internetowego Guncopter, wynosi on 1382 kilometry. Inne źródło podaje, że promień lotu przekracza 550 kilometrów. Zasięg zwiększa dodatkowo możliwość zatankowania paliwa w czasie lotu. Afgański Dżelalabad, skąd miały wystartować amerykańskie śmigłowce, dzieli od Abbotabadu około 260 kilometrów. Jest to odległość w linii prostej. Według Associated Press centrum operacji znajdowało się w bazie Bagram, gdzie SEALs mieli przybyć w połowie kwietnia. W Dżalabadzie było tylko międzylądowanie.

Niewidzialne śmigłowce?

Zagmatwana jest sprawa drugiego typu śmigłowców, którymi żołnierze SEALs wylądowali na terenie posiadłości. Oficjalnie podano, że była to odmiana Black Hawka. Wątpliwości co do typu maszyny pojawiły się, gdy opublikowano zdjęcia szczątków śmigłowca, który w trakcie operacji uległ awarii i został zniszczony przez Amerykanów. Widać na nich fragment ogona o kanciastym kształcie, zupełnie innym niż ten, który ma MH-60. Bardziej przypomniał on element śmigłowca rozpoznawczo-bojowego RAH-66 Comanche, którego program został przerwany w 2004 roku.

Według wojskowego tygodnika "The Army Times", powołującego się na emerytowanego pilota sił specjalnych, w maszynie, którą stracono w Pakistanie, wykorzystano starsze rozwiązania, podobne jak w projekcie pierwszego amerykańskiego samolotu bojowego o właściwościach stealth - F-117 Nighthawk. "Niewidzialne" Black Hawki stacjonują w niewymienionej z nazwy bazie w Newadzie. Amerykanie mają ich kilka egzemplarzy. Ekspert lotniczy z miesięcznika "Skrzydlata Polska" Bartosz Głowacki zwraca jednak uwagę, że w przypadku śmigłowców nie wystarczy specjalny kształt, by były niewykrywalne. Ponieważ latają na małych wysokościach, problemem jest tu raczej wyciszenie pracy wirnika, by nie był słyszalny z ziemi.

Dziwne zachowanie

Po amerykańskiej operacji w Abbotabadzie w mediach pakistańskich pojawiły się komentarze, w których irytacja mieszała się z obawą o stan obrony powietrznej kraju, zwłaszcza radarów. Ich autorzy pytali, jak to możliwe, że Amerykanie niezauważeni wlecieli w głąb Pakistanu. Tuż po akcji rzecznik pakistańskich sił powietrznych oświadczył, że radary pracowały tej nocy rutynowo. Sekretarz spraw zagranicznych Salman Baszir stwierdził natomiast, że były zagłuszane przez Amerykanów.

Interesujące informacje ujawnił wicemarszałek lotnictwa Rao Qamar Suleman. Według niego w nocy, gdy Amerykanie przeprowadzili rajd, który zakończył się zabiciem bin Ladena, nie pracowały pakistańskie radary wzdłuż zachodniej granicy. Powód był całkiem prozaiczny - pieniądze. Kosztowny radar dalekiego zasięgu, śledzący sytuację na dużych wysokościach, po 25 tysiącach godzin pracy (po niecałych trzech latach) wymaga gruntownego remontu, po dziewięciu zaś latach takiej eksploatacji staje się bezużyteczny. Dlatego przez całą dobę aktywne były tylko pakistańskie radary wzdłuż granicy z Indiami i linii demarkacyjnej w Kaszmirze. Na zachodzie włączono je dopiero po rajdzie Amerykanów. Pojawiły się jednak opinie, że kwestia, czy radary pracowały, czy też nie, nie ma większego znaczenia ze względu na niedużą wysokość, na której leciały między górami amerykańskie maszyny.

Wiele pytań, mało konkretów

Według osoby związanej z pakistańskim wywiadem, do której dotarł korespondent BBC w Islamabadzie, śmigłowce amerykańskie dostrzeżono z ziemi, gdy przelatywały nad granicą z Afganistanem. Informator potwierdził wysłanie myśliwców, które - jak utrzymywał - odwołano, gdy Amerykanie przekazali wiadomość o operacji pakistańskiemu dowództwu.

Także Salman Baszir potwierdził wysłanie dwóch myśliwców, ale Amerykanom udało się opuścić przestrzeń powietrzną Pakistanu, zanim doszło do kontrataku. Niektóre źródła utrzymują, że informację o obecności obcych maszyn przekazały lotnictwu wojska lądowe w Abbotabadzie.

Pakistańska gazeta "Express Tribune" opublikowała inne informacje dotyczące czasu, przez jaki Amerykanie byli obecni w rejonie Abbotabadu. Według świadków, śmigłowce i C-130 Hercules pojawiły się na ponad dwie godziny przed szturmem fok. Z innego źródła gazeta zdobyła potwierdzenie, że był to samolot nafaszerowany supernowoczesną elektroniką. Maszyna znajdowała się nad Pakistanem pięć godzin. Niektóre tamtejsze media utrzymywały - pomimo zaprzeczeń rządu i wojskowych - że przynajmniej część z amerykańskich śmigłowców przyleciała nad Abbotabad nie z Afganistanu, lecz z bazy sił specjalnych Pakistanu Tarbela Ghazi.

Zwłoka Pakistańczyków

Według gazety "The Nation" szturm SEALs wspomogło około 200 pakistańskich żołnierzy. Osoby z kręgu pakistańskiego wywiadu utrzymują, że po uprzedzeniu władz w Islamabadzie Amerykanie zasugerowali zabezpieczenie rejonu operacji. Stąd być może wynikało bierne zachowanie sił lądowych Pakistanu w Abbotabadzie. Amerykanie byli na terenie posiadłości bin Ladena 38 minut (według planu miało to być 30 minut). Choć jest to miasto garnizonowe, pakistańscy wojskowi pojawili się na miejscu akcji dopiero po ich odlocie. To dziwne, gdyż szef Al-Kaidy mieszkał cztery kilometry od jego centrum i 1,3 kilometra od murów elitarnej akademii wojskowej, w sąsiedniej miejscowości Kakul.

Poza uczelnią są w tej okolicy dwa duże pułkowe centra szkoleniowe - armijnego Pułku Baloch i paramilitarnego Pułku Sił Granicznych. W sąsiedztwie rezydencji mieszkali bądź przebywali obecni wojskowi. I raczej osoby te próbowały zawiadomić władze o tym, co się dzieje. Jeśli pakistańscy wojskowi by chcieli, przybyliby w rejon akcji po kilkunastu minutach. Co ciekawe, Pakistańczycy nie robili problemów z przelotem nad swym terytorium maszyny, która dostarczyła ciało bin Ladena na lotniskowiec na Morzu Arabskim. Taki lot trwał kilka godzin.

Rysy wizerunkowe

W mediach w Stanach Zjednoczonych pojawiła się informacja, że siły amerykańskie były gotowe do konfrontacji, na wypadek gdyby działania pakistańskich wojsk czy policji zagroziły powodzeniu operacji. Niemniej jednak traktowano to jako ostateczność. Podobną postawę przyjęła strona pakistańska.

Nawet jeśli tamtejsi politycy i wojskowi nie wiedzieli o operacji i jej celu, mogli się tego łatwo domyślić. Tymczasem były szef pakistańskiego wywiadu wojskowego, którego personel Amerykanie podejrzewają o powiązania z talibami, emerytowany generał porucznik Hamid Gul utrzymuje, że Ibn Ladin zmarł już przed laty.

Można odnieść wrażenie, że publiczne oburzenie wyrażane przez polityków i wojskowych w Islamabadzie to teatr, w którym grają też Amerykanie. Jednym z powodów takiego zachowania może być obawa przed krwawym odwetem terrorystów, którzy już zaatakowali akademię sił paramilitarnych w Peszawarze. Wydaje się, że ze względu na skomplikowaną sytuację wewnątrzpolityczną władzom pakistańskim jest na rękę utrzymywanie, że zabicie Ibn Ladina było wyłącznie sprawą Amerykanów.

Z drugiej strony, wykrycie jego siedziby w mieście garnizonowym ma bardzo negatywny wpływ na wizerunek Pakistanu i jego armii za granicą. Powróciły pytania o stosunek części tamtejszego establishmentu wojskowego do wojny z terroryzmem. W mediach pojawiły się informacje o przypadkach, gdy obozy talibów znajdowały się w pobliżu posterunków armii czy sił paramilitarnych. Podniosły się też głosy krytykujące zbyt duże wpływy wojska na sferę pozamilitarną w państwie (politykę i ekonomię), w sytuacji gdy nie potrafi ono wypełnić swych konstytucyjnych powinności, do których należy ochrona granic.

Nocni tropiciele

Żołnierzy sił specjalnych przerzuciły w rejon Abbotabadu śmigłowce 160 Pułku Lotnictwa Sił Specjalnych. Pułk (160th Special Operations Aviation Regiment - Airborne), nazywany "nocni tropiciele" (Night Stalkers), utworzono w październiku 1981 roku. Jego dowództwo mieści się w Fort Campbell w stanie Kentucky. Tam też stacjonują dwa (1. i 2.) z jego czterech batalionów śmigłowców oraz kompania szkolna. 3 Batalion bazuje w Hunter Army Airfield w Georgii, a jego macierzystym garnizonem jest Fort Lewis w stanie Waszyngton. W sumie w jednostce służy około 1,8 tysiąca żołnierzy, z których 1,4 tysiąca stacjonuje w Fort Campbell.

Pułk wykorzystuje ponad sto śmigłowców. Największymi maszynami są Chinook w wersjach MH-47E i MH-47G. Jednostka ma też trzy odmiany Black Hawka - MH-60K, MH-60L i MH-60L DAP (silnie uzbrojony, mogący wykonywać zadania szturmowe). Na początku tego roku rozpoczęły się dostawy najnowszych MH-60M. Uzupełnieniem pułkowej floty wiropłatów są "małe ptaki" (Little Birds), czyli AH-6M i MH-6M, zmodernizowana wersja jednosilnikowego śmigłowca MD 530F.

1 Batalion ma po kompanii AH-6 i MH-6 oraz trzy kompanie MH-60, w 2 Batalionie są tylko dwie kompanie Chinooków, w 3. i 4. zaś - po trzy kompanie śmigłowców: dwie MH-47 i jedna MH-60. Każdy z batalionów posiada poza tym jeszcze kompanie dowodzenia i remontową.

Tadeusz Wróbel

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy