Reklama

Ogólnoświatowa wojna o... wodę

Rzeki przecinają granice wielu krajów, stając się przyczyną konfliktów. To dlatego, że popyt na wodę rośnie błyskawicznie, a tej nie przybywa.

Do niedawna Mekong cieszył się sporą swobodą. Nie budowano na nim wielkich zapór, nie regulowano jego biegu, nie kontrolowano przepływu. Odwdzięczał się bogactwem ryb, które stanowią - obok ryżu - podstawę wyżywienia dziesiątek milionów ludzi zamieszkujących Półwysep Indochiński. Jednak dobre dni dla rzeki powoli się kończą. W połowie lat 90. w jej górnym biegu Chiny zbudowały zaporę Manwan, a w zeszłym roku zakończyły budowę kolejnej o nazwie Xiaowan. Następna już powstaje. To nie koniec. Planowana kaskada łącznie ośmiu zbiorników górnego Mekongu ma pomieścić połowę rocznego przepływu rzeki. Chińczycy chcą ujarzmić Mekong, ponieważ potrzebują energii elektrycznej dla wielkich skupisk ludności na wschodzie.

Reklama

Okiełznać rzekę

Wytworzony tu prąd popłynie m.in. do 20-milionowego Szanghaju, odległego o prawie 2 tys. km. Zapora Xiaowan - o rekordowej na świecie wysokości prawie 300 m - stanęła w miejscu, gdzie rzeka przełamuje się przez górzyste tereny południowej prowincji Yunnan. Za kilka lat będzie tu pracować sześć bloków energetycznych o mocy 700 MW każdy. Pierwszy z nich ruszy wkrótce.

Aby chińskie hydroelektrownie na Mekongu mogły stale dostarczać prąd w potrzebnych ilościach, trzeba rzekę okiełznać. Jej wody zostaną zmagazynowane podczas wysokich stanów występujących w okresie letnich deszczy monsunowych. Dzięki temu w porze suchej trwającej od listopada do maja turbiny będą mogły pracować na pełnych obrotach. Za tamą Xiaowan powstanie zbiornik długości ponad 100 km i powierzchni ok. 190 km2. Chińczycy twierdzą, że wznoszone przez nich zapory nie zagrażają środowisku rzeki. Wskazują na zalety inwestycji, np. ograniczenie ryzyka powodzi oraz zwiększenie dostępu do rzeki dla większych statków.

Innego zdania są eksperci Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP), którzy w zeszłym roku opublikowali raport, w którym można przeczytać, że zlikwidowanie odwiecznych wylewów Mekongu doprowadzi do katastrofy ekologicznej i społecznej. Mekong ma ok. 4350 km długości. Jego źródła znajdują się we wschodniej części Wyżyny Tybetańskiej. Przez ponad 2 tys. km płynie przez terytorium Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie nosi nazwę Lancang. Następnie przepływa przez Birmę, Laos, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Przy ujściu tworzy wspaniałą deltę o długości i szerokości ok. 200 km. Pod względem bioróżnorodności ustępuje tylko Amazonce. Naliczono w nim ponad 1200 gatunków ryb. Blisko setka jest regularnie poławiana, stanowiąc główne źródło białka dla ok. 60 mln ludzi w regionie.

W połowie lat 90. XX wieku, gdy Chińczycy przedstawili swoje zamiary wobec Mekongu, cztery kraje - Wietnam, Laos, Kambodża i Tajlandia - stworzyły Mekong River Commission (MRC), która troszczy się o wspólne zarządzanie zasobami rzeki. Jednak Chiny nie należą do tej organizacji i nic nie wskazuje na to, aby miały zamiar się do niej zapisać. Eksperci MRC wielokrotnie, choć w dość łagodnej formie, przestrzegali przed konsekwencjami chińskich inwestycji w górnym odcinku rzeki. Autorzy raportu UNEP są mniej oszczędni w słowach. Ich zdaniem chińskie zapory mogą być szczególnie niebezpieczne dla mieszkańców biednej Kambodży, którzy dzięki Mekongowi nigdy nie głodowali.

Sieci pełne ryb... ale czy tak będzie w przyszłości?

W centralnej części Kambodży znajduje się wielkie jezioro Tonle Sap, z którego wypływa rzeka o tej samej nazwie. Przez siedem miesięcy w roku rzeka ta wpada do Mekongu, ale w czerwcu, wraz z pojawieniem się monsunów, zawraca w stronę jeziora. Zasilany deszczami monsunowymi Mekong prowadzi bowiem kilkadziesiąt razy więcej wody niż w porze suchej, i nie mieści się w korycie. Znaczna część tej wody wlewa się do jeziora Tonle Sap, które w rezultacie powiększa swoje rozmiary, stając się matecznikiem dla wielu gatunków ryb. Gdy w listopadzie deszcze zanikają i rzeka znów odwraca swój bieg, rozpoczyna się wędrówka miliardów ryb. Płyną w dół i w górę Mekongu, napełniając sieci rybackie.

Na północ od Tonle Sap znajdują się ruiny Angkoru, w którym w średniowieczu mieszkało milion ludzi - było wówczas największym miastem świata. Doskonałe położenie gwarantujące dostatek żywności przez cały rok przyczyniło się do rozkwitu wspaniałej cywilizacji. Angkor upadł jednak w ciągu paru dziesięcioleci, gdy monsuny stały się przejściowo mniej regularne, a ówcześni władcy nie umieli sobie poradzić z tym kryzysem - państwo osłabło i nie potrafiło się obronić przed najeźdźcami.

To pokazuje, jak bardzo region ten jest czuły na zaburzenia środowiska naturalnego. Chiny twierdzą, że zagrożenia nie ma, ponieważ większość deszczy monsunowych zasilających Mekong spada poniżej ich zapór. Podkreślają też, że nie zamierzają pobierać wód rzeki do konsumpcji i nawadniania pól. Jednak zdaniem ekspertów z UNEP wiele będzie zależało od tego, kiedy i jak zbiorniki będą zamykane i otwierane, a Chiny nie wykazują obecnie większej chęci do współpracy z sąsiadami z południa.

Spór o Eufrat

Spornych rzek jest więcej. Należą do nich Tygrys i Eufrat. Źródła rzek znajdują się w Turcji. Kraj ten zbudował, szczególnie na Eufracie, wiele zapór, zbiorników i hydroelektrowni. Celem była aktywizacja gospodarcza zacofanej południowo-wschodniej części kraju. Turcja pobiera znaczną część wody z Eufratu do nawadniania milionów hektarów ziem na równinie Harran.

Tureckie plany i inwestycje nieraz były przedmiotem sporów i napięć przede wszystkim z Syrią, ale także z Irakiem. Oba państwa także korzystają z wód Eufratu i Tygrysu, ale są w gorszej sytuacji, bo leżą w dolnych odcinkach rzek.

Wojna o wodę wisiała już w powietrzu. Było to w latach 70., kiedy na Eufracie powstały w tym samym czasie dwa zbiorniki: al-Thawra w Syrii i Keban w Turcji. Zbiegło się to z okresem kilkuletniej suszy w regionie. Irak oskarżył wtedy Syrię o pobieranie zbyt dużych ilości wody i zagroził zbombardowaniem syryjskiej zapory. Rozmieścił też wojska wzdłuż granicy z tym krajem. W ostatniej chwili konflikt został zażegnany dzięki mediacji Arabii Saudyjskiej.

Wynegocjowano wówczas, że Syria będzie zatrzymywała 40 proc. wody płynącej Eufratem z Turcji, a resztę dostanie Irak. Przy okazji zakończenia przez Turcję tamy Atatürka (w latach 80. XX wieku) kraj ten uzgodnił z Syrią, że będzie oddawał jej nieco ponad połowę wody Eufratu. Problem w tym, że wiele z tych umów jest odmiennie interpretowanych przez każdą ze stron albo zwyczajnie naruszanych. Dopiero w zeszłym roku zgodzono się zbudować wspólny system monitorowania przepływu wody w rzekach. Kiedy on jednak powstanie, nie wiadomo.

Konflikt o wodę może też pewnego dnia wybuchnąć w Azji Środkowej, gdzie pięć krajów - Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan, Tadżykistan i Kirgistan - musi się podzielić dwiema rzekami: Amu-darią i Syr-darią. Do dziś państwa te nie zdołały się porozumieć w sprawie wspólnego zarządzania nimi. Tymczasem popyt na wodę szybko rośnie, a wraz z nim - temperatura sporów.

Kłócą się wszyscy ze wszystkimi. Trzy większe i bogatsze kraje położone w dolnych biegach rzek (Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan) domagają się, by dwa pozostałe oddawały im więcej wody. Słabsze ekonomicznie Tadżykistan i Kirgistan mają jednak własne plany rozwojowe, w których woda odgrywa ważną rolę. Poziom nieufności jest bardzo wysoki. Uzbekistan zarzuca Turkmenistanowi podkradanie wody z Amu-darii, a sam jest oskarżany przez Kazachstan o nadmiernie uszczuplanie zasobów wody w Syr-darii. Uzbekistan próbuje też zablokować budowę olbrzymiej zapory Rogun w Tadżykistanie (z braku pieniędzy prace na razie zatrzymano).

Co gorsza, z powodu ocieplenia klimatu ilość wody niesionej przez obie główne rzeki Azji Środkowej może się zmniejszyć już w drugiej połowie XXI wieku. Stanie się tak po zniknięciu wielu lodowców w Pamirze, Hindukuszu i górach Tien-Szan. Wtedy ryzyko konfliktu zbrojnego znacznie by wzrosło. Mógłby on wybuchnąć np. pomiędzy Uzbekistanem a Kirgistanem. Oba kraje nie pałają do siebie sympatią. Pierwszy przeprowadził nawet kilka lat temu ćwiczenia wojskowe, które wyglądały tak, jakby chciał wziąć szturmem kirgiski zbiornik Toktogul. Kirgizi z kolei potrafili zwiększyć odpływ wody z tego zbiornika w środku zimy, zalewając uzbeckie wsie w Dolinie Fergańskiej, oraz przykręcić śluzy w środku lata, kiedy woda potrzebna jest Uzbekom do nawadniania pól bawełny.

Bitwa o Nil

Brak troski o wodę zarzucają też sobie wzajemnie kraje z dorzecza Nilu. Rzeka ta wydaje się potężna z pokładu statku turystycznego, ale w rzeczywistości jest niewielka. Prowadzi 15 razy mniej wody niż Kongo i 50 razy mniej niż Amazonka. Nie ma szans, aby zaspokoiła potrzeby wszystkich ludzi mieszkających w jej dorzeczu. Łącznie w krajach, przez które przepływa Nil, żyje bowiem blisko 300 mln ludzi. Pół wieku temu było ich 70--80 mln. Za kolejne pół wieku będzie 700 mln. Ludzie ci będą potrzebowali mnóstwa wody do picia, utrzymania higieny i uprawy roli. Jeśli jej zabraknie, nie będzie mowy o szybkim rozwoju ekonomicznym, który położyłby kres klęskom głodu.

Dlatego kraje leżące nad Nilem coraz ostrzej kłócą się o to, który z nich może korzystać z największej afrykańskiej rzeki. Obecnie tylko Egipt i Sudan mają prawo pozyskiwać wodę do nawadniania pól i konsumpcji, reszta ma zakaz. To pozostałość z czasów faraonów. Władcy antycznego Egiptu nieraz za pomocą oręża upominali sąsiadów, aby ci nie ważyli się umniejszać zasobów wodnych rzeki. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że otrzymali ją od bogów na wyłączność, a każdy, kto nie zgadzał się z tą opinią, był traktowany jak śmiertelny wróg.

Dla reszty nie przewidziano nawet kropli

Podobnie uważali wszyscy kolejni władcy tej krainy. Pod koniec XIX wieku dolinę dolnego i środkowego Nilu podporządkowali sobie Brytyjczycy - w ich ręce wpadł najpierw Egipt, a potem Sudan. Natychmiast zaczęli planować wielkie prace irygacyjne i tamę na Nilu w pobliżu Asuanu, aby zatrzymać wody powodziowe i wykorzystywać je przez cały rok do nawadniania pól bawełny, tak pożądanej przez angielskie zakłady włókiennicze. Zaporę zbudowali na początku XX wieku. Wzorem faraonów zapewnili też sobie wyłączność na wodę z Nilu. W 1959 roku niepodległe państwa Egipt i Sudan znów podzieliły między siebie wszystkie wody w Nilu. Roczny przepływ oszacowały na 84 km3, odjęły od tego 10 km3 strat związanych z parowaniem, a pozostałą część rozdysponowały następująco: Egipt - 55,5 km3 wody, Sudan - 18,5 km3. Dla reszty nie przewidziano nawet kropli.

Rok później ruszyła budowa drugiej zapory na Nilu w Asuanie, znacznie większej od tej zbudowanej na początku XX wieku przez Brytyjczyków. Dzięki niej powstał gigantyczny Zbiornik Nassera długości około 500 km, w którym mieści się tyle wody, ile Nil prowadzi przez rok. Dla Egiptu to polisa ubezpieczeniowa, która co prawda w dłuższej perspektywie może okazać się niekorzystna (zapora zatrzymuje namuły, które budują deltę Nilu - ta w rezultacie obniża się i jest coraz silniej niszczona), ale dziś przeważają plusy. Tama chroni przed katastrofalnymi powodziami, zapewnia wodę dla rolnictwa przez cały rok oraz dostarcza jedną trzecią egipskiego zapotrzebowania na prąd. No i jest źródłem pokaźnych dochodów z turystyki. Na uregulowanym Nilu można wozić turystów przez cały rok.

Czy wybuchnie wojna z Egiptem?

Ostatnio jednak odlegli sąsiedzi z południa doszli do wniosku, że pora, aby Egipt podzielił się z nimi rzeką. Mowa o siedmiu krajach leżących w górnym odcinku rzeki i jej dopływów. Są to: Uganda, Kenia, Tanzania, Rwanda, Burundi, Demokratyczna Republika Konga i przede wszystkim Etiopia.

Ta ostatnia uważa się za szczególnie poszkodowaną. Zachodnia część tego kraju leży na wyżynie, z której spływają liczne rzeki zasilające Nil. Dzięki wyżynnemu położeniu i żyznym wulkanicznym glebom kraj ten ma dogodny dla rolnictwa klimat. Ma też największe w Afryce zasoby wody, których jednak nie może wykorzystać. Teoretycznie mógłby się nie oglądać na umowy, których nie jest stroną. Ale to grozi wybuchem wojny z Egiptem.

Próby znalezienia porozumienia na razie się nie powiodły. W maju tego roku pięć krajów - Etiopia, Kenia, Tanzania, Kenia i Rwanda - podpisało umowę, w której nie ma wyraźnie określonych przydziałów wody w Nilu. Jest w niej tylko ogólny zapis mówiący, że żaden kraj nie będzie szkodził drugiemu. Rozdziałem wody zajmie się międzynarodowa komisja. Zatem koniec z hegemonią Egiptu i Sudanu. Oba państwa wydają jednak coraz groźniejsze pomruki. Egipt tłumaczy, że poza Nilem nie ma innych źródeł wody, podczas gdy inne kraje mają coś, co jest dla niego niedostępne, czyli deszcz. Dlatego nie może ustąpić.

Jednak z tym deszczem nie jest wcale tak dobrze. Od wielu lat w Afryce Wschodniej panuje susza. W zeszłym roku ponad 20 mln ludzi cierpiało tam z niedożywienia i braku wody. Wysychają rzeki i uprawy, masowo padają zwierzęta hodowlane. Tak jest w północno-wschodniej Ugandzie oraz wschodniej i środkowej Etiopii. Wyludniają się też całe rejony północnej Kenii. Poziom jeziora Wiktorii zasilającego Nil spadł do najniższej wartości w ostatnich 80 latach. Trzy lata temu Ugandyjczycy przymknęli nawet zaporę na Nilu, zmniejszając przejściowo o jedną trzecią ilość wody w rzece, co oczywiście nie zostało dobrze przyjęte przez Egipt.

Nie sposób przewidzieć, co będzie dalej

Według jednych prognoz Nil za parę dziesięcioleci będzie niósł o 70% mniej wody niż teraz, a wedle innych - o 25% więcej. Wszystko zależy od tego, czy deszcze w regionie będą obfitsze czy raczej skąpe. Większość modeli, na które powołuje się ostatni raport IPCC z 2007 roku, prognozuje wzrost wilgotności klimatu w Afryce Wschodniej w miarę podnoszenia się temperatur na Ziemi. Kłopot polega na tym, że od mniej więcej dekady jest inaczej, niż to pokazują symulacje komputerowe: mimo wzrostu temperatur deszcze są rzadsze i coraz mniej regularne.

W raportach sporządzanych dla potrzeb ONZ, NATO czy Pentagonu eksperci zgodnie ostrzegają, że właśnie woda może być jednym z głównych źródeł sporów politycznych, a nawet wojen w XXI wieku. Pod koniec lipca tego roku Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję głoszącą, że dostęp do czystej wody jest podstawowym prawem człowieka. W dorzeczu Nilu nie ma jeszcze otwartego kryzysu - kolejne rozmowy zaplanowano na jesień, ale z tej rzeki niewiele już można wycisnąć. Najlepiej byłoby po prostu trochę jej ulżyć. Swego czasu raport OECD zalecał przede wszystkim Egiptowi, jako najbogatszemu krajowi w regionie, aby przystąpił jak najszybciej do inwestycji uniezależniających go od Nilu. Proponowano zbudowanie oszczędnych systemów nawadniających, w których ta sama woda jest wykorzystywana wielokrotnie, sięgnięcie po zasoby wód głębinowych oraz zbudowanie odsalarni wody morskiej. Wtedy kłótnia o Nil stałaby się bezprzedmiotowa.

Andrzej Hołdys, dziennikarz popularyzujący nauki o Ziemi, współpracownik "WiŻ"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy