Reklama

Zbrodnia na polskich jeńcach

Żołnierze Wehrmachtu kazali jeńcom położyć się na ziemi i pod groźbą śmierci zabronili podnoszenia się. Niedługo później wystraszone przez Niemców konie przebiegły przez plac i stratowały setki Polaków. Tych, którzy próbowali uciekać, dosięgnął ogień z karabinów maszynowych...

Od tych wydarzeń upłynęło już 70 lat, a mimo to wciąż niewiele możemy o nich powiedzieć. Nawet bardzo uważna i wnikliwa kwerenda literatury dotyczącej Wojny Obronnej na naszych terenach przynosi bardzo mizerne rezultaty. Dalej do końca nie wiemy, co wydarzyło się w nocy z 13 na 14 września 1939 r. w Zambrowie.

Trzy istotne pytania

Potencjalny badacz tematu skazany jest przede wszystkim na wydaną w latach 60. i mocno już zdezaktualizowaną pozycję Zygmunta Kosztyły oraz Józefa Mroczka z 1982 r. W obu przypadkach są to niewielkie wzmianki, nie podparte własnymi badaniami. Spore wątpliwości, w przypadku tego pierwszego, budzić może informacja o użyciu przez Niemców granatów ręcznych, co nie znajduje żadnego potwierdzenia w materiałach źródłowych, o których później. Wydaje się, że autor pomylił opisywane wydarzenia z masakrą w hali targowej, gdzie Niemcy wrzucili przez okna granaty zabijając kilkunastu mieszkańców Zambrowa i okolic (10 X 1939 r.).

Jednak najbardziej istotna jest podana przez Z. Kosztyłę liczba zabitych i rannych jeńców - adekwatnie 200 i 100. Taką samą liczbą operuje J. Mroczek, a co dziwniejsze - także Waldemar Monkiewicz, który jako prokurator oddelegowany został do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i osobiście zajmował się tą sprawą w 1968 r.

Reklama

Nieco więcej informacji i w bardziej rzetelnej formie odnaleźć można w wydanej przed kilku laty monografii Zambrowa autorstwa Krzysztofa Sychowicza. Analizując problem, należałoby w pierwszym rzędzie odpowiedzieć na trzy najbardziej istotne pytania:

1. W jakich okolicznościach doszło do zbrodni na polskich jeńcach wojennych zgromadzonych na terenie zambrowskich koszar, i jaki był przebieg dramatycznych wydarzeń w nocy z 13 na 14 września 1939 r.?

2. Ilu jeńców zostało zabitych, a ilu rannych?

3. Gdzie pochowano ciała zamordowanych żołnierzy?

Załamane natarcie wojska

Wydaje się, że względnie dobrze i w miarę wyczerpująco wspomniani wyżej autorzy odpowiedzieli jedynie na pytanie pierwsze. Co do pozostałych kwestii - pozostaje bardzo wiele wątpliwości, zwłaszcza w sprawie liczby zamordowanych polskich żołnierzy. Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, warto pokusić się o szybkie nakreślenie tła tych dramatycznych wydarzeń.

13 września zakończył się ostatni akord Wojny Obronnej 1939 r. na Ziemi Łomżyńskiej. Przeprowadzony w godzinach porannych rozpaczliwy atak oddziału "Taran" na Andrzejewo załamał się w ogniu niemieckiej broni maszynowej. W natarciu poległ pełniący obowiązki dowódcy 18. Dywizji Piechoty (od chwili odniesienia ciężkich ran przez płk. Stefana Kosseckiego) płk Aleksander Hertel, a wobec braku możliwości przebicia się na wschód, resztki dywizji stanęły w obliczu całkowitej zagłady.

Znajdujące się w okrążonej Łętownicy polskie oddziały złożyły broń. Wziętych do niewoli żołnierzy, Niemcy, polną drogą przepędzili do Andrzejewa, gdzie zgrupowano wszystkich przy znajdującym się na skraju miejscowości wiatraku. Ilustrujące artykuł zdjęcia doskonale obrazują masę jeńców zgromadzonych na sporym wyniesieniu terenowym. Po kilku godzinach rozpoczęto ewakuację polskich żołnierzy oraz zdobytego taboru 18. DP (w tym także sprzętu artyleryjskiego).

Czytelnicy orientujący się w realiach Wojny Obronnej 1939 r. doskonale zdają sobie sprawę z ogromnej ilości koni i wozów taborowych obciążających każdą polską dywizję. Tak więc cała ta masa ludzi i sprzętu po kilkugodzinnym marszu dotarła do zambrowskich koszar.

Mieszkańcy zaopatrywali rannych

Zdobyczny sprzęt artyleryjski (armaty lekkie wz. 97 i 02/26, haubice polowe wz. 14/19P i ciężkie wz. 17, armaty ppanc wz. 36 oraz armaty plot wz. 36 wraz z ciągnikami C2P) ustawiony został w pobliżu garażu 71. pp znajdującym się przy końcu dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej.

Do koszar w Zambrowie przetransportowano także opatrywanych w kościele w Andrzejewie rannych, którzy znaleźli się w prowizorycznym szpitaliku (prawdopodobnie zorganizowanym w budynku K 23 pełniącym przed wybuchem wojny rolę Garnizonowej Izby Chorych) obsługiwanym przez lekarzy jeńców i zaopatrywanym przez mieszkańców miasta.

Pozostałych jeńców, konie oraz wozy taborowe Niemcy wprowadzili na plac koszarowy, na którym znaczna część z nich pozostała aż do 15 września. Łącznie na terenie koszar znalazło się ok. 4-5 tys. wziętych do niewoli żołnierzy 18. DP.

Bezwładnie skłębiona masy jeńców

Nieocenionym materiałem dokumentującym te chwile są dwa zdjęcia pochodzące z kolekcji Jacka Choromańskiego z Warszawy i dotyczące omawianych wydarzeń.

Na jednym z nich widzimy stajnię oraz znaczną ilość zdobytych przez Niemców koni. Fotografia została wykonana w północno-wschodniej części koszar, w której znajdowała się odkryta ujeżdżalnia (maneż), stajnie oraz działownie. Ujęte w obiektywie zwierzęta stoją za lekkim ogrodzeniem oddzielającym maneż od dużego placu, na którym przed wybuchem wojny odbywały się najważniejsze garnizonowe uroczystości.

Drugie zdjęcie ma znacznie większą wagę dokumentalną. Wykonane zostało na placu alarmowym 71. pułku piechoty, na wprost budynku Komendy Garnizonu. Niezmiernie ważną informacją, jaką niesie fotografia, jest widok bezładnie skłębionej masy jeńców i koni zaprzęgniętych do biedek, taczanek i wozów taborowych. I ten właśnie, łatwo zauważalny na zamieszczonym zdjęciu element, zdaje się być istotnym dowodem potwierdzającym jedną z najważniejszych relacji świadka wydarzeń nocy z 13 na 14 września.

Docieramy więc powoli do sedna sprawy, jakim jest zbiór kilku zeznań złożonych przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku (wśród prowadzących przesłuchania świadków był m.in. prokurator Waldemar Monkiewicz), a znajdujących się w archiwum białostockiego oddziału IPN i zgromadzonych w teczkach o sygnaturach Bi 1/29 oraz OK. Bi 85/67.

Zawierają one relacje m.in. Michała Szymańskiego, Leona Szyszko, Franciszka Pęskiego, Hieronima Szostakiewicza, Franciszka Modzelewskiego, Czesława Krupe, Franciszka Tyszki, Antoniego Sapińskiego, Stanisława Szymańskiego, Stefana Brejnakowskiego i innych.

Niemalże wszystkie zeznania niezmiennie potwierdzają fakt, iż po zapadnięciu zmroku jeńcom nakazano położenie się na ziemi i pod groźbą śmierci zabroniono podnoszenia się. Kolejnym, stale powtarzającym się elementem jest obecność samochodów (według jednego ze świadków pojazdów było sześć) oświetlających teren reflektorami. W narożnikach placu znalazły się stanowiska broni maszynowej.

Konie tratowały polskich jeńców

Dalszy ciąg wydarzeń w znakomity sposób obrazuje relacja Leona Szyszko, której obszerne fragmenty warto zacytować, zawiera ona bowiem dokładny opis przyczyny masakry. "Leżałem bardzo blisko jednego z samochodów niemieckich. Nie spałem i rozglądałem się na leżąco po placu zwracając głowę w kierunku samochodów. Stało na nich w pobliżu karabinów maszynowych po kilku żołnierzy.

W pewnym momencie na te samochody wskoczyło po kilku dalszych żołnierzy uzbrojonych w rozmaitą broń. Na pobliskim samochodzie jeden z żołnierzy wskazywał ręką innym na skos placu. Zwróciłem głowę i zobaczyłem, jak jeden z żołnierzy niemieckich trzymał za lejce konie lub konia zaprzęgniętego do wozu. Obok stał drugi żołnierz niemiecki i bił te konie batem.

W pewnym momencie zobaczyłem, że ten żołnierz, który bił konie odskoczył od nich, a ten drugi puścił lejce i konie wyrwały się biegnąc prosto na leżących na placu jeńców polskich. Kiedy konie rozpoczęły tratować jeńców polskich, to jeńcy krzycząc odskakiwali na boki i do przodu zrywając się z ziemi.

Widziałem na własne oczy jak jeńcy wstawali ratując się w ten sposób przed stratowaniem. Jeńcy kierowali się w stronę wozowni. Konie spłoszone przez Niemców pędziły bardzo szybko. W tym samym czasie dwa karabiny maszynowe umieszczone na samochodach otworzyły ogień. Żołnierze niemieccy zamiast zatrzymać konie, strzelali do jeńców polskich zrywających się z ziemi w obawie przed stratowaniem.

Nie wykluczam, że Niemcy strzelali także z innych karabinów maszynowych lub innej broni, gdyż zauważyłem strzelające dwa karabiny maszynowe znajdujące się w bliskiej ode mnie odległości około 8 metrów. Po pięciu minutach od momentu otwarcia ognia usłyszałem okrzyki >achtung<. Czas trwania ognia podałem rzecz jasna w przybliżeniu.

Po tych okrzykach >achtung< rozlegających się ze wszystkich stron Niemcy zaprzestali strzelać. Rozległy się od strony wozowni jęki rannych jeńców. Dopiero wtedy zauważyłem, że plac został otoczony ze wszystkich stron przez żołnierzy niemieckich, czego nie zauważyłem wcześniej".

Masakra na koszarowym placu

Dość obszernie cytowane zeznanie jasno i precyzyjnie opisuje przyczyny i przebieg wydarzeń, daje też przy okazji odpowiedź na kilka innych pytań.

Nasuwa się jednak wątpliwość, na jakiej podstawie nie służący w 71. pułku piechoty mógł określić jeden z koszarowych (i przecież wcale nie największy) obiektów jako wozownię? Wbrew pozorom wyjaśnienie tej kwestii może być bardzo banalne.

Po pierwsze - świadek mógł znać zambrowskie koszary z ćwiczeń (do Zambrowa i na pobliski poligon w Czerwonym Borze przybywało w okresie międzywojennym wiele pułków).

Po drugie - informację co do przeznaczenia poszczególnych obiektów koszarowych uzyskać mógł od innych jeńców, znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu i odbywających służbę wojskową w Zambrowie. Wzmiankowanie przez świadka wozowni wyjaśnia przy okazji, że do masakry doszło na placu położonym pomiędzy dzisiejszą ulicą Legionową, Aleją Wojska Polskiego i ulicą Magazynową.

Potwierdza ten fakt zeznanie Michała Szymańskiego, który wspomina, że znalazł się na placu będącym uprzednio ujeżdżalnią (położona była w południowo-wschodniej części koszar, o czym wspomniano już wcześniej). I w tym właśnie punkcie oba zeznania stoją w rażącej sprzeczności z zamieszczoną w tekście niniejszego artykułu fotografią, na której widzimy jeńców i zaprzęgi na placu przed Komendą Garnizonu (plac ten należał do 71. pułku piechoty). Nie jesteśmy jednak w stanie precyzyjnie datować zdjęcia, o którym możemy jedynie powiedzieć, że wykonane zostało między 13 a 15 września 1939 r. Być może więc fotografia powyższa jest dowodem wskazującym na fakt, że w chwili masakry jeńców przetrzymywano na obu placach (bądź też przeniesiono ich sprzed budynku Komendy Garnizonu jeszcze w dniu 13 września).

Zabitych było dużo więcej, niż rannych

Do wyjaśnienia pozostają jeszcze dwie kluczowe kwestie. Pierwszą z nich jest liczba ofiar. Cytowany już wcześniej Leon Szyszko zeznaje, że rannych zostało około 100 żołnierzy. Jest to twierdzenie o tyle wiarygodne, że świadek jako sanitariusz wespół z kolegą miał przez całą noc nosić rannych (fakt udzielania pomocy potwierdza także Franciszek Pęski). Z drugiej jednak strony, w zeznaniach pozostałych świadków brakuje informacji o fakcie zbierania poszkodowanych i przenoszenia ich do koszarowego bloku (kilku świadków wspomina o umierających w ich najbliższym otoczeniu jeńcach). Równie poważne rozbieżności dotyczą liczby rannych.

Hieronim Szostakiewicz wspomina o ponad 50, podobnie zeznawał także Michał Szymański, a pełniący funkcję sanitariusza Stefan Brejnakowski mówi o około 70 osobach. Ostatecznie zdaje się, że jest to sprawa niemożliwa do definitywnego ustalenia, choć - być może - wypłyną kiedyś jakieś dokumenty niemieckie dające odpowiedź na to pytanie. Podobnie niejasna jest sprawa liczby zabitych na placu. Stefan Brejnakowski podaje nazwiska dwóch zmarłych z ran. Byli to Hipolit Laskowski z Warszawy oraz Leon (lub Jan) Paszkowski, natomiast Antoni Sapiński wspomina żołnierza o nazwisku Truchel zamieszkałego w Laskowcu. Kilku zeznających mówi o dużej liczbie zabitych złożonych za jednym z koszarowych budynków, w żadnym jednak przypadku nie ma mowy o jakiejś pewnej, konkretnej liczbie.

Generalnie wielu świadków wspomina, że zabitych było dużo więcej, niż rannych. Nie wyjaśnia to jednak w żaden sposób, dlaczego liczba 200 zabitych tak stanowczo zdominowała wszelkie opisy dotyczące omawianego wydarzenia. Z żelazną konsekwencją powtarzają ją Zygmunt Kosztyła, Szymon Datner, Józef Mroczek, a także - co najbardziej zdumiewające - Waldemar Monkiewicz, który doskonale powinien przecież znać zeznania świadków. Za potwierdzeniem sporej liczby zabitych jeńców przemawia zdecydowanie fakt, że sami Niemcy przyznają się do zastrzelenia około 100 polskich żołnierzy na placu koszarowym w Zambrowie.

Gdzie pochowano Polaków?

Pozostaje także nie wyjaśniona do dzisiaj sprawa miejsca pochówku ofiar zbrodni. Według niemalże wszystkich zeznających, pochówku ciał dokonywali polscy żołnierze w dniu 14 września. Według kilku relacji, ciała zabitych składane były za jednym z koszarowych budynków. Dalszym etapem było przenoszenie i grzebanie zwłok. Hieronim Szostakiewicz zeznaje, że ciała żołnierzy składane były w rejonie strzelnicy. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, bowiem strzelnica znajdowała się w dość oddalonej części koszar. Zupełnie inną wersję podaje Leon Szyszko, który zeznał, iż zabitych złożono za budynkiem wozowni.

Pewnym tropem prowadzącym w tym właśnie kierunku są ustne relacje potwierdzające fakt wydobywania dużej ilości szczątków kostnych podczas budowy hali produkcyjnej oraz biurowca ZZPB położonego blisko wspomnianej wozowni. Zupełnie zaskakujący jest fakt, że w świadomości mieszkańców Zambrowa zupełnie nie zaistniało żadne miejsce, które moglibyśmy jednoznacznie określić jako masowy grób żołnierzy zamordowanych na koszarowym placu. Jest to tym bardziej zastanawiające, że przecież pozostało po wojnie wiele rodzin podoficerów zawodowych (zwłaszcza 71. pp). Jedynym logicznym wytłumaczeniem może być uwaga, że zabitych pochowano na zamkniętym, wojskowym obszarze, na którym przez okres wojny gospodarowali okupanci (Sowieci do 1941 r. i Niemcy do 1944 r.).

W planach Regionalnej Izby Historycznej w Zambrowie jest, wspólne z Grupą Poszukiwawczą "Odkrywcy", przeprowadzenie badań z użyciem georadaru oraz podjęcie próby wstępnego zlokalizowania zbiorowej mogiły polskich żołnierzy zamordowanych w nocy z 13 na 14 września 1939 r. Będzie to przedsięwzięcie niezmiernie trudne ze względu na duże zniszczenie terenu i przemieszanie warstw podczas budowy ZZPB.

Jarosław Strenkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy