Reklama

Ponad połowa budynków w USA narażona na katastrofy naturalne

Za każdym razem kiedy słyszymy o kolejnych katastrofach naturalnych i związanych z nimi tragediach ludzkich, zaczynamy się zastanawiać, czy można było ich uniknąć.

Jak wynika z najnowszego raportu, ponad połowa budynków w Stanach Zjednoczonych jest postawiona w potencjalnie niebezpiecznych lokacjach, podatnych na pożary, powodzie, huragany, tornada i trzęsienia ziemi. Co ciekawe, takie obszary to tylko jedna trzecia obszaru kontynentalnych USA, a mimo to są obiektem stale rosnącego zainteresowania deweloperów i inwestorów, którzy są skłonni dużo zaryzykować. Dla przykładu, w 1945 roku zaledwie 173 tysiące budynków - domów, szkół, szpitali czy obiektów biurowych - stało w miejscu podatnym na co najmniej dwie różne katastrofy naturalne, tymczasem obecnie liczba ta sięgnęła już 1,5 mln i ciągle szybko rośnie. 

Reklama

- Wiemy, że zmiany klimatyczne podnoszą ryzyko wystąpienia części katastrof naturalnych. Ale czy straty również rosną na skutek sposobu, w jaki budujemy swoje miasta? - tłumaczy klimatolog Virginia Iglesias z University of Colorado Boulder. Niestety odpowiedź na to pytanie jest twierdząca, a do tego pomimo największych wysiłków mających na celu dokładne przewidywanie miejsc występowania katastrof, budynki wciąż stawia się w tych potencjalnie niebezpiecznych miejscach - nie potrzeba tu nawet zgubnego wpływu zmian klimatycznych na katastrofalny naturalne. Najbardziej zwiększyło się zaś zagęszczenie budynków w strefach podatnych na trzęsienia ziemi i huragany (trzykrotny wzrost od wspomnianego 1945 roku), więc dużo więcej osób jest narażonych na tego typu wydarzenia, szczególnie że tu klimat ma duże znaczenie i postępujące zmiany mocno pogarszają sytuację. 

Mowa tu zwłaszcza o wschodnim wybrzeżu i stanach wokół Zatoki Meksykańskiej, bo na zachodnim znacznie rośnie ryzyko trzęsień ziemi i pożarów. Jak się właśnie dowiadujemy, 22% wszystkich zniszczeń na skutek trzęsień ziemi w USA przypada na hrabstwo Los Angeles, choć nowe budynki są już stawiane mając na uwadze te potencjalne katastrofy. Najwięcej szkód budowlanych ze wszystkich katastrof naturalnych w Stanach Zjednoczonych wywołują jednak powodzie - tu dla odmiany buduje się nieco mniej budynków niż wcześniej, a do tego konstruuje się zapory, więc ryzyko wystąpienia zagrożenia teoretycznie spada, ale wciąż występuje. Coraz bardziej niebezpieczne są jednak pożary, które w USA przybierają ekstremalne formy, a szacuje się, że nawet te obecnie bezpieczne regiony, już wkrótce takie nie będą. W latach 1992-2015 średnio 2,5 mln domów znajdowało się w odległości kilometra od takiego pożaru, co jest bardzo niepokojące. Mówiąc krótko, musimy zwracać więcej uwagi na to, gdzie budujemy, bo inaczej katastrofy staną się naszą codziennością - również w naszym kraju, bo wystarczy spojrzeć choćby na ostatnie wydarzenia z Małopolski, przez którą przetoczyła się trąba powietrzna.

Źródło: GeekWeek.pl/Earth's Future

Geekweek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL