Reklama

Lądowanie na Księżycu: Dlaczego ludzie nadal wierzą w kłamstwo?

Według badań aż 52 proc. Brytyjczyków nie wierzy, że człowiek wylądował na księżycu. Skąd bierze się popularność tej teorii spiskowej? /East News

Reklama

Postawienie pierwszego kroku na Księżycu przez Neila Armstronga to jeden z najważniejszych momentów w dziejach ludzkości. Ku zdziwieniu NASA i samego astronauty zaraz po wylądowaniu na Ziemi wielu ludzi zaczęło podważać prawdziwość tego wiekopomnego czynu.

Dla Armstronga powrót na rodzinną planetę okazał się pod wieloma względami gorszy niż pełna niebezpieczeństw podróż na srebrny glob. Z czym musiał zmagać się bohater wszystkich Ziemian nawet kilkadziesiąt lat po pamiętnej misji Apollo 11? Dlaczego teoria spiskowa o "księżycowym kłamstwie" cieszy się taką popularnością? Czy Neil faktycznie pozdrowił z powierzchni ziemskiego satelity pana Gorsky'ego?

Przeczytaj fragment książki "Pierwszy człowiek" Jamesa R. Hansena, na podstawie której powstał film z Ryanem Goslingiem:

A co z "panem Gorskym"? Tuż przed powrotem do lądownika Apollo 11 po pracach na powierzchni Księżyca Armstrong miał podobno wygłosić enigmatyczy komentarz: "Powodzenia, panie Gorsky". Niektórzy reporterzy w Centrum Kontroli Lotów uznali tę uwagę za odniesienie do pewnego sowieckiego kosmonauty. Jednak w radzieckim programie kosmicznym nie było żadnego Gorsky’ego. Na przestrzeni lat wiele osób pytało Armstronga o znaczenie jego uwagi o panu Gorskym, ale Neil zawsze tylko się uśmiechał. 

Reklama

Historia miała ciąg dalszy w 1995 roku, podczas przemówienia w Tampa na Florydzie, kiedy Armstrong nareszcie odpowiedział na pytanie dziennikarza na ten temat. Pan Gorsky w końcu umarł, więc Neil uznał, że może się wypowiedzieć. W dzieciństwie grywał z kolegą w bejsbol za domem. Po odbiciu z powietrza piłka wylądowała przed oknem sypialni sąsiadów, państwa Gorskych. Podnosząc zgubę, młody Armstrong usłyszał panią Gorsky krzyczącą do męża: "Seks oralny? Chcesz seksu oralnego?! Doczekasz się seksu oralnego, jak ten dzieciak od sąsiadów przespaceruje się po Księżycu!".

Opowieść o "panu Gorskym" zawsze wzbudza śmiech i na to właśnie liczył komik Buddy Hackett, kiedy pierwszy raz opowiedział ten żart (najwyraźniej własnego autorstwa) w The Tonight Show na NBC w okolicy 1990 roku. Pomimo łatwości, z jaką można udowodnić, że to zmyślona opowiastka, i pomimo przeróżnych internetowych prób (poszukując "Armstrong + Gorsky" otrzymamy 558 tysięcy wyników) dowiedzenia, że to wymysł, historia jest na tyle zabawna, że niezliczeni ludzie czytają ją i rozpowszechniają bez względu na źródło. "Nie ma w niej krzty prawdy. Słyszałem nawet, jak Hackett opowiadał ją podczas charytatywnego turnieju golfa".

Jeszcze za czasów Apollo 11 niektórzy byli przekonani, że lądowanie na Księżycu nigdy nie miało miejsca - że wszystkie misje były oszustwem spreparowanym przez rząd amerykański w celach politycznych. Towarzystwo Płaskiej Ziemi nie narzekało na brak członków. Jednak idea księżycowej mistyfikacji znacząco zyskała na popularności w 1977 roku przez teorię spiskową z hollywoodzkiego filmu fantastycznego Koziorożec 1, opowiadającego nie o lądowaniu na Księżycu, tylko o pierwszej załogowej misji na Marsa. W filmie NASA usiłuje ukryć wady statku kosmicznego, zmuszając jego załogę do odgrywania scen z wyprawy w studiu na pustyni, żeby wmówić światu, że ekspedycja naprawdę się odbyła. Choć film jest przeciętny, przedstawiona w nim idea rządowego spisku zawsze znajduje uznanie garstki sceptyków.

Rzecz jasna oprócz niedowiarków przekonanych, że lądowanie na Księżycu było rządowym spiskiem, są również tacy, którzy znaleźli metodę, żeby na tym zarobić. W 1999 roku Fox TV nadała "film dokumentalny" pod tytułem Conspiracy Theory: Did We Land on the Moon? [Teoria spisku: czy wylądowaliśmy na Księżycu?]. Program w dużej mierze bazował na niskobudżetowym nagraniu wyprodukowanym przez samozwańczego "reportera śledczego" z Nashville w Tennessee. 

Zatytułowany A Funny Thing Happened on the Way to the Moon [Po drodze na Księżyc stało się coś dziwnego] film insynuuje, jakoby lądowania na Księżycu były wyrafinowaną mistyfikacją, dzięki której rząd amerykański miał wygrać zimną wojnę i sprowokować rozpad Związku Radzieckiego, zmuszając Kreml do zainwestowania olbrzymich sum we własny program księżycowy, tym samym rujnując radziecką ekonomię i doprowadzając do upadku rządu.

Nic to, że każdy "dowód" wymieniony przez szukających sensacji twórców programu powtarzał te same płynące z ignorancji argumenty o Apollo, które krążyły od ponad dwu dekad: że amerykańska flaga umieszczona przez astronautów zdaje się łopotać w miejscu, gdzie nie ma wiatru; że na żadnym ze zdjęć wykonanych na powierzchni Księżyca nie widać gwiazd; że fotografie zrobione przez astronautów Apollo są po prostu "zbyt dobre", żeby były prawdziwe; że ponaddziewięćdziesięciostopniowe temperatury na powierzchni Księżyca spaliłyby film; że od gazów wylotowych silnika LM pod modułem powinien powstać krater; że nikt nie jest w stanie przedostać się przez "zabójcze promieniowanie" pasa Van Allena... i tak dalej. Niektórzy widzowie dali się nabrać sofistyce programu, innych przekonały późniejsze, jeszcze mroczniejsze wizje.

Kiedy Armstrong odpowiadał na piśmie na teorie spiskowe, zazwyczaj korzystał ze wsparcia swojej sekretarki, Vivian White, która podpisywała się pod jego oświadczeniem. Wyjaśnienie Neila było klarowne i logiczne, godne inżyniera: "W świecie nauki i technologii fakt, że loty się odbyły, jest niekwestionowany. Wszystkie szanowane stowarzyszenia naukowe potwierdzają loty i ich wyniki. Widziano załogi wsiadające do statków kosmicznych na Florydzie i widziano, jak wyławiano je z Pacyfiku. 

Loty były śledzone przez radary w wielu krajach podczas całej podróży na Księżyc i z powrotem. Załoga przesłała nagranie telewizyjne, w tym lotu nad terenem Księżyca i z jego powierzchni, zdjęcia wcześniej nieznanych, a obecnie potwierdzonych księżycowych krajobrazów. Przywiozła też próbki z powierzchni Księżyca, w tym minerały nigdy nieznalezione na Ziemi". Vivian dodawała, że "zdaniem pana Armstronga trudniejsze od lotu na Księżyc mogłoby być wyłącznie jego skuteczne sfałszowanie".

"Ludzie uwielbiają teorie spiskowe - powiedział autorowi niniejszej książki Neil. - Są do nich bardzo przywiązani. O ile sobie przypominam, po śmierci Franklina D. Roosevelta mówiono, że gdzieś się ukrywa. I oczywiście «Elvis żyje!». Zawsze, w każdej dziedzinie, jest jakiś skrajny nurt i właśnie tak bym to potraktował. To mi nie przeszkadza. Wszystko minie. Ogólnie rzecz biorąc, prawie się tego nie zauważa, jeżeli nie liczyć szumu, kiedy ktoś wyda książkę, napisze artykuł do czasopisma albo pokaże coś w telewizji". Niestety, ta teoria spiskowa chyba jeszcze długo nie dokona żywota. Według ankiety przeprowadzonej w 2016 roku przez pewien brytyjski ogólnokrajowy dziennik "52 procent Brytyjczyków nie wierzy, że ludzie wylądowali na Księżycu".

Na przestrzeni lat Armstrong miał przejścia z szaleńcami - wśród jego prywatnych papierów (obecnie w posiadaniu archiwum Purdue University) znajduje się kilka teczek, które Neil podpisał: "świry". Pełno w nich pocztówek i listów. Większość tych osobników okazała się niegroźna, ale niektórzy byli uciążliwi, wręcz wzbudzali lęk. Niekiedy Neil z rodziną musieli nawet dzwonić na policję, żeby ocenić potencjalne zagrożenie.

Najbardziej uporczywy i kłopotliwy okazał się autor filmu A Funny Thing Happened on the Way to the Moon. Natręt pojawił się z wyposażonym w kamerę asystentem kilka razy, w tym na dorocznym zebraniu udziałowców EDO Corporation w Nowym Jorku w 2001 roku. Prezes EDO James Smith tak wspomina zajście: "Pojawia się jakiś facet z Biblią i woła: «Neilu Armstrongu, czy przysięgniesz na tę oto Biblię, że poleciałeś na Księżyc?!». Zebrani od razu bardzo głośno wybuczeli intruza, ale on ciągnął: «Wszyscy inni wiedzą, że nie poleciałeś, więc dlaczego tego po prostu nie przyznasz?!». Szybko zaczęły się przepychanki, więc ja i kilku obecnych wyprowadziliśmy stamtąd Neila. Od tamtej pory na zebrania zawsze wynajmujemy ochronę".

"Gdybym miał możliwość wrócić do tamtej sytuacji - skomentował Armstrong - nie pozwoliłbym wyprowadzić się z sali. Zwróciłbym się do zebranych: «Ten człowiek sądził, że rząd Stanów Zjednoczonych wszystkich państwa oszukał, a zarazem chce korzystać z gwarantowanego przez ów rząd prawa swobody wypowiedzi»".

Kilka miesięcy po zebraniu EDO, 9 września 2002 roku, ten sam mężczyzna z Biblią w dłoni przyczepił się do Buzza Aldrina przed hotelem w Beverly Hills. Buzz, który mieszkał w Los Angeles, myślał, że przychodzi do hotelu na wywiad z japońskim kanałem edukacyjnym. Na początku Aldrin, który był z pasierbicą, próbował odpowiadać na pytania mężczyzny, potem zrobił wszystko, żeby się od niego uwolnić. 

Ale natrętny filmowiec amator wyciągnął go zaczepkami z hotelu, zarazem nakazując asystentowi, żeby nie przestawał nagrywać, kiedy woła do Buzza: "Jesteś tchórzem i kłamcą!". Doprowadzony do ostateczności siedemdziesięciodwuletni ważący 72 kilogramy Aldrin powalił stukilowego trzydziestosiedmiolatka szybkim lewym sierpowym w szczękę. 

Mieszkaniec Nashville poszedł na policję, ale obejrzawszy jego własne nagranie zajścia, prokurator okręgowy Los Angeles dość stanowczo odmówił wszczęcia postępowania. Samozwańczy "poszkodowany" powiedział później reporterom: "Gdybym to ja chodził po Księżycu i ktoś poprosił mnie, żebym przysiągł na Biblię, to przysiągłbym na całą stertę Biblii".

Jeszcze przed incydentami w EDO i zajściem z Aldrinem ten sam osobnik wprosił się do domu Armstrongów na przedmieściach Cincinnati. Druga żona Neila, Carol, opowiadała, co zaszło: "Neil był w biurze. Mężczyzna zapukał do drzwi, miał ze sobą dużego psa i paczkę. Otworzyłam mu i rozmawiałam przez siatkę na owady. Mężczyzna zapytał: «Zastałem Neila?». Odparłam: «Nie. Czym mogę służyć?». Otworzył sobie siatkę i po prostu wszedł, razem z psem. Oznajmił: «Chcę, żeby to podpisał», na co ja powiedziałam: «Neil nie daje już autografów». «Ale to podpisze» - stwierdził mężczyzna i wyszedł. Dopiero po paru minutach to do mnie dotarło. Byłam cała rozdygotana". 

W następnych tygodniach intruz zaczął wkładać listy i inne rzeczy do skrzynki pocztowej Armstrongów. Część materiałów miała wydźwięk religijny, lecz większość dotyczyła sfingowania lądowania na Księżycu. Miejscowa policja oświadczyła: "To przypuszczalnie nic poważnego, ale proszę przynieść taśmy i listy, żebyśmy się im przyjrzeli". Po telefonie do stacji ABC w Nashville okazało się, że mężczyzna nigdy tam nie pracował, był za to niezależnym filmowcem i prowadził firmę o nazwie ABC Video. Parę tygodni później Carol odebrała telefon od sąsiadki: "Carol, przed waszym domem od dłuższego czasu stoi zaparkowany samochód". Kiedy sąsiadka wyszła się przyjrzeć, zobaczyła na tylnym siedzeniu sporo sprzętu filmowego. "Oblężenie" trwało trzy dni, a jego finałem był pościg samochodowy z udziałem Armstrongów, intruza i policji.

Ostatni dowód niezwykłej symboliki przypisywanej Armstrongowi i jego wyprawie na Księżyc objawił się pięć lat po jego śmierci, latem 2017 roku, kiedy mała pusta płócienna torba z kilkoma drobinkami księżycowego pyłu używana przez Neila podczas prac na powierzchni Księżyca została "najcenniejszym przedmiotem związanym z eksploracją kosmosu, jaki kiedykolwiek sprzedano na aukcji". 

W czwartek 20 lipca 2017 roku, w czterdziestą ósmą rocznicę lądowania Apollo 11 na Księżycu, słynny na całym świecie dom aukcyjny Sotheby’s sprzedał torbę "na księżycowe próbki" (30,5 na 21,5 centymetra) za 1,8 miliona dolarów (krążyły pogłoski, że cena może sięgnąć nawet 4 milionów dolarów) w ramach swojej pierwszej aukcji poświęconej w całości pozostałościom po amerykańskim programie kosmicznym. (Aukcja odbywała się w nowojorskiej galerii Sotheby’s, jak również na eBayu).

Sporządzony przez Sotheby’s opis przedmiotu (pozycja numer 102) brzmiał następująco:

"[Dekontaminacyjna torba na próbki księżycowe Apollo 11] jest w istocie najrzadszym i najważniejszym przedmiotem z programu kosmicznego, jaki kiedykolwiek znalazł się na aukcji. Bezkonkurencyjny zdobywca palmy pierwszeństwa: pierwszy przedmiot, w którym zabezpieczono pierwszą księżycową próbkę, zebraną przez pierwszego człowieka na Księżycu podczas pierwszego lądowania". 

W sierpniu 2015 roku tę małą torbę z zapinaną na suwak kieszenią, używaną jako "zewnętrzna torba dekontaminacyjna", by chronić mniej więcej 500 gramów księżycowego pyłu i 12 odłamków skalnych ("próbkę awaryjną") zebranych przez Neila w pierwszej kolejności po wyjściu na Morze Spokoju, przez pomyłkę sprzedano na internetowej aukcji prowadzonej przez Gaston & Sheehan Auctioneers dla agencji United States Marshals Service, która w 2003 roku znalazła i zarekwirowała torbę podczas przeszukania garażu Maxa Ary’ego, dyrektora muzeum kosmicznego Cosmosphere w Hutchinson w Kansas.

"Nie udało się ustalić, w jaki sposób torba na próbki znalazła się w domu Maxa Ary’ego" - pisał autor artykułu na Space.com w sierpniu 2016 roku, zarazem relacjonując dwie sprawy sądowe prowadzone wówczas w celu ustalenia jej prawowitego właściciela. (Ary, który utrzymywał, że jest niewinny, spędził dwa lata w więzieniu i musiał zwrócić torbę - która jego zdaniem była częścią jego osobistej i prawowitej kolekcji pamiątek z kosmosu - żeby zmniejszyć zasądzone zadośćuczynienie w wysokości 132 274 dolarów. Dziś Ary jest dyrektorem Stafford Air & Space Muzeum w Oklahomie). 

W sierpniu 2015 roku torbę nabyła prawniczka z Illinois, Nancy Lee Carlson, zapłaciwszy za nią na aukcji zaledwie 995 dolarów. Prag nąc sprawdzić, co właściwie kupiła, Carlson skontaktowała się z Ryanem Zeig lerem, kuratorem próbek Apollo w Centrum Lotów Kosmicznych NASA im. Lyndona B. Johnsona, który nie tylko potwierdził, że pył w torbie jest autentyczny, ale też że pochodzi z Apollo 11, o czym wcześniej nie wiedziano. 

Zdając sobie sprawę z historycznego znaczenia torby na próbkę awaryjną z pierwszego lądowania człowieka na Księżycu, NASA skonfiskowała przedmiot i trzymała go pod kluczem w Centrum Lotów Kosmicznych - do chwili, kiedy sąd federalny uznał, że torba ma zostać zwrócona, jego zdaniem, prawowitej właścicielce, Nancy Lee Carlson, która, koniec końców, wystawiła ją na aukcję w Sotheby’s.

Bez wątpienia wysoka cena sławy - nawet torbie się nie upiekło - mocno naznaczyła niepowtarzalną spuściznę pierwszego człowieka na Księżycu.

INTERIA.PL/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: neil armstrong | lądowanie na księżycu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy