Reklama

W poszukiwaniu zaginionego miasta

Był styczeń 1925 roku. Na nabrzeżu w Hoboken w stanie New Jersey hulał zimny wiatr. Pułkownik Percy Harrison Fawcett spieszył się, by zdążyć na pokład liniowca płynącego do Rio de Janeiro. Szczupły, wysoki, dobiegający sześćdziesiątki angielski dżentelmen wyróżniał się spośród tłumu. Jego imię znał cały świat i cały świat chciał wiedzieć jak najwięcej o jego tajemniczej podróży.

Percy Harrison Fawcett, ostatni wielki odkrywca epoki wiktoriańskiej, przez 20 lat przemierzał dżunglę amazońską z tak skąpym ekwipunkiem, że ograniczał się niemal do maczety i kompasu. Poruszał się sprężyście i takim właśnie krokiem mógł wędrować przez dżunglę dniami i nocami, nie odczuwając zmęczenia. Miał prawdziwe poczucie misji.

Wyprawa inna niż wszystkie

Wychudzony i pokąsany przez owady, powracał z każdej podróży w dziewicze tereny z mapami właśnie odkrytego kawałka świata. Cudem wychodził cało ze spotkań z Indianami, którzy nigdy wcześniej nie mieli kontaktu ze światem zewnętrznym. Mówiono, że nie używał broni. Zaskoczony przez Indian, kazał swoim kompanom grać i śpiewać, kiedy strzały latały im nad głowami. W 1916 roku Królewskie Towarzystwo Geograficzne uhonorowało go medalem za wkład w tworzenie map Ameryki Południowej.

Wyprawa 1925 roku miała być inna niż wszystkie wcześniejsze. Tym razem jechał, by odkryć zaginioną cywilizację, odszukać miejsce, które od 500 lat nęciło poszukiwaczy - miasto przez wielu nazywane El Dorado, a przez Fawcetta - "Miasto Z".

Reklama

Tajemnica zaginionej cywilizacji

W przeciwieństwie do poprzedników, Fawcett nie był konkwistadorem ani najemnikiem. Był uczonym. Przez całe życie fascynował się Amazonią i żyjącymi w niej ludami. Zbierał informacje o kulturach plemion Amazonii, studiował ich historię i sztukę, uczył się ich języków. Przeciwstawiał się wyniszczeniu ich kultury przez kolonizację. O poważaniu, jakim się cieszył, może świadczyć fakt, że jego owianą tajemnicą wyprawę sfinansowały trzy konserwatywne instytucje - Królewskie Towarzystwo Geograficzne, Amerykańskie Towarzystwo Geograficzne i Muzeum Indian Ameryki.

Fawcett był przekonany, że gdzieś w dżungli amazońskiej istnieją ślady wysoko rozwiniętej cywilizacji, które - kiedy wreszcie zostaną odkryte - na zawsze zmienią sposób patrzenia Europy na Amerykę. Pewnego dnia, krótko po ukończeniu wyprawy w 1908 roku, w archiwum kolonialnym w Rio de Janeiro natknął się na stary, nadgryziony zębem czasu dokument zatytułowany "Historyczna relacja na temat dużego, ukrytego, starożytnego i niezamieszkałego miasta odkrytego w 1753 roku". Portugalski najemnik opisywał w nim starożytne ruiny, które ujrzał po wielu dniach wędrówki górskimi ścieżkami. Zobaczył kamienne łuki, statuy, szerokie drogi, świątynie z hieroglifami. Dla Fawcetta był to wystarczający dowód, że Amazonia kryje tajemnicę zaginionej cywilizacji.

"Nie musisz się obawiać niepowodzeń"

Do swojej ostatniej i najważniejszej wyprawy Anglik przygotował się bardzo starannie; zadbał nie tylko o ekwipunek i dobór towarzyszy podroży (wyruszył z nim dorosły syn Jack i jego najbliższy przyjaciel Raleigh), ale również o zachowanie tajemnicy. Pułkownik, weteran bitwy nad Sommą i były brytyjski szpieg, obawiał się, że ktoś go ubiegnie. Lęk, graniczący z obsesją, nie był wcale bezzasadny. W tym samym czasie do Amazonii wyruszył milioner Alexander Hamilton Rice, amerykański lekarz i geograf, wyposażony w sprzęt, o jakim Fawcett mógł tylko marzyć. Podróżnik bał się, że zostanie drugim Robertem Falconem Scottem, którego Roald Amundsen ubiegł o 33 dni w wyścigu do bieguna południowego. Nikomu, nawet żonie, nie zdradził planu podróży ani trasy, jaką chciał przemierzyć. Co więcej, w dokumentach z wyprawy, którymi opiekował się jego drugi syn Brian, celowo pojawiły się wprowadzające w błąd wskazówki.

Z listów Fawcetta wiemy, że wyprawa do "Z" zaczęła się 20 kwietnia 1925 roku. Wyruszono z miejscowości Cuiaba w Brazylii. Trzem Anglikom towarzyszyło dwóch brazylijskich pomocników. Zabrali ze sobą muły, konie i parę psów. Poza jedzeniem, sprzętem i lekami, Fawcett wziął jeszcze jedną, przedziwną rzecz. Była to figura bożka z oczami w kształcie migdałów i hieroglifami na piersi. Figurka trafiła w ręce podróżnika już w Brazylii. Miał to być relikt z "Z".

Wśród piranii i jeszcze gorszych kandryn

W dżungli Fawcett prowadził, torując drogę ogromną maczetą. Szedł szybko, pozostawiając daleko w tyle Jacka z przyjacielem. Z każdym dniem droga stawała się coraz trudniejsza. Sawanna zamieniła się w gęsty las równikowy o miękkim, błotnistym podłożu. Brodząc po pas w wodzie, podróżnicy musieli uważać na piranie i małe ryby kandyry, które wślizgują się przez naturalne otwory w ciałach ludzi i zwierząt. Jak pisał Fawcett, jeśli kandyra przedostanie się do wnętrza człowieka, nie można jej już wyciągnąć.

Po miesiącu dotarli do Bakairi Post, osady plemienia Bakairi, które w tamtym czasie rząd brazylijski starał się "ucywilizować". Fawcett pisał, że rdzenni mieszkańcy Amazonii byli wyniszczeni przez obcy im tryb życia oraz ciężką (i darmową) pracę na roli. Tam 19 maja Jack obchodził swoje urodziny. W kilka dni później szczęśliwie dotarli do ostatniego punktu, w którym kiedykolwiek stanęła noga białego człowieka, a był nim sam Fawcett. Pięć lat wcześniej podróżnik podjął swoją pierwszą próbę odkrycia "Z", ale z powodu wykorzystania zapasów i śmierci konia zawrócił, nadając miejscu nazwę Dead Horse Camp (Obóz Martwego Konia).

Fawcett odesłał pomocników i zwierzęta. Zostawił tylko najbardziej niezbędne sprzęty. Mijało właśnie pięć miesięcy od rozpoczęcia wyprawy, którą dzięki wysyłanym na bieżąco depeszom prasowym śledził cały świat. Fawcett - jak co wieczór - napisał kilka depesz i list do żony, którego ostatnie słowa brzmiały: "Nie musisz się obawiać żadnych niepowodzeń". Był to ostatni wieczór w życiu poszukiwacza "Miasta Z", o którym cokolwiek wiemy.

"Klub samobójców"

Po dwóch latach, podczas których Fawcett nie dawał znaku życia, Królewskie Towarzystwo Geograficzne postanowiło zorganizować wyprawę ratunkową. Wyruszyła w 1928 roku, prowadzona przez George'a M. Dyotta, byłego komendanta Brytyjskich Sił Powietrznych, który wcześniej już odbywał wyprawy do dżungli amazońskiej. Dyott dał ogłoszenie w prasie, poszukując ochotników. Zgłosiło się 20 tys. osób. Ostatecznie ekipa składała się z 26 członków. Brazylijscy przewodnicy od razu nazwali ich "klubem samobójców".

Dyottowi udało się dotrzeć do miejsca, z którego po raz ostatni Fawcett wysyłał depesze. Podróżnik zauważył na drzewach ślady w kształcie litery Y. Sądził, że zostały zostawione przez Fawcetta.

Jeden z Indian o imieniu Bernardino zgodził się poprowadzić Dyotta aż do osady Nahukwa. Tam z kolei podróżnik dostrzegł, że jedno z dzieci wodza plemienia Aloique'a nosi na szyi blaszkę z wygrawerowanym napisem "W. S. Silver and Company". W jego domu zobaczył wojskową skrzynię. Aloique, który od początku nie wydawał się przyjaźnie nastawiony, na migi tłumaczył, że to prezenty, ale Dyott stawał się coraz bardziej podejrzliwy. Kiedy jeden z Indian doniósł mu, że Aloique planuje go zamordować, Dyott był już pewien, że znalazł zabójcę Fawcetta. Po wielu perypetiach "klub samobójców" wycieńczony głodem i chorobami wyszedł z dżungli, by poinformować świat o swoich odkryciach.

Odpowiedź zna tylko dżungla

Po ogłoszeniu rewelacji Dyotta rodzina Fawcetta odrzuciła przedstawioną wersję zdarzeń. Odnalezienie Fawcetta żywego bądź martwego stało się ambicją poszukiwaczy i śmiałków różnego pokroju. W 1932 roku szwajcarski myśliwy Stefan Rattin doniósł w wysyłanych z Amazonii depeszach, że widział białego starszego człowieka, który był więźniem Indian. Trudno powiedzieć, czy była to prawda, ponieważ autor informacji zaginął. Rok później ten sam los spotkał kolejnego poszukiwacza. Później doniesiono, że został zabity przez Indian Kamayura.

Łącznie na poszukiwania Fawcetta wyruszyło około 100 amatorów, z których żaden nie powrócił z dżungli. W rezultacie rząd brazylijski zakazał wypraw. Pojawiły się też opowieści o białym dziecku, żyjącym wśród Indian, które miało być synem Jacka Fawcetta. Informacja została sprawdzona. Okazało się, że dziecko jest po prostu albinosem. Żona Percy'ego Fawcetta odrzucała wszystkie fantastyczne doniesienia i jeszcze w 1950 roku mówiła reporterom, że ciągle wierzy w powrót męża i syna. Wreszcie w 1951 roku brazylijski urzędnik rządowy ogłosił, że zostały znalezione kości Fawcetta, a Indianie Kalapalo przyznali się do jego zamordowania.

W kilka lat później śladami angielskiego pułkownika zaczęli wędrować innego rodzaju poszukiwacze: spirytualiści i wyznawcy okultyzmu. Wyprawa Fawcetta obrosła nową legendą. Miał on jakoby odnaleźć zaginione "Miasto Z", które okazało się portalem, prowadzącym do innego świata. W latach 60. XX wieku powstało wiele sekt, których wyznawcy uważali Fawcetta za boga.

Co wiedzą Kalapalo?

Na pytania dotyczące ostatniej wyprawy Fawcetta próbował odpowiedzieć amerykański dziennikarz David Grann. W 2005 roku dotarł do osady Indian Kalapalo, domniemanych zabójców pułkownika, zamieszkujących region będący dziś Parkiem Narodowym Xingu. Idianie twierdzili, że "jest wiele rzeczy dotyczących Anglika, o których wiedzą tylko Kalapalo". Jeden z Indian o imieniu Vajuvi, który został przewodnikiem Granna, zaprowadził go do miejsca, gdzie przed laty odkopano słynne kości. "One nie należały do Fawcetta, tylko do mojego dziadka" - wyjaśnił. Według Indianina, za znalezienie kości podróżnika Indianom obiecano broń. Kalapalo szybko wykopali ciało dziadka Vajuvi i zakopali je nad rzeką.

Vajuvi opowiedział Grannowi historię trzech białych ludzi, przekazywaną ustnie z pokolenia na pokolenie. Mężczyźni dotarli do osady Kalapalo wycieńczeni i głodni. Mieli ze sobą bardzo niewiele rzeczy. Indianie ugościli ich, a Fawcett (bo musi chodzić właśnie o niego) podarował im w zamian haki do łowienia ryb. Krótko potem wyruszyli na wschód, mimo że zostali ostrzeżeni przed wrogimi plemionami. Przez kolejne wieczory Kalapalo obserwowali pojawiającą się na horyzoncie smugę dymu z ogniska - znak, że trzej wędrowcy nadal żyją. Jednak piątego dnia dym już się nie pojawił. Grupa Kalapalo wyruszyła na ratunek, ale nie odnalazła żadnych śladów Anglików.

Fawcett i jego dwaj młodzi towarzysze najprawdopodobniej zginęli z rąk plemienia Suyas. "Trudno uwierzyć, że przy tak znakomitej orientacji w dżungli i latach doświadczeń, jak w niej przeżyć, Fawcett mógłby zginąć z głodu" - pisze Grann w swojej bestsellerowej książce "Zaginione Miasto Z". Jak naprawdę zginął, wie tylko dżungla.

Indiańska metropolia

Archeolog Michael Heckenberger z University of Florida zna jak własną kieszeń obszar Amazonii eksplorowany przez Fawcetta. Od kilkunastu lat żyje wśród Indian Kuikuro i zgodnie z tradycją został zaadaptowany przez wodza plemienia. Niestrudzenie prowadzi badania naukowe, wierząc, jako jeden z niewielu archeologów, w istnienie zaawansowanej cywilizacji w sercu Amazonii.

Heckenberger zawsze był zafascynowany Percym Fawcettem. Amazonia przed przybyciem Europejczyków nie była obszarem dziewiczym. Gęsta dżungla przez wiele setek lat była siedzibą rozwiniętej cywilizacji, uprawiającej ziemię, wytwarzającej ceramikę, posiadającej bogatą kulturę i wierzenia. W górnej części rzeki Xingu, na płaskowyżu Mato Grosso, dokładnie tam, dokąd udał się Fawcett i skąd już nie powrócił, Heckenberger odkrył ślady osiedli ludzkich połączonych regularnym systemem dróg. Osady były autonomiczne, ale dzieliły ze sobą wspólne zasady postępowania, kulturę i tradycje. Sieć mniejszych i większych wiosek rozprzestrzenia się na obszarze 250 km kwadratowych.

Każda z osad była skupiona wokół dużego, kolistego placu o średnicy 150 m. Sposób budowania indiańskich wiosek pozostał do dziś taki sam, co świadczy o ciągłości kultury i tradycji. Do dziś Kalapalo czy Kuikuro w ten sposób budują swoje osiedla i wytwarzają ceramikę do złudzenia przypominającą tę odnajdywaną przez archeologów.

Miliony ludzi mogły mieszkać w dżungli

Cywilizacja amazońska może mieć nawet 1500 lat. Okres świetności przeżywała między połową XIII a połową XVII wieku n.e. Kompleks mniejszych i większych miasteczek i wiosek mógł liczyć kilka tysięcy mieszkańców, co można porównać do miast i osad średniowiecznej Europy. Całe dotychczas odkryte terytorium ze śladami osadnictwa rozciąga się na obszarze 20 tys. km2 i mogło je - we wspomnianym okresie świetności - zamieszkiwać ponad 50 tys. ludzi. Miasteczka były otoczone drewnianymi ogrodzeniami. Choć przez długi czas archeolodzy uważali, że w Amazonii żyły tylko plemiona łowiecko-zbierackie, dziś już wiemy, że w czasach prekolumbijskich uprawiano tam maniok i zboża. Łatwo rozpoznać to po składzie gleby. Ta, która była kiedyś częścią pól uprawnych, została użyźniona kompostem albo odchodami. Na terenach podmokłych hodowano ryby, o czym świadczą pozostałości po tamach i sztucznych stawach.

Po publikacjach Heckenbergera w periodykach naukowych (w tym kilkukrotnie w prestiżowym "Science") coraz więcej archeologów, geologów, etnografów zaczęło interesować się zaginioną cywilizacją Amazonii. Obecnie uważa się, że niedostępną dżunglę mogły zamieszkiwać miliony ludzi, o czym świadczą rozległe obszary użyźnionej gleby, przeznaczonej w przeszłości pod uprawę.

Angelina i Brad chcą nakręcić film

Odnalezienie zaginionej cywilizacji, którą porównuje się z państwem Majów, Azteków czy Inków, stało się możliwe również dzięki współczesnej technice - fotografiom satelitarnym. Czy tego właśnie szukał pułkownik Percy Harrison Fawcett, wędrując przez dżunglę z maczetą i kompasem? Czy dotarł tam, gdzie Heckenberger dokonał swoich odkryć?

Historia legendarnego podróżnika wkrótce odżyje po raz kolejny, tym razem dzięki Hollywood. Kiedy kilka lat temu w tygodniku "New Yorker" David Grann opublikował obszerny artykuł przedstawiający historię Fawcetta, niezwykłym podróżnikiem zainteresował się aktor Brad Pitt. Po wymianie korespondencji z reżyserem Jamesem Grayem, obaj zaczęli pracę nad scenariuszem. Brad Pitt, który zagrał już takich bohaterów jak Achilles czy Jesse James, zapragnął wcielić się w rolę poszukiwacza "Miasta Z". I tak jak Percy Fawcett stał się pierwowzorem Indiany Jonesa, tak teraz Brad Pitt ma szansę został drugim Harrisonem Fordem. Kilka miesięcy temu razem z Angeliną Jolie i dziećmi przeprowadził się do Brazylii, gdzie kręcono zdjęcia. Film ma wejść na ekrany w 2011 roku.

Aleksandra Postoła, dziennikarka popularyzująca naukę

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy