Reklama

Największy z fanatyków. Szalony kibol, który budzi szacunek

​Jeśli przyjąć, że futbol to religia, to on jest najzagorzalszym jej wyznawcą. Delneri Martins Viana to emerytowany żołnierz. Ma 69 lat i na swoim ciele 83 tatuaże. Większość dedykowana Botafogo - ukochanemu klubowi z brazylijskiego Rio De Janeiro.

Nawet jeśli nie byliście nigdy w Brazylii, to możecie się domyślać, jak w kraju kawy traktowany jest futbol. Powiedzieć, że to kwestia życia i śmierci, to nie powiedzieć nic. Piłka nożna jest tam o wiele ważniejsza, a tacy ludzie, jak Delneri Martins, to chodzące dowody na potwierdzenie tych słów.

"Jestem najbardziej fanatycznym z fanatyków" - mówi o sobie 69-latek. Zresztą - nie musi tego mówić - wystarczy na niego popatrzeć. Całe ciało ozdobił tatuażami. Większość z nich dedykowana miłości jego życia - Botafogo. Jednemu z czterech wielkich klubów Rio.

Viana wyjaśnia, że w Brazylii wszyscy żyją futbolem. Oddychają nim jak powietrzem. To naturalny temat do rozmowy dla każdego. Większość to pasjonaci, ale nawet ci, którzy nie lubią piłki nie pozostają wobec niej obojętni.

Futbolowa pasja przybiera najróżniejsze kształty. Zdarzają się rodzice, którzy jeszcze przed chrztem swoich pociech rejestrują je w bazie kibiców. Pewien kibic złożył przysięgę, że każdego dnia, do końca życia, będzie przywdziewał barwy swojej drużyny. Delneri Martins poszedł jeszcze dalej...

Reklama

"Urodziłem się Botafoguense (kibic Botafogo - przyp. red), dlatego noszę swoje serce na skórze" - wyjaśnia obrazowo wąsaty jegomość.
Viana urodził się w małej wiosce na południu kraju i jako młody chłopak nie przypuszczał, że pewnego dnia trafi do Rio. Los sprawił jednak, że w wieku 23 lat  jako żołnierz przybył do "Wspaniałego miasta" i przywdział czarno-białe barwy drużyny Garrinchy.
"Do dziś nie ma nic innego w mojej garderobie" - mówi z dumą. I podkreśla, że robi, co w jego mocy, by zaliczyć każdy mecz "Fogao". Czy to u siebie, czy na wyjeździe.
Kiedy jest już na stadionie, zajmuje swoje miejsce na trybunie. Ubrany jest w czarno-białe szorty i klapki w klubowych barwach. Koszulka nie jest mu potrzebna. Wszak klubowe sztandary wytatuowane ma na ciele.

69-latek na stadionie Estadio Engenhao jest już swego rodzaju celebrytą. Mówią o nim "ten wytatuowany". Nie ma meczu, żeby ktoś nie podszedł z prośbą o wspólne zdjęcie, czy choćby uścisk dłoni. Jego szaleństwo wielu się podoba, a za ogromne oddanie inni kibice darzą go szacunkiem.

Godzien podziwu jest pietyzm, z jakim przygotowuje się do każdego meczu. Klubowe barwy zdobią nawet jego... paznokcie, które najpierw maluje na czarno, a potem nakłada na nie białe gwiazdy. 20 białych gwiazd. Po jednej na każdy paznokieć. Nie obraża się, gdy wołają na niego "torcedor doente" (szalony kibol).

Delneri swój pierwszy tatuaż zrobił sobie 14 lat temu i zadedykował go Garrinchy - legendarnemu piłkarzowi Botafogo. Spodobało mu się to na tyle, że stał się jednym z najlepszych klientów salonów tatuażu. Dziś ma na ciele łącznie 83 "dziary" - od herbów, poprzez hasła sławiące "Fogao", aż po słowa klubowego hymnu. Jeden z tatuaży poświęcił nawet Bribie - psu właściciela klubu, który rzekomo przynosił szczęście drużynie.

Powiecie, że to głupi przesąd? Ale tacy właśnie są kibice. Wierzą w przesądy, amulety i inne dziwne zwyczaje. Córka Delneriego, Glaucia, nie zajmie swojego miejsca na trybunie, dopóki nie założy ulubionej koszulki Botafogo. Tylko wtedy czuje, że cały rytuał został wykonany prawidłowo.

44-letnia Glaucia i jej o sześć lat młodsza siostra Marcela również mają swoje tatuaże. Nie tyle jednak, co ich ojciec. Raptem po pięć. Ale tak jak senior rodu, starają się nie opuścić żadnego ze spotkań ukochanej drużyny.

"Miałam sześć lat, gdy po raz pierwszy poszłam na mecz na Maracanę. Nauczyłam się kochać mój klub tak, jak mój ojciec. Teraz to także moja pasja" - mówi Glaucia, której facebookowa strona fanów Botafogo zrzesza ponad 2800 fanów.

Nie odosobniona w całym szaleństwie jest Malvina Gonalves - żona Delnerego. Rzadziej odwiedza stadion, za to od 45 lat trzyma pieczę nad domem, który jest istną świątynią Botafogo.

"Witamy. Ale prosimy nie mówić źle o Botafogo" - głosi napis zawieszony na drzwiach wejściowych Viany. Wewnątrz dom wykończony jest na czarno-biało i obwieszony plakatami drużyny. Gości, merdając wesoło ogonem, wita pies. To Garrincha Loco Abreu. Nazwany oczywiście na cześć byłych piłkarzy "Fogao".

"Czasem myślę, że bardziej kochamy nasz klub, niż siebie samych" - śmieje się Malvina. Delneri nie zgadza się i zapewnia, że żona jest dla niego najważniejsza.

"Ale Botafogo jest na drugim miejscu. Bardzo bliziutko" - puszcza oko najbardziej fanatyczny kibic w Rio De Janeiro.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy