Reklama

Marynarka Wojenna. Jak wygląda po czterech latach rządów PiS?

Fregata rakietowa ORP "Gen. Kazimierz Pułaski" po dziesięciu latach przerwy wróciła do Sił Odpowiedzi NATO. Podarowane przez Amerykanów okręty stanowią największą silę Marynarki Wojennej RP / Łukasz Dejnarowicz /Agencja FORUM

Reklama

Jesienią 2015 roku rządy w Ministerstwie Obrony Narodowej objął Antoni Macierewicz, jego następcą, w styczniu 2018 roku, został Mariusz Błaszczak. Jak wyglądały cztery lata w Marynarce Wojennej RP pod rządami Prawa i Sprawiedliwości?

Kiedy Antoni Macierewicz obejmował stanowisko ministra Obrony Narodowej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości powiedział, że "Cały obraz tego co zrobiono z wojskiem polskim jest tragiczny". Obraz nie był faktycznie dobry, bo lata zaniedbań ministrów z czasów pierwszego rządu PiS i koalicji PO-PSL dawały się we znaki. Tymczasem zamiast naprawić sytuację wojska, Antoni Macierewicz wprowadził je w jeszcze większy kryzys.

Tuż po objęciu stanowiska Macierewicz skrytykował dwa najważniejsze programy ówczesnego Planu Modernizacji Technicznej - zakup śmigłowców wielozadaniowych, który wkrótce został anulowany i zakup systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu, kryptonim "Wisła". Ten pierwszy w szczególności dotknął Marynarki Wojennej.

Reklama

Unieważniony przetarg

Przypomnijmy: Polska miała kupić 50 śmigłowców caracal. 19 z nich miało zostać zbudowanych we Francji, przy współudziale polskich pracowników. Pozostałe 31 w Polsce, w nowej fabryce w Łodzi. Aby dotrzymać wymagań strony polskiej, brakujące 19 maszyn miało być wybudowane w Polsce z przeznaczeniem na eksport, np. do Kuwejtu, czy Singapuru. Brazylijczycy otworzyli produkcję caracali we własnych fabrykach. Pierwsze miały trafić do Polski w ostatnim kwartale 2017 roku.

Francuzi rozpoczęli produkcję, tymczasem 4 października 2016 roku Ministerstwo Rozwoju wydało komunikat: "Polska uznaje za zakończone negocjacje umowy offsetowej z Airbus Helicopters związanej z kontraktem na zakup śmigłowców wielozadaniowych caracal dla polskiej armii. Kontrahent nie przedstawił oferty offsetowej zabezpieczającej w należyty sposób interes ekonomiczny i bezpieczeństwo państwa polskiego. Wysokość kontraktu to ok. 13,5 mld zł. Co najmniej tyle samo powinna wynieść wartość zobowiązań offsetowych spełniających cele określone w ustawie offsetowej. (...)"

Negocjacje zerwano. Jednym z najczęściej podawanych argumentów była cena śmigłowców, którą określono na 13,5 mld zł za 50 śmigłowców wraz z offsetem, pakietem gwarantującym zamrożenie ceny części zamiennych na 30 lat, pakiet szkoleniowy wraz z symulatorami lotu.

Wszystkie obietnice

Po zerwaniu rozmów padały kolejne obietnice: minister Macierewicz zapowiedział zakup śmigłowców black hawk z dostawą do końca 2016 roku. Miał też zostać podpisany kontrakt z PZL Mielec. Minister mówił wówczas w mieleckiej fabryce:

"Z tyłu za mną stoi egzemplarz śmigłowca Black Hawk. Już niedługo, mam nadzieję, takimi śmigłowcami będą latały polskie siły specjalne. Po dzisiejszej rozmowie z panem prezesem wiem, że mogę spokojnie powiedzieć, że jeszcze w tym roku i w tym tygodniu rozpoczną się rozmowy, w tym roku uzyskają one swoje zwieńczenie. (...) Już z tego co wiem w tym roku pierwsze śmigłowce, pozwalające na realizację ćwiczeń przez siły specjalne, zostaną im dostarczone. To pokazuje jakim potencjałem Polska dysponuje, to pokazuje jakim potencjałem Mielec dysponuje". Mówił wówczas o zakupie 21 śmigłowców black hawk.


W kolejnych tygodniach i miesiącach padały następne obietnice: do końca 2017 roku do Polski ma trafić pierwsze osiem śmigłowców z puli przynajmniej 50-70. Już tydzień później obiecano, że pierwsze śmigłowce trafią do armii w 2018 roku i będzie ich w sumie 50. Niestety już kilka dni później Macierewicz poinformował, że jego obietnica zakupu 21 śmigłowców "nigdy nie była aktualna".

- Na tej samej zasadzie można powiedzieć, że ogłosiłem zakup w Świdniku od firmy Leonardo. Tak samo można powiedzieć, że ogłosiłem zakup od Airbusa - mówił na antenie TVP.

18 stycznia 2017 roku MON poinformował, że planuje zakupić po 8 maszyn dla Wojsk Specjalnych i Marynarki Wojennej. Wówczas Antoni Macierewicz mówił, że:

- My do tej liczby łącznie 50 śmigłowców dojdziemy po pierwsze szybciej, po drugie mniejszymi kosztami, a po trzecie z lepszymi skutkami bojowymi, bo dla każdego wymagania będą inne, do tego dostosowane śmigłowce, a nie dla wszystkich - różnorodnych przecież - zadań ta sama, jak to się ładnie mówi, platforma, co oznacza, że po pierwsze się przepłaca, a po drugie - dany rodzaj wojsk nie ma dostatecznie dobrze dostosowanego sprzętu, bo on spełniają ogólne zadania, nie spełnia nigdy tych właśnie konkretnych.

Do dziś nie ma ani jednego z zamówionych śmigłowców, a zgodnie z unieważnioną przez MON umową wojsko do końca roku miało otrzymać prawie 40 maszyn, w tym pierwsze dla Marynarki Wojennej.

AW101

Dopiero 26 kwietnia 2019 roku minister Błaszczak podpisał w imieniu rządu umowę na zakup czterech śmigłowców AW101 dla Marynarki Wojennej. Cztery śmigłowce będą kosztowały 1.65 mld PLN. Cena obejmuje śmigłowce wraz z pakietem logistycznym, szkoleniowym i sprzętem medycznym. Jak informuje MON na Twitterze: "Zawarta dziś umowa dotyczy dostawy czterech śmigłowców AW101 przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) wyposażonych dodatkowo w sprzęt medyczny pozwalający na prowadzenie akcji poszukiwawczo-ratowniczych CSAR - bojowego poszukiwania i ratownictwa".

Licząc koszt zakupu śmigłowca podobnie, jak to robili politycy PiS cztery lata temu w przypadku śmigłowców caracal: dzieląc koszt zakupu przez ilość kupionych śmigłowców Polska musi zapłacić 412 mln PLN za jedną sztukę.

Offset obejmuje m.in., żeby wymienić te najistotniejsze elementy: przekazanie wiedzy i umiejętności, które zezwolą na przeprowadzenie czynności przygotowawczych, wstępnych przedlotowych, startowych i polotowych, jak również demontażu, montażu i sprawdzania systemów, instalacji i układów śmigłowca AW101, wykonywanie obsługi technicznej systemów: pław radio- i hydroakustycznych, łączności i sygnalizacji. Producent przekaże także informacje dotyczące umiejętności wyważania śmigłowca i technologii zdejmowania i nanoszenia powłok malarskich.

Śmigłowce będą produkowane w Yeovil w Anglii i we włoskim Vergiate koło Mediolanu. Należąca do spółki fabryka w Świdniku wyprodukuje jedynie zespoły owiewek silników i przekładni, wyposażenie kabiny pilotów: płytę sufitową, puste przedziały awioniki z drzwiczkami, płytę tablicy rozrządu oraz konsole pulpitów. Wszystkie te elementy bez wyposażenia elektronicznego. Ponadto Świdnik wyprodukuje elementy konstrukcyjne śmigłowca: przegrodę i owiewkę nosową oraz tylną część kadłuba, wraz z opcjonalną rampą.

Jak widać za zakupem zaledwie czterech śmigłowców nie stoi ani zwiększenie potencjału polskich WZL w Łodzi, ani transfer technologii. Ponadto Włosi nie przeniosą dla tak nikłej liczby maszyn produkcji do swoich zakładów w Świdniku. W dodatku MON nie zapewnił zapasu części, a szkolenie będzie prowadzone zagranicą, co dodatkowo podniesie koszt eksploatacji tak niewielkiej floty. Pomija się także inną istotną kwestię: AW101 to jedne z najdroższych maszyn w utrzymaniu. Brytyjski rząd poinformował kilka lat temu, że koszt godziny lotu posiadanych przez Royal Navy AW101 wynosi 42 tysiące funtów.

Epopeja dotycząca śmigłowców ciągnie się do dziś, bo zakup homeopatycznej ilości śmigłowców dla Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej nie rozwiązuje problemu, a ze względu na mikrofloty, brak unifikacji typów, brak spójnego systemu szkolenia i zaplecza technicznego, jeszcze bardziej go potęguje.

Służby prasowe MON dwoją się i troją, aby do opinii publicznej docierały jedynie pozytywne przekazy - Wojsko Polskie otrzyma najnowocześniejsze śmigłowce. I tak to prawda. Niestety skrzętnie pomijane są niewygodne aspekty - brak przejrzystości postępowania, tragiczny stan gotowości śmigłowców w eskadrach, wszechobecna paranoja dotycząca tajności każdego elementu wyposażenia i jego obecności na pokładzie.

Jedyne takie na świecie

Ministerstwo informowało, że planuje zakup śmigłowców, które będą łączyły funkcje ratunkowe i zwalczania okrętów podwodnych. Marynarze służący w Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej zauważają, że jest to absurdalny pomysł. Sonary, boje, a także wyposażenie elektroniczne zajmuje bardzo dużo miejsca. W takim przypadku nie byłoby miejsca dla wyposażenia ratunkowego i samych pacjentów.

Oznacza to, że śmigłowiec może prowadzić albo misje ratunkowe, albo misje przeciw okrętom podwodnym, co przy zakupie czterech śmigłowców jest właściwie niewykonalne. Marynarka Wojenna albo straci zdolności ZOP, albo SAR, gdyż nie można w kilka chwil zdemontować jednego rodzaju wyposażenia, aby zamontować inne.

Ministerstwo Obrony Narodowej niestety nie precyzuje, w jaki sposób śmigłowce będą łączyły funkcje ZOP i SAR oraz ilu, ewentualnie, rozbitków śmigłowiec będzie mógł podjąć, w wersji ZOP z wyposażeniem do misji CSAR.

Orka na ugorze

W styczniu 2017 roku Antoni Macierewicz zapowiedział, że "skupimy się również na kwestiach związanych z obroną naszego morza, obroną Bałtyku. Zostanie zawarty kontrakt na łodzie podwodne". W maju ubiegłego roku, wiceminister Kownacki zapowiedział, że do podpisania umowy dzielą Polskę tygodnie.

W wywiadzie z września 2017 roku dla "Naszego Dziennika" Macierewicz mówił: "Są różni oferenci: Szwedzi, Niemcy i właśnie Francuzi. Każda z tych ofert ma swoje zalety i strony słabsze. Silną stroną propozycji francuskiej jest to, że oferuje zarówno okręt podwodny, jak i rakiety manewrujące. Prezentacja możliwości rakiet francuskiej firmy MBDA była bardzo interesująca, zwłaszcza jeśli chodzi o ich skuteczność".

Jak podkreślił minister: "Zarówno Szwedzi, jak i Niemcy oferują okręty, do których trzeba byłoby dokupować osobno rakiety i je integrować, co jest zawsze kosztowne i dyskusyjne. Słabszą stroną Francji jest to, że w odróżnieniu od Niemców nie byłby możliwy pełny serwis z ich własnymi jednostkami, bo akurat okrętów typu Skorpene francuska marynarka nie używa". Umowa miała być podpisana do końca 2017 roku. Nie została.

Po objęciu stanowiska przez Mariusza Błaszczaka, ten również deklarował, że program Orka jest priorytetowy, jednak już 2 maja 2018 roku Ministerstwo Obrony Narodowej, w odpo­wie­dzi na inter­pe­la­cję Adama Andruszkiewicza, poin­for­mo­wało, że pro­gram zakupu nowych okrę­tów pod­wod­nych został prze­su­nięty na bliżej nieokreślony termin po 2022 roku.

Najstarsze w Europie

Na początku 2015 roku pisałem, że Kobbeny będą służyć maksymalnie do końca 2016 roku. Podobnego zdania był admirał floty (w st. spocz.) Jędrzej Czajkowski, który twierdził w wywiadzie dla "Polski Zbrojnej", że:

"Największym problemem jest brak części zamiennych. Norwegowie przekazali wszystkie części zamienne, jakie posiadali, a nikt inny na świecie takich nie ma, więc kupić ich nie można. Części dorabiane są złej jakości, a to w przypadku okrętu podowdnego jest niedopuszczalne. Tu nie ma ważnych i mniej ważnych części. Bo wszystkie zapewniają możliwość operowania pod wodą, szczelność okrętu, możliwości zanurzania i wynurzania, osuszanie, odwadnianie, wentylację, ratownictwo. Ale nigdzie już takich nie ma i nie można ich już nigdzie kupić."

Mimo szumnych zapowiedzi obu ministrów, rząd PiS ponownie wykazał się wolą destrukcji i jeśli nie zostaną wydzierżawione jednostki, na których marynarze mogliby podtrzymywać umiejętności, to za cztery lata problemem będzie brak wyszkolonych załóg. Odsunięcie zakupu okrętów podwodnych na lata po 2022 roku oznacza, że wcielenie do służby pierwszej jednostki będzie w takiej sytuacji możliwe w latach 2028-2029. Oznacza to, że bez kolejnych rozwiązań pomostowych Polska pierwszy raz od 30 kwietnia 1932 roku nie będzie posiadała w linii okrętów podwodnych.

"Kobbeny" są obecnie najstarszymi okrętami podwodnymi znajdującymi się w Europie w linii. W ciągu najbliższych dwóch lat mają i powinny być wycofane ostatnie znajdujące się w linii okręty tego typu. Norwegowie swoje niezmodernizowane Kobbeny wycofali w latach 1991-1992, pozostałe używali do szkolenia i ostatecznie przekazali Polsce w latach 2002-2003.

Na razie ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia, a żadna z polskich stoczni nie chce się podjąć remontu wysłużonych mechanizmów - wyrzutni torpedowych, baterii akumulatorów.

W nie lepszej sytuacji jest najmłodszy z okrętów, "Orzeł", był remontowany po niedawnym pożarze. Nadal ma niesprawne m.in. peryskopy, hydroakustykę i wyrzutnie torped. Nadal też nie znalazł się żaden podmiot, który byłby chętny do przeprowadzenia wymaganych napraw.

Uderzeniowa mrzonka

Planowano także, że w 2015 roku bandera zostanie opuszczona na fregacie "Gen. Tadeusz Kościuszko". Dwa lata później flotę miał opuścić też "Kaszub". Planowano, że dzięki ograniczonej modernizacji fregata ORP "Gen. Kazimierz Pułaski" będzie mogła służyć do 2025 roku. Małe okręty rakietowe typu "Orkan" do 2030 roku. Na razie planuje się, że zostanie przeprowadzona ich poważna modernizacja polegająca m.in. na wymianie napędu i armaty AK-176M kalibru 76 mm. Dziś jedynie ten ostatni projekt ma szansę na realizację.

W ramach Planu Modernizacji Technicznej planowano, że "Orkany" miały zostać zastąpione przez okręty obrony wybrzeża "Miecznik" i okręty patrolowe z funkcją zwalczania min "Czapla". Niestety oba programy zostały zamrożone, a właściwie wyrzucono je do kosza. Według Inspektoratu Uzbrojenia "Miecznik" został przesunięty z 2017 roku na 2024, a "Czapla" z 2020 na 2022 rok.

Właściwie to "Miecznik" i "Czapla" nie istnieją nawet na papierze. Są to na razie koncepcje, nad którymi się pracuje. A prace koncepcyjne, analizy, demonstratory z dykty to, jak pokazały doświadczenia PL-01, "Andersa", "Borsuka" i wielu innych, specjalność polskiego przemysłu zbrojeniowego. Jedyną stocznią, która mogłaby się podjąć budowy fregaty to Remontowa Shipbuilding w kooperacji z zagranicznym podmiotem. Patrząc jednak na perypetie przy finansowaniu budowy "Ślązaka" ze strony rządowej, nie wróży to dobrze takiemu rozwiązaniu.

Może to oznaczać, że jeśli faktycznie wówczas rozpocznie się realizacja projektów, to "Orkany" będą już po trzydziestce, choć planowana modernizacja ma przedłużyć ich żywotność do 40 lat.

Obrona przeciwlotnicza

Marynarka Wojenna RP ma przede wszystkim ogromny problem z obroną przeciwlotniczą. Polskie fregaty, które powoli planuje się wycofać są uzbrojone w 32 rakiety przeciwlotnicze SM-1MR, które właściwie na współczesnym polu walki są już przestarzałe. Ograniczone są także możliwości namierzania i prowadzenia celów.

Korweta ORP "Kaszub" w osiem wyrzutni bliskiego zasięgu "Strzała-2M". Budowany wciąż "Ślązak" na razie posiada jedynie uzbrojenie artyleryjskie i ręczne wyrzutnie przeciwlotnicze krótkiego zasięgu. W wersji patrolowca nie jest planowane uzbrojenie rakietowe, a nie zapowiada się, żeby okręt został dozbrojony. Co może oznaczać, że po wycofaniu fregat Polska pozostanie bez obrony przeciwlotniczej na Bałtyku.

Rozwiązania pomostowe

W sierpniu 2018 roku mówiło się głośno, że Polska może zakupić używane okręty typu "Adelaide" od Australii. Dość szybko okazało się, że mimo kilku mniej, lub bardziej szumnych zapowiedzi, w kuluarach można było się dowiedzieć, że premier Morawiecki sprzeciwił się zakupowi fregat typu "Adelaide".

Zakup okrętów typu "Adelaide", mimo że prowadzony bez uwzględnienia w Planie Modernizacji Technicznej, miał szansę realnie wzmocnić polską obecność na Bałtyku i dać szansę Marynarce Wojennej na zwiększenie zdolności obrony przeciwlotniczej.

Ewentualny zakup okrętów typu "Adelaide"  miał być sukcesem na miarę naszych możliwości. I nie można się temu dziwić. Od lat polskie stocznie i decydenci udowadniają, że Polska nie posiada zdolności do samodzielnej budowy okrętów tej klasy. Pojawiły się głosy, nawet w samym obozie rządzącym, że jest to "zakup złomu, aby podtrzymać etaty".

Minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, Marek Gróbarczyk, powiedział w rozmowie z Portalem Stoczniowym: 

- Nie zgadzamy się z tym, aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych typu korweta w ramach programów Czapla i Miecznik.  - My stoimy na niezmiennym i jednoznacznym stanowisku, że okręty wojenne powinny być budowane w Polsce. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby polskie stocznie budowały okręty dla polskiej marynarki wojennej - dodał. 

Do tego, że fregaty nie zostały zakupione dołożyli również swoje kilka groszy lobbyści różnych koncernów, którzy w prasie specjalistycznej sugerowali, że tego typu okręty są za duże na Bałtyk i zostaną zniszczone w ciągu 40 sekund przez nieprzyjacielskie rakiety. Żaden z nich, a także żaden z decyzyjnych polityków, nie zwrócił uwagi, że najważniejsze kraje leżące nad Bałtykiem mają zamiar w najbliższych latach wprowadzić do linii okręty tej klasy.

Kormorany

Należy jednak przyznać, że polskie stocznie radzą sobie całkiem nieźle. Pod warunkiem, że są prywatne. 25 kwietnia 2014 roku w stoczni Remontowa Shipbuilding rozpoczęto cięcie pierwszych blach stali dla niszczyciela min typu "Kormoran II". Okręt został zwodowany 4 września 2015 roku. Matką chrzestną została Maria Karweta - wdowa po admirale Andrzeju Karwecie - byłym dowódcy Marynarki Wojennej, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Po kolejnych dwóch latach prac wyposażeniowych i testach kwalifikacyjnych Marynarka Wojenna RP otrzymała jeden z najnowocześniejszych okrętów w swojej klasie.

27 grudnia 2017 roku w Ministerstwie Obrony Narodowej, podpisana została umowa na dostawę dwóch kolejnych niszczycieli min wraz z trzema pakietami wsparcia logistycznego oraz jednego okrętu ratowniczego, z opcją zamówienia drugiego. 

- Obiecywałem, że jeszcze w tym roku będą do podpisania ważne kontrakty i słowo uległo materializacji. Dzisiaj podpisaliśmy dwa duże kontrakty na kwotę blisko 2 miliardów zł. - mówił wówczas wiceminister Bartosz Kownacki bezpośrednio po podpisaniu umów. 

- Odbudowujemy polską Marynarkę Wojenną, która przez lata była zapominana, przez lata były tam duże problemy, ale odbudowujemy też polskie stocznie, polski przemysł stoczniowy o czym wielokrotnie mówiliśmy, bo zarówno w pierwszym, jak i w drugim kontrakcie te pieniądze trafiają do polskich stoczni, zarówno do stoczni prywatnych: Remontowa Shipbuilding S.A. , ale przecież w każdej z nich jest konsorcjum złożone również ze spółek PGZ - dodał Kownacki.

Nie można jednak całych zasług przypisywać tylko obecnemu szefostwu MON. Program "Kormoran II" został uruchomiony w końcu 2007 roku. Po określeniu założeń do projektowania i typu wstępnych założeń taktyczno-technicznych ruszyła procedura zakupu nowych okrętów.

W 2012 roku minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak podpisał decyzję dotyczącą nabycia trzech nowoczesnych niszczycieli min typu "Kormoran II", w której nie tylko określono źródło finansowania zakupu, lecz także ustalono terminy zakończenia budowy pierwszego okrętu (prototypu) na 2016 rok, pozyskania drugiego w 2019 roku oraz dostawy trzeciego w 2022 roku. Ministerstwo jedynie, z niewielkim poślizgiem, wypełniło tę decyzję, podpisując umowę na kolejne dwie jednostki. Pierwsza z nich, "Albatros" zostanie zwodowana 10 października tego roku.

Program "Ratownik"

Budowa pełnomorskich okrętów ratowniczych została uwzględniona w Planie Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP na lata 2013-2022 uchwalonym 17 września 2013 roku. Wówczas planowano budowę trzech jednostek, które miały wejść do służby w latach 2020-22. W połowie 2015 roku Inspektorat Uzbrojenia ogłosił zamiar przeprowadzenia dialogu technicznego, który miał się zakończyć 31 marca 2016 roku.

W międzyczasie jednak zmienił się w Polsce rząd i w Planie Modernizacji Technicznej wprowadzono liczne zmiany. W tym te dotyczące okrętów ratowniczych. Z planowanych trzech ostały się dwa, ale z kolei prace nabrały tempa. Zakończono dość sprawnie prace analityczno-koncepcyjne. 7 września 2017 roku Inspektorat Uzbrojenia wysłał do Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. wstępny formularz negocjacyjny. Niespełna dwa miesiące później, 26 paź­dzier­nika, PGZ złożyła ofertę. Kolejne dwa miesiące trwał dialog techniczny i w końcu nastąpiło podpisanie umowy. Należy podkreślić, że wszystko doprecyzowano w iście ekspresowym tempie. Oba okręty mają trafić do MW RP do 2024 roku. Nowe jednostki mają zastąpić ponad 40-letnie ORP "Lech" i ORP "Piast", który jest remontowany od 2015 roku.

Okręty ratownicze to pomocnicze jednostki przeznaczone do zabezpieczenia ratowniczego działań Marynarki Wojennej, m.in. ratowania życia załóg uszkodzonych okrętów podwodnych, gaszenia pożarów jednostek pływających oraz walki ze skutkami użycia broni masowego rażenia.

Zakupy "Ratownika", "Kormorana II" i "Holownika" cieszą, jednak nie zwiększają one znacznie zdolności odstraszania przeciwnika. O ile "Kormoran" pomoże utrzymać i rozwijać zdolności do prowadzenia operacji przeciwminowych, to nadal palące są zakupy śmigłowców, okrętów podwodnych i korwet lub fregat. Otrzymane od Amerykanów fregaty nie będą pływały wiecznie. Podobnie "Kaszub" i "Orzeł". Ogołocony "Ślązak" ich nie zastąpi. Średnia wieku okrętów przekroczyła 30 lat. Potrzebne są zakupy nowych okrętów, jednak na to w tej dekadzie raczej liczyć nie możemy...

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama