Reklama

Własowiec - bohater Powstania, cz. II

Do dziś w historiografii Powstania Warszawskiego powtarza się pogląd, że Konstanty Kaługin był skoczkiem spadochronowym, który w połowie lipca został zrzucony w okolicach Warszawy jako wywiadowca...

Oto druga część historii nawróconego własowca, który zdecydował się pomagać warszawskim powstańcom. Jeśli nie znasz części pierwszej, znajdziesz ją pod tym linkiem.

* * *

Czasem Konstantego Kaługina uznaje się za zawodowego agenta NKWD. Wspominał o tym generał Tadeusz Bór-Komorowski w swoich na gorąco spisanych (1946) pamiętnikach o powstaniu. Według niego Kaługin przedstawił się jako przedstawiciel sztabu marszałka Rokossowskiego.

"Nie miał żadnych dokumentów poza kartą tożsamości, z której wynikało, że jest oficerem łącznikowym do grupy "Czornego" - dywersyjnej jednostki sowieckiej na tyłach frontu niemieckiego (...) Jego zadaniem było nawiązanie łączności z dowódcą organizacji powstańczej w Warszawie". (Ryszard Nazarewicz, "Z problematyki politycznej powstania warszawskiego 1944", Warszawa 1980 s. 223).

Reklama

Narzędzie wielkiej mistyfikacji?

O tym, że kapitan Kaługin nigdy nie był zawodowym oficerem NKWD, świadczy również jego zawierająca wiele negatywnych uwag charakterystyka, sporządzona przez oficjalnego przedstawiciela Armii Czerwonej w Warszawie lejtnanta Iwana Kołosa, który został zrzucony ze spadochronem w Warszawie 21 sierpnia 1944 roku.

"Kiedy pojawiłem się w Warszawie, dowiedziałem się, że 3-4 dni przed moim przybyciem przeszedł na stronę sowiecką niejaki kapitan Kaługin, który znajdował się przy sztabie "Montera" i był uważany za oficjalnego przedstawiciela dowództwa sowieckiego. Oficerowie Armii Ludowej opowiadali mi, że cieszył się on pełnym zaufaniem "Montera". Nazywano go "sowieckim attaché wojskowym". Kaługin uczestniczył we wszystkich naradach wojennych sztabu AK" (CAMOFR, 233-2380-22, s. 244).

Taka charakterystyka sporządzona przez prawdziwego przedstawiciela NKWD brzmi raczej jak oskarżenie i dla każdego sowieckiego sądu jest wystarczającą podstawą, by wydać wyrok skazujący.

W wersji Lecha Dzikiewicza kapitan Kaługin był zawodowym oficerem NKWD, skoczkiem spadochronowym, który został specjalnie skierowany do Polski w celu inwigilowania podziemia niepodległościowego. Dzikiewicz twierdzi, że kapitan Kaługin był narzędziem wielkiej mistyfikacji Stalina wobec Powstania Warszawskiego, polegającej na sprowokowaniu zrywu narodowego w stolicy w celu zniszczenia niemieckimi rękami polskiej elity niepodległościowej (Lech Dzikiewicz, "Zbrodnia Stalina na Warszawie", Warszawa 1996,, s. 216-217).

Przypuszczenia bez pokrycia

Te informacje nie są jednak potwierdzone przez źródła historyczne. Kaługin, jak świadczą ujawnione ostatnio dokumenty z archiwów rosyjskich, nawiązując kontakt z dowództwem powstania, działał bez rozkazu z Moskwy. Spodziewał się, że uda mu się przekonać sowieckie dowództwo do współpracy z powstańcami.

Niektóre sądy Dzikiewicza są zwykłą pomyłką. Twierdzi on na przykład, że stopień kapitana, jaki miał Kaługin, odpowiadał ogólnowojskowemu stopniowi podpułkownika ((Lech Dzikiewicz, s. 206). Tymczasem specjalne stopnie w NKWD zostały dużo wcześniej zniesione i od roku 1943 ujednolicone z ogólnowojskowymi (Nikita Pietrow, Konstantin Skworkin, "Kto rukowodił NKWD 1934-1941", Moskwa 1999, s. 481).

Na pewno nie są również prawdziwe domniemania, że Konstanty Kaługin był "oficerem łącznikowym" samego Stalina, że jego zadanie polegało na inwigilacji i kontrolowaniu Polaków i że w Warszawie w lipcu i wrześniu 1944 roku po prostu kontynuował swą misję. To przypuszczenia zupełnie bez pokrycia. W opublikowanych w Rosji spisach wyższych pracowników NKWD oficer nazwiskiem Kaługin nie figuruje (Nikita Pietrow, Konstantin Skworkin, s. 481). Nie mógł to również być pseudonim, gdyż Konstanty Kaługin był konkretnym człowiekiem i autentyczność jego nazwiska nie budzi wątpliwości.

Bardzo ryzykowna współpraca

Mit o tym, że kapitan Kaługin był sowieckim skoczkiem spadochronowym, powstał prawdopodobnie przez nieuwagę czy nieporozumienie językowe, a może wymyślił to sam Kaługin, aby uniknąć losu wielu złapanych w Warszawie w pierwszych dniach powstania kolaborantów niemieckich rosyjskiego czy ukraińskiego pochodzenia, rozstrzelanych bez sądu i jakiegokolwiek śledztwa. W sprawozdaniu oddziału AK, który zatrzymał Kaługina, czytamy: "zgłosił się spadochroniarz sowiecki kpt. Kaługin, chce nawiązać łączność z oddziałami bolszewickimi celem nawiązania współpracy" (Antoni Przygoński, "Z problematyki Powstania Warszawskiego", Warszawa 1964, s. 216.).

Myli się chyba również Antoni Przygoński, który twierdzi, że Kaługin uznał powstanie za akcję zbrojną mającą pomóc Armii Czerwonej szybciej wyzwolić Warszawę. Kaługin prawie od roku mieszkał w Polsce, od pół roku ściśle współpracował z Armią Ludową, orientował się doskonale w polskich układach politycznych i stosunku AK oraz AL do Związku Sowieckiego. Wiedział zapewne, jakie ryzyko stanowi dla niego współpraca z Armią Krajową i napisanie do samego Stalina osobistego listu, wzywającego do udzielenia pomocy bohaterskim powstańcom.

Argumenty uwiarygadniające

Zapewne skorzystał przy jego pisaniu z pomocy oficerów Komendy Głównej AK. Trudno to udowodnić, ale list zawiera wiele szczegółów, których Kaługin nie mógł znać. To przede wszystkim miejsca ewentualnych zrzutów, położenie jednostek niemieckich w Warszawie i ruch wojsk przeciwnika przez polską stolicę.

Jednym z zadań, jakie wykonywał Kaługin, było pisanie ulotek w języku rosyjskim, adresowanych do żołnierzy jednostek kolaboracyjnych walczących w Warszawie. To nie stwarzało dla niego bezpośredniego niebezpieczeństwa. Być może w jakimś stopniu namawianie kolaborantów niemieckich do poddania się mogło potem posłużyć za argument uwiarygodniający jego dokonania w walce z III Rzeszą w oczach śledczych z NKWD w Moskwie.

Zadziwiające jest jednak, że po zupełnym zignorowaniu przez Moskwę jego pierwszej depeszy nie zaprzestał współpracy z AK. A przecież milczenie Kremla powinno być wyraźnym sygnałem ostrzegawczym. Co więcej, Kaługin ponownie zwrócił się do Komendy Głównej AK z propozycją nowego listu. Po co? Mając dość rozlegle kontakty z AL w Warszawie, na pewno już w połowie sierpnia mógł się zorientować, że współpraca z AK nie daje mu gwarancji rehabilitacji wobec władz sowieckich. A jednak z tej współpracy nie zrezygnował. Myślę, że był to z jego strony swoisty wyraz uznania dla bohaterskiej postawy warszawiaków.

Moskwa misji kapitana Kaługina nigdy nie uznała, nigdy do Warszawy nie przyszło żadne potwierdzenie, że w Moskwie znają go czy wiedzą coś o nim. Dowództwo AK zorientowało się, że z Konstantym Kaługinem nie wszystko jest w porządku, że trzeba szukać innych dróg porozumienia się z dowództwem Armii Czerwonej. Dlatego znaczenie i status kapitana Kaługina w dowództwie Powstania Warszawskiego od połowy sierpnia zaczęły się powoli obniżać.

Bo nie protestował...

Dla Moskwy Kaługin od samego początku był partnerem niewiarygodnym. Nie mógł odgrywać istotnej roli w tak poważnych grach politycznych jak ta prowadzona wokół Powstania Warszawskiego. Obawiano się nawet, że misja kapitana Kaługina (ze względu na jego niedawną przeszłość) mogła być prowokacją niemiecką.

Niemal tak samo traktowali Kaługina polscy komuniści. Jego współpraca z AK mogła go uwiarygodniać jedynie do momentu, kiedy z Moskwy przyszedł sygnał o ograniczonym zaufaniu do kapitana. Ryszard Nazarewicz, człowiek odpowiedzialny z kontakty z nim z ramienia PPR, pisał w swojej wersji historii Powstania Warszawskiego, że Kaługin dał się nieświadomie wykorzystać "w celach antyradzieckich". "Obranie przezeń takiej drogi do swego naczelnego dowództwa nie było zgodne z zasadami obowiązującymi oficera". Warszawscy AL-owcy zarzucali mu nie tylko to, że dał się wykorzystać AK, ale że przeciwko temu wykorzystywaniu nie protestował (Ryszard Nazarewicz, s. 221-222).

15 sierpnia kapitan Konstanty Kaługin po raz pierwszy skontaktował się na Starym Mieście z dowództwem Armii Ludowej w Warszawie. Po rozmowie prawdopodobnie zrozumiał całą złożoność swojej sytuacji. Jego niepokój wywołał fakt, że również AL nie miała żadnego kontaktu z dowództwem I Frontu Białoruskiego.

Artykuł w podobnym duchu

Dla sowieckiego wymiaru "sprawiedliwości" ta współpraca oficera sowieckiego z polską Armią Krajową mogła być wcale nie mniejszym przestępstwem politycznym niż współpraca z armią niemiecką. Konstanty Kaługin, który w okresie międzywojnia pracował w organach partyjnych i był naocznym świadkiem "wielkiego terroru", nie mógł tego nie wiedzieć, nie mógł tego nie odczuwać. Dlatego od końca sierpnia 1944 roku jego działalność w Warszawie była skierowana również na przygotowanie dla siebie alibi w przyszłych rozmowach ze śledczymi z NKWD.

Prawdopodobnie mógłby on ponownie zmienić front. Ale dogorywająca III Rzesza już nie mogła mu dać bezpiecznego schronienia. 24 sierpnia wystosował wiernopoddańczy prosowiecki list do komendanta okręgu AK:

"W chwili obecnej w pobliżu Warszawy setki tysięcy żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej prowadzi zacięte walki z Niemcami, aby przyjść z pomocą bohaterskiemu ludowi Warszawy, mężnie i odważnie walczącemu z hitlerowskimi najeźdźcami (...) Proszę Pana, Panie komendancie, wpłynąć swoim autorytetem na odpowiedzialnych pracowników waszej prasy, ażeby w dalszej pracy działali na rzecz umocnienia rozwijającej się przyjaźni między narodem polskim i narodami ZSRS" (Ryszard Nazarewicz, s. 231.

Wkrótce w biuletynie "Armia Ludowa" opublikował utrzymany w podobnym duchu artykuł Naród polski walczy o wolność (Ryszard Nazarewicz, s. 231.

Próba ratowania wizerunku

31 sierpnia wydarzyło się coś, co dla Kaługina mogło być równoznaczne z wyrokiem śmierci. Powstańczy "Biuletyn Informacyjny" opublikował dokumenty świadczące o pozytywnym nastawieniu przywódców powstania do Armii Czerwonej i o chęci nawiązania współpracy z nacierającymi armiami I Frontu Białoruskiego. Wśród najważniejszych argumentów popierających tę tezę był również tekst depeszy Kaługina do Stalina. Stalinowi wręczył ją przywódca nieprzyjaznego rządu - Stanisław Mikołajczyk. To już była gotowa sprawa dla NKWD, która niewątpliwie mogła zaprowadzić kapitana przed pluton egzekucyjny.

W odpowiedzi Kaługin 1 września odszedł ze sztabu komendy okręgu AK i przeniósł się do siedziby sztabu AL. Nie była to zdrada AK, lecz próba ratowania własnego wizerunku jako oficera sowieckiego, ratowania własnego życia.

Po opanowaniu przez Armię Czerwoną i 1. Armię Wojska Polskiego Pragi oraz rozpoczęciu operacji desantowej na Czerniakowie i Żoliborzu Kaługin znów uwierzył, że nadszedł jego czas, że jego apele o pomoc dla powstańców ze strony Armii Czerwonej wreszcie odniosły skutek. 13 września zgłosił się w sztabie AK Śródmieście Południe z prośbą o umożliwienie mu przejścia na drugą stronę Wisły, by mógł zrelacjonować dowództwu sowieckiemu sytuację powstańców w Warszawie.

Został przyjęty przez dowódcę warszawskiego okręgu AK pułkownika Jana Mazurkiewicza, który wyraził zgodę na odejście Kaługina i przekazał mu odpowiednie dokumenty (Antoni Przygoński, "Stalin i Powstanie Warszawskie", s. 156).

Człowiek niewątpliwie zdolny

Kapitan Konstanty Kaługin przekroczył Wisłę w nocy z 19 na 20 września w asyście kilku oficerów AK i AL. Po krótkiej rozmowie w sztabie 1. Armii Wojska Polskiego z generałem Zygmuntem Berlingiem został przekazany kontrwywiadowi I Frontu Białoruskiego. Wiadomo również, że przesłuchał go sam Nikołaj Bułganin, specjalny przedstawiciel Stalina przy rządzie PKWN. Mogło to świadczyć o zainteresowaniu Kaługinem na szczytach władzy kremlowskiej.

Na tym kontrowersyjna misja kapitana się skończyła. Z czasem wokół jego osoby i jego misji narosło mnóstwo mitów i sprzeczności. Do dziś więcej tu pytań niż odpowiedzi. Był to człowiek niewątpliwie zdolny, szukający swego miejsca w tragicznych wydarzeniach, których niespodziewanie stał się świadkiem i uczestnikiem. Oto kilka opinii o Kaługinie:

Generał Tadeusz Bór-Komorowski, naczelny dowódca AK: "Każdego, kto z nim mówił, uderzało jego obeznanie z sytuacją polityczną w Europie i jego znajomość historii Polski, Niemiec i Rosji" (Tadeusz Bór-Komorowski, "Powstanie Warszawskie", Warszawa 2004, s. 75).

Pułkownik dyplomowany Ryszard Iranek-Osmecki, szef wywiadu AK: "Kaługin to spryciarz i człowiek niebezpieczny" (za: Antoni Przygoński, s. 153).

Ryszard Nazarewicz, działacz PPR i AL: "Kaługin zrobił na nas [na częstochowskim kierownictwie AL i PPR] - ogólnie biorąc - dobre wrażenie, choć opowiadanie jego o rozległej działalności antyhitlerowskiej prowadzonej przezeń w charakterze propagandysty armii Własowa w obozach jeńców radzieckich nie wydawało się prawdopodobne. Nawet nie przyjmując tej wersji, podobnej do tych, które słyszeliśmy od wielu własowców chcących przejść na naszą stronę, skłonni byliśmy uwierzyć, iż Kaługin rzeczywiście chce zrehabilitować się wobec swojej ojczyzny i dlatego gotów jest wykonać każde pożyteczne zadanie" (Ryszard Nazarewicz, s. 213-214).

Widoczny skutek moralny

Podsumowując, można powiedzieć, że próba dowództwa Armii Krajowej w Warszawie szukania kontaktu z dowództwem sowieckim przy pomocy kapitana Kaługina była próbą co najmniej nieudolną, która pogrążyła powstańców w jeszcze większej izolacji i rozpaczy.

Kapitan Konstanty Kaługin był jednym z tych sumiennych i przyzwoitych Rosjan, którzy sprawę pomocy powstańcom uznali za swoją i nie mogli siedzieć bezczynnie, kiedy dokonywała się zagłada Warszawy i jej mieszkańców. Prawdopodobnie był prawdziwym rosyjskim patriotą i chociaż częściowo (pewnie nie do końca świadomie) próbował zmyć tę hańbę i odkupić zdradę, którymi splamiła się Armia Czerwona u bram Warszawy.

Na pewno misja kapitana Kaługina nie przyniosła żadnego skutku w postaci realnej pomocy dla powstańców. Mogła ona jedynie rozzłościć Stalina i jeszcze bardziej pogorszyć i tak bardzo trudną sytuację polskich powstańców. Działania Kaługina w polskiej stolicy miały natomiast widoczny skutek moralny. Konstanty Kaługin podjął próbę moralnej rehabilitacji narodu rosyjskiego za "zbrodnię Stalina na Warszawie". Nie będzie przesadą twierdzenie, że kapitan armii sowieckiej Kaługin latem 1944 roku w Warszawie nie pozwolił zniszczyć wielkiej tradycji wspólnej walki "za naszą i waszą wolność". Tradycji sięgającej Andrija Potiebni, Aleksandra Hercena i innych przedstawicieli postępowej inteligencji rosyjskiej, dla których przyjaźń z Polską i Polakami była życiowym kredo.

Wciąż mało znany...

Przypomnijmy słowa Aleksandra Hercena wypowiedziane w roku 1863, kiedy prawie całe społeczeństwo rosyjskie, z tak zwanymi liberałami włącznie, wspierało rząd w zwalczeniu "polskiego buntu": popierając Polaków, "uratowaliśmy godność imienia rosyjskiego, ucierpieliśmy za to od zniewolonej większości" ( Aleksandr Hercen, "Sobranije soczinienij", t. 27, ks. II, Moskwa 1956, s. 455). Owe słowa świetnie pasują do tego, co próbował zrobić kapitan Kaługin osiemdziesiąt lat później.

Fiasko misji było dla niego tragedią osobistą. Dla Polaków z Armii Krajowej był on jedną z niewielu nadziei na pomoc, ale AK nie miała do niego pełnego zaufania. Dla Polaków z AL był bardzo podejrzany z powodu intensywnej współpracy z AK. Dla Moskwy był zdrajcą, który nie zdążywszy jeszcze odkupić swojej zdrady i służby u Własowa, już zaczął bez rozkazu i nawet nie informując o tym swych przełożonych angażować się w nie swoje sprawy.

Jest absolutnie pewne, że gdyby miał kontakt z dowództwem sowieckim, to natychmiast dostałby rozkaz, by się ukryć i zerwać wszystkie kontakty z polskim podziemiem. W każdym razie wiemy, że jakkolwiek uznany za niegodnego zaufania przez Stalina, Kaługin był osobą, którą można było się posłużyć w celu nawiązania bezpośredniej łączności z powstańcami. Brakowało jednak woli.

Konstanty Kaługin, niedoszły łącznik pomiędzy Armią Czerwoną a powstańcami, był rzeczywiście bohaterem. W Polsce wciąż jest mało znany. W Rosji, której jest prawdziwym bohaterem, prawie nikt o nim nie słyszał...

Nikołaj Iwanow

Powyższy tekst jest fragmentem książki Nikołaja Iwanowa pt.: "Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy", która ukazała się nakładem wydawnictwa "Znak". Śródtytuły pochodzą od redakcji INTERIA.PL.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy