Reklama

Kompleks Startowy 39 - miejsce, z którego startowały misje Apollo i promy kosmiczne

Czerwona kratownica wyrastała z florydzkiego bagna jak tropikalna Wieża Eiffela. Nie była nawet w przybliżeniu tak wysoka, ale zupełna płaskość otaczającego ją pustego terenu sprawiała, że wydawała się o wiele bardziej imponująca. A jednocześnie amerykańska konstrukcja była przeznaczona do o wiele ciekawszych zastosowań.

To wieża startowa kompleksu LC-39. Najsłynniejszego kosmodromu świata, sekcji ogromnej bazy, współdzielonej przez NASA i Amerykańskie Siły Powietrzne, która rozlewa się na wielkiej połaci Przylądka Canaveral i pobliskiej Wyspy Merritt. LC-39, a dokładniej dwa bliźniacze kompleksy LC-39A i LC-39B były najważniejszymi kompleksami startowymi dla rakiet kosmicznych na świecie. To stąd Armstrong, Aldrin i Collins lecieli na podbój Księżyca. To stąd startowała pierwsza amerykańska stacja kosmiczna - Skylab, stąd startowały przez 30 lat wszystkie promy kosmiczne, to tutaj wreszcie doszło do tragicznej katastrofy promu Challenger. LC-39 to serce historii amerykańskiego programu kosmicznego. Ale już nie istnieje, przynajmniej w swojej oryginalnej formie. 

Reklama

Zanim przejdziemy do historii tego niezwykłego obiektu, mała korekta dość powszechnie robionego błędu. Kosmodrom NASA na Florydzie nie mieści się na Przylądku Canaveral. Wyrzutnie, z których startowały rakiety programu Apollo, promy kosmiczne, a skąd wkrótce mają startować Starship Elona Muska czy ogromny, księżycowy SLS mieszczą się w rzeczywistości na Wyspie Merritt - bagnistym, dzikim obszarze sąsiadującym z właściwym Przylądkiem. Przylądek Canaveral (po śmierci prezydenta Kennedy’ego przez kilka lat znany jako Cape Kennedy) mieści z kolei całą serię wyrzutni  zarządzanych przez amerykańskie Siły Powietrzne. Tam Amerykanie zrobili pierwsze kroki w kosmos - to z Przylądka latały kapsuły Mercury i Gemini - ale wkrótce zrobiło się tam dla NASA za ciasno. Dziś z Przylądka latają rakiety wojskowe i bezzałogowe misje wystrzeliwane przez prywatne firmy. 

Gdy w 1961 r. zapadła decyzja o tym, że Amerykanie mają polecieć na Księżyc, pierwszym pytaniem było “jak", ale wkrótce musiało pojawić się także kolejne - “skąd". Floryda była dla USA oczywistym wyborem. Dawała trzy najważniejsze przy startach rakiet kosmicznych elementy. Po pierwsze, była stosunkowo bezludna, więc łatwo było stworzyć kompleks startowy o wielkiej powierzchni. Po drugie, jest położona nad oceanem, więc startujące rakiety nie poruszają się nad zaludnionymi obszarami. I, po trzecie, jest jednym z najdalej na południe wysuniętych punktów USA. Dzięki temu startujące rakiety mogą pomóc sobie w nabieraniu prędkości  korzystać z prędkości obrotowej Ziemi - tym większej, im bliżej równika. To oznacza, że mogą zabierać mniej paliwa albo wynosić cięższe ładunki. 

Zanim miejsce, w którym stanęły wieże startowe stało się sercem programu kosmicznego, było snobistycznym kurortem. Ponad 70 hektarów ziemi na Merritt Island i Cape Canaveral zostało wykupionych pod koniec XIX wieku przez grupę bogatych absolwentów Uniwersytetu Harvarda, którzy w miejscu, gdzie dziś stoi wyrzutnia LC-39A postawili trzypiętrowy klub. 30 lat później w pobliżu stanęło kasyno, a cały region stał się popularnym ośrodkiem letniskowym dla elity. Wakacje dla bogatych skończyły się jednak, gdy w okolicy zaczęły spadać nazistowskie rakiety. 

W 1948 roku znajdująca się w okolicy Banana River Naval Air Station, niewielka baza lotnictwa marynarki wojennej USA, została przekazana Siłom Powietrznym. Lotnicy uznali, że miejscówka idealnie nadaje się do testów ich najnowszej zdobyczy - rakiet V-2. Baza, ochrzczona mianem “Air Force Missile Test Center" szybko rosła, i do 1951 roku pochłonęła całą wyspę i znaczną część przylądka. 

Niewielkie wyrzutnie wojskowego kompleksu, dobrze sprawdzające się przy wystrzeliwaniu prymitywnych pierwszych kapsuł nie wystarczyły jednak do posłania człowieka na Księżyc. Zapadła więc decyzja o budowie nowego, ogromnego kosmodromu - przyszłego LC-39. 

W skład kompleksu miało wchodzić sześć zasadniczych elementów: cztery wyrzutnie, oznaczone literami “A", “B", “C" i D, ogromny budynek, w którym montowane miały być rakiety programu Apollo oraz drogi, którymi kolosalny, gąsienicowy transporter miał przewozić gotowe do startu Saturny V. 

VAB, czyli Vehicle Assembly Building, stoi do dziś i służy do składania i sprawdzania przed startem rakiet Falcon i przeznaczonych dla misji powrotu na Księżyc SLS. Jest największym jednopiętrowym budynkiem świata: całe wnętrze jego głównej części wypełnia ogromny hangar o wysokości 160 metrów. 

Ale same wieże startowe, wielkie, czerwone rusztowania, które podtrzymywały przed startem zarówno rakiety Saturn V jak i później, po modyfikacji, promy kosmiczne, przestały istnieć. 

Wyrzutnie ciężkie i wysokie

Każda z wyrzutni liczyła od ziemi do końcówki piorunochronu 149 i pół metra wysokości i ważyła 4763 ton. Składała się z dwupiętrowego, szarego cokołu stanowiącego podstawę całej konstrukcji, pomalowanej na pomarańczowo wieży oraz 10 nóg podporowych o wysokości około 7 metrów każda. Cała konstrukcja mimo swoich rozmiarów była przenośna. Po zmontowaniu rakiety w VAB, na miejsce transportował ją jeden z dwóch transporterów, które przy masie 2700 ton każdy są do dziś największymi na świecie pojazdami z napędem wewnętrznym. 

Sama wieża miała kilka funkcji. Dostarczała przygotowanej do startu rakiecie elektryczność, umożliwiała działanie systemów pneumatycznych, wreszcie pozwalała tuż przed startem pompować paliwo i utleniacz do ogromnych zbiorników. I oczywiście pozwalała technikom na łatwy dostęp do najważniejszych elementów ogromnej rakiety. Miała 18 pięter i dwie szybkobieżne windy jeżdżące z prędkością 183 metrów na minutę

Każda kondygnacja była wyposażona w składane pomosty zapewniające dostęp do pojazdu, a także w łącznie ponad 60 kamer monitorujących stale rakietę. Astronauci w razie awarii przed startem mieli do dyspozycji specjalny system ewakuacyjny, który pozwalał im opuścić wieżę przy pomocy “kubełków" na silnym kablu. Mieli dzięki nim w ciągu kilkunastu sekund znaleźć się na ziemi i - przy odrobinie szczęścia - dotrzeć samochodem do bunkra położonego 600 metrów dalej. Na szczęście nikt nie musiał nigdy sprawdzić czy ta cyrkowa metoda opuszczania potencjalnie wybuchającej rakiety dawała jakiekolwiek faktyczne szanse na przeżycie. Inny, podobno odporny na eksplozje bunkier znajdował się w grubej podstawie samej wyrzutni i miał dawać szansę na przeżycie technikom pracującym przy przygotowaniu rakiety. 

U podstawy całej konstrukcji znajduje się jeszcze jeden element, który ma zapewnić bezpieczeństwo rakiety i załogi. Sztuczny wodospad. 

“Water Deluge System" ma tłumić wibracje powodowane przez ryk silników startującej rakiety. Zarówno Saturn V jak i promy kosmiczne były tak głośne, że dźwiękowe fale uderzeniowe, odbijając się od ziemi, mogły poważnie uszkodzić startujący pojazd. Aby nieco wytłumić hałas, 29 dysz znajdujących się u podstawy wyrzutni w momencie startu zaczyna pompować wodę w tempie niemal 200 tys litrów na minutę. Woda, magazynowana w sąsiadującej z wyrzutnią wieży ciśnień, służyła też do spłukiwania ewentualnych wycieków paliwa i osłaniania dróg ewakuacji techników i załogi. 

Po zakończeniu Programu Apollo, wyrzutnie zostały zmodyfikowane na potrzeby powstających promów kosmicznych. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do programu Apollo, prom w drodze na wyrzutnie nie wiózł ze sobą całej wieży startowej. Te zostały zdemontowane i po modyfikacjach umieszczone na stałe na wyrzutni. Inna konfiguracja pojazdu wymusiła też inne zmiany, od dodania w podstawie wyrzutni dodatkowych otworów na płomienie z silników wspomagających promu. Sama wieża była teraz niższa - bo i promy wzrostem nie dorównywały Saturnom - i wyposażono ją w charakterystyczną “czapeczkę" nasuwaną przed startem na wielki, pomarańczowy zbiornik paliwa promu. 

To właśnie promy kosmiczne stały się głównymi “klientami" wyrzutni LC-39. W sumie trzy mobilne wyrzutnie (obsługujące dwa stanowiska startowe) obsłużyły 135 misji promów. W tym dwie zakończone tragicznie. 

Zakończenie lotów promów kosmicznych po katastrofie “Columbii" postawiło przyszłość kosmodromu na Przylądku Canaveral pod znakiem zapytania. Przez wiele lat nie działo się tam niemal nic. Ale w ostatnich latach wyrzutnie znów ożyły: LC-39A obsługuje starty rakiet SpaceX Dragon, a LC-39B będzie wkrótce “domem" księżycowego programu Artemis. 

Nowe zastosowania oznaczały jednak, że przeszłość została bezpardonowo wymazana. Historyczne struktury obsługujące starty programów Apollo i promów kosmicznych zostały zezłomowane. Pozostały jedynie transportery i grube podstawy mobilnych wyrzutni. Cała reszta - przede wszystkim charakterystyczne wieże - zostały zezłomowane. Mimo apeli wielu ludzi pragnących zachować je jako niezwykle istotny element historii NASA, pozostały po nich jedynie drobne elementy, takie jak ramię za pomocą którego załogi wchodziły na pokłady promów. Cała reszta przestała istnieć - oficjalnie dlatego, że po wielu dekadach służby w nadmorskiej bazie były już po prostu skorodowane, a ich odtworzenie byłoby kompletnie nieopłacalne. 

Jest jednak możliwe, że złota era LC-39 dopiero nadchodzi. Jeśli powiodą się plany Elona Muska i NASA, to właśnie stąd człowiek wyruszy na prawdziwy podbój Księżyca, Marsa i innych ciał Układu Słonecznego. Starych, czerwonych wież programu Apollo już nie ma, ale duch przygody ciągle ma się w tym miejscu dobrze. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy