Reklama

Stan Sakai: Legenda świata komiksu woli robić wszystko po staremu

Stan Sakai to japoński autor komiksów. Legenda branży pojawiła się na tegorocznym Pyrkonie, największym zlocie miłośników fantastyki w Polsce. Rozmowy z twórcą postaci Usagiego Yojimbo nie mogliśmy sobie odmówić!

Sympatyczny Japończyk przyleciał prosto z Los Angeles, gdzie od lat mieszka i tworzy kolejne przygody bohaterskiego królika samuraja. Jego seria Usagi Yojimbo od lat cieszy się nieustającą popularnością, także w kraju nad Wisłą. 

W przerwie między przyjemnym, ale bardzo męczącym, rozdawaniem autografów Sakai porozmawiał z nami o początkach swojej kariery, japońskim dziedzictwie kulturowym oraz współczesnej sytuacji na rynku komiksowym. Nie mogliśmy też pominąć wątku kosmicznego oraz tego dotyczącego czterech zielonych mutantów...

Bartosz Kicior, Michał Ostasz, Interia.pl: Czy zawsze wyobrażałeś sobie Usagiego jako królika?

- Dorastałem w USA. Czytanie komiksów było moją największą pasją i od małego wiedziałem, że tworzenie własnych opowieści właśnie w tej formie jest czymś, co chcę robić w życiu. Początkowo chciałem zrobić komiks o prawdziwej postaci historycznej, japońskim roninie Miyamoto Musashim, ale któregoś dnia po prostu narysowałem królika. Tak spodobał mi się kształt uszu, który wyszedł mi na kartce, że od razu postanowiłem uczynić go głównym bohaterem.

- Nie bez znaczenia jest również fakt, że w wielu japońskich baśniach królik przedstawiany jest jako istota o dobrym sercu, która potrafi rozprawić się z przeciwnikami - najczęściej innymi zwierzętami. Wiedziałem, że to dobry wybór.

Reklama

Urodziłeś się w Japonii, ale bardzo szybko przeniosłeś się do Stanów. Seria Usagi jest twoim sposobem na uczczenie pamięci o przodkach?

- W tym miejscu muszę powiedzieć coś o moich rodzicach. Tata był amerykańskim żołnierzem stacjonującym w Japonii po II wojnie światowej. Tam też poznał moją mamę. Zakochali się w sobie i wkrótce stanęli na ślubnym kobiercu. Było to jedno z pierwszych legalnych małżeństw między Amerykaninem a Japonką - taki związek musiało nawet zatwierdzić wojsko.

- Kiedy miałem trzy lata przenieśliśmy się z Kioto na Hawaje, skąd pochodził mój tata. Prawie cała rodzina pracowała na plantacji trzciny cukrowej. Ale nie jest to tylko moja historia. Na Hawajach było mnóstwo japońskich rodzin, które do Stanów przywiozły ze sobą swoją kulturę, historię oraz zwyczaje. W lokalnym kinie mogłem nawet oglądać japońskie filmy. 

- Kiedy poznałem amerykański komiks od razu się w nim zakochałem. Nie chciałem jednak tworzyć kolejnego superbohatera. I wtedy pojawił się królik. Chociaż jest to fikcyjna historia o antropomorficznym króliku, to udało mi się do niej wpleść wiele faktów historycznych. Poszerzanie mojej własnej wiedzy o Japonii przełożyło się na lepszy komiks. To także moje dziedzictwo, któremu chciałem oddać w ten sposób należny hołd. 

Czy to dziedzictwo wciąż jest żywe w twojej ojczyźnie?

- Japonia jest dziwnym krajem. Kiedy byłem tam po raz ostatni, dawałem wykład w Muzeum Mangi w Kioto. Kiedy skończyłem, podszedł do mnie wykładowca historii na tamtejszym uniwersytecie i powiedział, że wiem o historii Japonii więcej, niż on sam. 

- Wydaje mi się, że ten kraj prawie zapomniał o kulturze samurajów, a na pewno zepchnął ją na boczny tor. Czasy feudalnej Japonii wydają się nie być ciekawe dla młodych Japończyków. Czy jest to coś bardziej atrakcyjnego dla obcokrajowców? Możliwe, że tak.

Czy był w twoim życiu moment, w którym uznałeś, że to, co stworzyłeś, jest czymś naprawdę wyjątkowym i ma szansę odnieść międzynarodowy sukces?

Wciąż na niego czekam! (śmiech) Największym przełomem było chyba to, że mogłem zacząć utrzymywać się z pracy artystycznej. Początkowo historię na osiem stron tworzyłem przez około miesiąc. Wprawa i odpowiednie tempo pracy przyszły dużo, dużo później. Kiedy w końcu spełniło się moje marzenie byłem wniebowzięty. Przecież od zawsze chciałem to robić! 

- Nie oznacza to jednak, że nie czuję głodu sukcesu. Ciągle chcę więcej. Bardzo bym chciał, aby Usagi wreszcie wystąpił we własnym serialu telewizyjnym lub filmie.

Są takie pomysły? Mógłbyś zdradzić coś więcej?

- Tak, rozmawiałem na ten temat z różnymi wytwórniami. Usagi wciąż jest dla nich opcją. Jeden z producentów, i to takich naprawdę znanych, zaproponował nawet aktorską wersję osadzoną we współczesnym Los Angeles. Grzecznie mu podziękowałem. Nie oznacza to jednak, że temat nie powróci. 

Pomysł ze współczesnym Los Angeles faktycznie był odjechany, ale tobie też zdarzało się umieszczać akcję komiksów na przykład w kosmosie...

- Tak, ale "Usagi w kosmosie" traktował o potomku oryginalnego Usagiego. Stało się tak ponieważ... uwielbiam rysować dinozaury i chciałem znaleźć sposób, aby wpleść je do mojego komiksu. Wtedy też wpadłem na pomysł kosmicznej przygody. Dla mnie była to ogromna frajda!


Czy zatem chciałbyś jeszcze wysłać Usagiego - lub jego potomków - w inne miejsca niż feudalna Japonia?

- Pamiętajcie, że napisałem też historię o tym, jak Marsjanie zaatakowali średniowieczną Japonię. Owszem, uwielbiam historię i staram się, aby moje komiksy miały oparcie w faktach, ale w "Senso" pozwoliłem sobie na totalne szaleństwo. Chciałem zrobić "Wojnę światów", ale z samurajami i - oczywiście - bohaterskim królikiem.

- Mam też listę potomków Usagiego, którym mógłbym poświęcić osobne tomy. Jednym z nich jest noszący kapelusz Usagi działający w Los Angeles w latach 20. i 30. walczący z przestępczością przy użyciu miecza i pistoletów. Widzę to jako pulpową historię pełną strzelanin. 

- Jednak najbardziej marzy mi się kolejny cross-over Usagiego z Żółwiami Ninja. Mam nawet pomysł, aby osadzić go na chwilę przed wydarzeniami ze wspomnianego albumu "Senso". Aha, no i byłyby w nim roboty.

Usagi i Żółwie Ninja to istny dream team!

- Te postaci spotkały się niejeden raz. Nie ukrywam, że praca nad komiksami, gdzie w ramię w ramię z królikiem stawały cztery żółwie sprawiła mi mnóstwo przyjemności. Usagi i Żółwie Ninja mają wiele wspólnego i nie mówię tu tylko o wschodnich sztukach walki. Obie serie zaczęły swój żywot w 1984 roku. Wtedy rynek niezależnych komiksów nie miał takiego wzięcia, jak dzisiaj. Dlatego też nawzajem wspieraliśmy się razem z twórcami Żółwi. Potem przyszły jeszcze gościnne występy Usagiego w przeróżnych kreskówkach i grach wideo z serii Teenage Mutant Ninja Turtles. 

Z kim jeszcze Usagi powinien połączyć siły?

- W Polsce ten komiks nie jest wydawany, ale od dawna marzy mi się cross-over Usagiego z postacią głupiego barbarzyńcy Groo z serii Groo the Wanderer. Jego autorem jest Sergio Aragonés, mój serdeczny przyjaciel. Powinniśmy pomyśleć nad taką formą współpracy.

- Niedawno zapytano mnie również o cross-over Usagiego z którąś z postaci z uniwersum Marvela. Osobiście widziałbym go w zbroi Iron Mana.

Rozumiemy, że wciąż masz słabość do amerykańskiego komiksu?

- Oczywiście, że tak, aczkolwiek sam rzadko już czytam jakiekolwiek komiksy. Kiedy mam wolną chwilę sięgam po książkę, najczęściej dobry kryminał.

Jak sam świat komiksu zmienił się od pierwszego numeru Usagiego?

- Zmienił się, i to bardzo. Żółwie Ninja zapoczątkowały coś, co zostało nazwane "czarno-białą rewolucją". Nagle w Stanach zaczęto wydawać mnóstwo niezależnych komiksów - najczęściej właśnie w czerni i bieli. Te historie świetnie się sprzedawały, pojawili się nowi obiecujący twórcy. Rynek wyraźnie odżył. Obecnie komiks w czerni i bieli to rzadkość. W tej formie wydawana jest obecnie chyba tylko seria The Walking Dead.

Nowym twórcom jest teraz łatwiej zaistnieć?

- Łatwiej i trudniej zarazem. Łatwiej, bo pojawił się internet. Stworzyłeś komiks? Po kilku kliknięciach jest on dostępny dla całego świata. W moich czasach było to coś nie do pomyślenia. Ale przez to, że jest to tak łatwe, trudniej jest zaistnieć wśród tysięcy twórców starających się o to samo. Nie wiem, czy odnalazłbym się w tej rzeczywistości. Mam to szczęście, że moje nazwisko już coś znaczy w komiksowym świecie i teraz to ja mogę odrzucać propozycje (śmiech).

Czy w najbliższej przyszłości planujesz stworzyć coś innego, niż kolejny tom Usagiego? 

- Na razie nie. Mam konkretny plan na dalszy ciąg Usagiego i chcę się w pełni skupić na jego realizacji. Myślę, też nad kolejnym Usagim w kosmosie.

Masz w głowie pomysł na to, jak powinna zakończyć się historia tego bohaterskiego królika?

- Miałem go na samym początku, ale wraz z kolejnymi przygodami doszedłem do wniosku, że nie mógłbym już skorzystać z pierwotnego zakończenia. Musicie pamiętać, że jeśli go uśmiercę, albo odeślę na emeryturę, to sam stracę pracę! (śmiech)

Usagi w całości jest twoim dziełem. Co sprawia ci większą radość: pisanie scenariusza czy rysowanie?

- Rysowanie zabiera więcej czasu, ale tworzenie scenariusza to o wiele cięższa robota. Potrzebuję do tego kompletnej ciszy i absolutnego skupienia. Muszę być wtedy sam. Cieszę się, że moi wydawcy nie wnikają w to, co tworzę. Mam totalną swobodę twórczą. Kiedy mniej więcej wiem, o czym będzie traktowała dana historia zabieram się za szkice. To bardzo wstępne rysunki, które mają mi pomóc w odpowiednim rozplanowaniu akcji na stronach komiksu. 

- Po tej fazie przychodzi czas na faktyczne rysowanie, a także umieszczanie tekstów w dymkach i nakładanie tuszu. Wszystko to robię ręcznie, na papierze - od początku do końca. Tylko kolorowanie zostawiam komuś innemu. Jestem jedną z niewielu osób w branży, która wciąż tworzy komiksy "po staremu". 

- Widzę to również po tym, że coraz trudniej jest znaleźć mi odpowiedni papier i tusz. Ten ostatni muszę ściągać z Japonii, bo Stanach nie da się go już dostać. Pióro, którym nakładam tusz nie jest już produkowane od 25 lat. Swego czasu objechałem całe Los Angeles, żeby kupić "na zapas" wszystkie pozostałe egzemplarze.

Nie kusiło cię, aby chociaż spróbować przejść na cyfrowy sposób rysowania?

- Nie. To ze względu na to, że bardzo lubię sam proces powstawania komiksu. Podoba mi się również to, że po jego skończeniu w rękach zostaje coś namacalnego. Sam mam ponad sześć tysięcy oryginalnych stron Usagiego. To coś lepszego niż sześć tysięcy komputerowych plików na dysku twardym.

Wyobrażasz sobie sytuację, w której oddajesz Usagiego w inne ręce? 

- Nie ma takiej opcji! (śmiech). Usagi jest tylko mój, ale nie mam nic przeciwko temu, aby inni go rysowali. 10 lat temu w ramach "Sakai Project" wielu artystów z całego świata prezentowało swoją wizję Usagiego. Było to coś wspaniałego! Jednocześnie jestem bardzo ciekawy tego, jak ktoś inny poprowadziłby historię z Usagim osadzoną w alternatywnej rzeczywistości...

Rozmawiali Bartosz Kicior i Michał Ostasz


***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy