Reklama

Zanim hakerzy atakowali Rosję, czyli długa historia... hakowania!

Co wspólnego mają Alexander Dumas, plastikowe gwizdki, kolejki - zabawki i brytyjski magik - wynalazca z cyberwojną toczącą się w dzisiejszym internecie? Wbrew pozorom, bardzo wiele. Są ważnymi elementami w historii hakerów, która jest zdecydowanie starsza od nawet najstarszych komputerów. Oto prehistoria dzisiejszych komputerowych włamywaczy.

Był rok 1845. Alexandre Dumas, po fenomenalnym sukcesie “Trzech Muszkieterów", szukał nowego pomysłu na powieść. Natrafił na anegdotę o paryskim szewcu, który wrobiony przez zawistnych rywali trafia do więzienia, po czym mści się na swoich prześladowcach. Ale to był tylko zaczyn historii. Jednym z najważniejszych elementów intrygi okazała się inna prawdziwa historia. Historia jednego z pierwszych hacków w historii. 

Hakowanie tylko na komputerze? Nic bardziej mylnego!

Aby zrujnować jednego ze zdrajców, bohater powieści dopuszcza się czegoś, co dziś nazwalibyśmy manipulacją danymi i rozsiewaniem fake newsów (Uwaga, spojlery dla powieści sprzed 180 lat). Przekupuje operatora wieży telegraficznej i z jego pomocą nadaje do Paryża wiadomość, zgodnie z którą w Hiszpanii doszło do zamachu stanu. To prowadzi do załamania cen hiszpańskich obligacji - i w ostatecznym rozrachunku do bankructwa rywala. 

Reklama

Tyle, że to nie tylko fabuła powieści. Dumas wzorował się tutaj na prawdziwym ataku, do którego doszło dekadę wcześniej. 

Francuski telegraf nie przypominał tego późniejszego - nie było wystukiwania komunikatów alfabetem Morse’a ani sieci kabli łączących odległe miasta. Elektryczny telegraf zadebiutował w 1837 r. i dopiero zaczynał zdobywać popularność, ale Francja od dziesięcioleci miała już wtedy szybką sieć przesyłu danych. 

Telegraf hrabiego Monte Christo to telegraf optyczny, budowany od lat 90. XVIII wieku. Składał się z ciągu wież, oddalonych od siebie o około 10 km. Na szczycie każdej z nich znajdował się semafor - duża obrotowa belka z krótkimi, ruchomymi ramionami na każdym końcu. Przekazywanie wiadomości polegało na tym, że operator wieży wypatrywał sygnałów nadawanych przez wieżę poprzednią i kopiował ją. Następnie robił to kolejny i kolejny, aż wiadomość wzdłuż linii wież docierała do celu. 

Twórca systemu, Claude Chappe, wzorował się na flagach, które były używane do wysyłania wiadomości wojskowych od czasów Aleksandra Wielkiego. Chappe opracował system sterowania semaforem, stworzył też kod, który kompresował wiadomości i utrzymywał je w tajemnicy. Pierwsze eksperymenty prowadził tuż po upadku Bastylii w 1789 r., a ostateczną decyzję o budowie dwóch linii telegraficznych biegnących przez cały kraj podjął rząd rewolucyjny w 1793 r. Telegraf miał być bardziej demokratyczny od kontrolowanej przez królewskich stronników poczty. 

Już w 1834 r. okazało się jednak, że ten system też da się złamać. 


Żądza zysku motorem napędzającym postęp

Bracia Blanc handlowali rządowymi obligacjami na giełdzie w Bordeaux. Ówczesna giełda była w porównaniu z dzisiejszą dość letargiczna: informacje o zmianach cen w Paryżu docierały do Bordeaux dyliżansem przez trzy dni. Jasne było, że ten kupiec, który byłby w stanie szybciej uzyskać informacje, mógłby zarabiać wyprzedzając ruchy na rynku. 

Niektórzy próbowali używać w tym celu konnych posłańców i gołębi pocztowych, ale bracia Blanc chcieli być jeszcze szybsi. Znaleźli sposób na wykorzystanie w tym celu linii telegraficznej. Przekupili operatora telegrafu w mieście Tours, aby ten wprowadzał umyślne błędy do rutynowych wiadomości rządowych wysyłanych przez sieć.

System kodowania telegrafu zawierał symbol, który nakazywał odbiorcy, aby ten zignorował poprzedni znak. Był semaforowym odpowiednikiem klawisza "backspace". Trick Blanców polegał na tym, że przekupiony przez nich operator dołączał do rządowych depesz pojedynczy znak, który wskazywał, czy paryskie ceny rosną, czy spadają. Do wiadomości dołączony był jednak symbol "backspace", który oznaczał, że ukryty w tekście przekaz nie znajdował się w ostatecznym tekście wiadomości. 

Trafiał jednak do notatnika kolejnego wspólnika Blanców: byłego operatora telegrafu, który obserwował wieżę pod Bordeaux za pomocą teleskopu, a następnie przekazywał wiadomość wspólnikom. 

System działał doskonale przez ponad dwa lata i pomógł inwestorom zarobić małą fortunę. Oszustwo zostało wykryte dopiero w 1836 roku, kiedy operator w Tours zachorował i wyjawił wszystko przyjacielowi, którego poprosił o zajęcie jego miejsca. Bracia Blanc zostali postawieni przed sądem, ale nie mogli zostać skazani, bo nikomu nie przyszło do głowy uchwalenie prawa zabraniającego włamywania się do sieci danych. 

Hakerzy w XIX i na początku XX wieku

Kolejne lata XIX w. przyniosły kolejne przypadki włamywania się nieupoważnionych osób do systemów telekomunikacyjnych: już w dwa lata po wynalezieniu telefonu przez Alexandra Grahama Bella, grupa nastolatków zatrudnionych jako operatorzy systemu w Nowym Jorku została wyrzucona z pracy za wielokrotne i celowe przekierowywanie i rozłączanie połączeń klientów.

Ale naprawdę imponujący hack miał miejsce dopiero w roku 1903. 

Guglielmo Marconi był prawdziwym wizjonerem. To on jako pierwszy zdołał wysłać wiadomość bezprzewodowo, za pomocą fal elektromagnetycznych. Jego bezprzewodowy telegraf, przodek radia, pozwalał przesyłać alfabetem Morse’a wiadomości na wielkie odległości bez konieczności prowadzenia kabli. W 1901 wynalazca przesłał pierwszą wiadomość przez Atlantyk. W 1909 r. za swój wkład w rozwój technologii Marconi dostał nagrodę Nobla, ale wcześniej został upokorzony przez brytyjskiego iluzjonistę. 

Trollowanie w imię nauki!

Nevil Maskelyne był potomkiem najsłynniejszej rodziny scenicznych magików. Ale jego prawdziwą fascynacją były nowoczesne technologie. W swoich występach posługiwał się alfabetem Morse’a, aby potajemnie komunikować się ze swoimi asystentami, a w przerwach między uprawianiem magii zajmował się budową własnych systemów do bezprzewodowej łączności. Opracował nawet pierwszy nadajnik umożliwiający zdalne odpalenie prochowego ładunku - prototyp sterowanej radiem bomby. 

Gdy Marconi ogłosił, że w 1903 r. publicznie zaprezentuje swoją “absolutnie bezpieczną i poufną" bezprzewodową łączność, Maskelyne przyjął wyzwanie, podobno opłacony przez brytyjską firmę inwestującą w kablowe telegrafy. 

Pokaz, do którego doszło 1 czerwca 1903 r. w Royal Institution w Londynie polegał na tym, że fizyk John Ambroise Fleming miał otrzymać wiadomość alfabetem Morse’a wysłaną przez Marconiego z odległej o 300 mil Kornwalii. 

Dostał wiadomość. Jedną, drugą, trzecią i kolejne. Wszystkie brzmiały “Szczury". To był dopiero początek. Maskelyne, który zagłuszył prawdziwy sygnał Marconiego, zaczął bawić się wysyłając coraz bardziej zjadliwe wiadomości, włącznie z wierszykiem kpiącym z włoskiego inżyniera i jego wynalazku. 

W liście do Timesa Fleming oskarżył sprawcę o “wandalizm naukowy" i poprosił czytelników o pomoc w zidentyfikowaniu sprawcy. Nie musiał. Maskelyne nie miał zamiaru się ukrywać i odpowiedział listem do tej samej gazety, w którym stwierdzał, że jego zamiarem było ujawnienie niedoskonałości wynalazku Marconiego dla “wspólnego dobra". Bez względu na intencje - jeden z pierwszych hacków sprowadzał się do trollingu. 

II wojna światowa przełomowa... dla hakerów

Kolejnym przełomem na drodze do dzisiejszego hackingu była druga wojna światowa. Łamanie kodów stało się jednym z najważniejszych elementów sztuki wojennej i wszystkie strony konfliktu inwestowały w kryptografię ogromne pieniądze. Od polskich matematyków łamiących Enigmę po Brytyjczyków stosujących do tego samego celu pierwsze elektroniczne komputery - przełamywanie łączności wroga miało stać się kluczem do zwycięstwa. Sami Amerykanie korzystali podczas wojny z usług 10 tys. łamaczy szyfrów - w większości kobiet. 

Ale jeden z najciekawszych przypadków manipulowania nowoczesnymi technologiami miał miejsce w okupowanej Francji. Zatrudniony w rządowym Departamencie Demografii René Carmille był ekspertem od prymitywnych maszyn liczących działających w oparciu o perforowane karty. W 1940 r. został zatrudniony przez rząd Vichy do przygotowania spisu powszechnego, którego celem było przede wszystkim ustalenie liczby i miejsc zamieszkania francuskich Żydów. Pytanie nr. 11 spisu brzmiało “czy jesteś rasy żydowskiej"? 

Do kompilacji wyników spisu rząd chciał wykorzystać maszyny Carmille’a. Ale ten je zhackował tak, by system w żadnej sytuacji nie kopiował odpowiedzi z rubryki 11. Spis, który miał być gotowy w 1941 r., nie został dokończony do wojny. Carmille jednak jej końca nie dożył: jego spisek został wykryty w 1944 r., a on sam zmarł w obozie koncentracyjnym w 1945 r. Wcześniej zdołał jednak wykorzystać swoją wiedzę do przygotowania na potrzeby ruchu oporu listy 220 tys. weteranów wojennych, których można było zmobilizować do walki z okupantem. 

Boom na włamy do nowoczesnych systemów

Prawdziwy boom na przełamywanie systemów telekomunikacyjnych nastąpił jednak dopiero po II wojnie światowej. Na pierwszy ogień poszły sieci telefoniczne. 

W 1957 r. Joe “Joybubbles" Engressia - niewidomy chłopiec o słuchu doskonałym, usłyszał w słuchawce telefonu wysoki ton o częstotliwości 2600 Hz. Gdy go zagwizdał - odkrył, że analogowy system sterujący siecią AT&T uznawał to za komendę pozwalającą mu na wykonanie dowolnego połączenia za darmo. Stał się protoplastą subkultury, która dała początek współczesnym hakerom - telefonicznym phreakerom, którzy specjalizowali się w przełamywaniu zabezpieczeń sieci telefonicznych. 

Na początku lat 70. Engressia spotkał Johna Drapera. Draper, zafascynowany umiejętnościami chłopaka, szybko zorientował się, że plastikowe gwizdki dołączane do paczek płatków śniadaniowych Cap’n Crunch wydają dźwięk o dokładnie tej samej tonacji. Publiczne sieci telefoniczne szybko stały się zabawką phreakerów, którzy tworzyli swoiste “chatroomy", na których - za pośrednictwem połączeń telekonferencyjnych - wymieniali się doświadczeniami.

Subkultura phreakerów dała początek nie tylko hakerom, ale i całemu pokoleniu cyfrowych wizjonerów. W 1971 r. Steve Wozniak, przyszły założyciel firmy Apple, buduje własną “niebieską skrzyneczkę" do włamywania się do systemów telefonicznych. Podobno dodzwania się nawet do papieża. Wkrótce wraz ze Stevem Jobsem zaczyna seryjną produkcję “niebieskich pudełek". 

W tym samym czasie na amerykańskich politechnikach, głównie na MIT, pojawia się pierwsze pokolenie prawdziwych hackerów. Co ciekawe, sam termin pochodzi nie od specjalistów od komputerów, ale od... miłośników miniaturowych kolejek. Po raz pierwszy pojawił się najprawdopodobniej w 1961 r. w MIT Model Railroad Club, gdzie “hakowanie" oznaczało modyfikowanie zaawansowanych zestawów plastikowych kolejek. 

Wkrótce jednak zaczął być stosowany do najzdolniejszych specjalistów od systemów komputerowych na MIT, którzy byli zdeterminowani do tego, by odkryć wszystkie możliwości i sekrety najnowocześniejszych wówczas maszyn serii IBM 704. Chodziło głównie o badania, ulepszanie  i poszerzanie wiedzy, a dziełem pierwszych hackerów był na przykład system operacyjny UNIX.  

Hackerzy nigdy nie lubili jednak ograniczeń i wszędzie tam, gdzie się pojawiały, szukali sposobów na ich obchodzenie. I tak, gdy w 1962 r. MIT wprowadził pierwsze na świecie hasła komputerowe by zapewnić studentom i pracownikom prywatność i wyegzekwować ograniczenia czasowe w pracy na rzadkich i drogich komputerach, student Alan Scherr stworzył perforowaną kartę, która nakłoniła komputer do wydrukowania listy wszystkich haseł użytkowników. 

Eksperymenty z komputerowymi systemami miewały jednak nieprzewidziane konsekwencje. W 1974 r. ktoś - do dziś nie wiadomo kto - instaluje na komputerze Centrum Komputerowego Uniwersytetu Waszyngtońskiego program “Wabbit". Program ma tylko jeden cel: rozmnażać się “jak króliki". Tempo, w jakim się namnaża szybko paraliżuje komputery. Wabbit uchodzi za jeden z pierwszych wirusów komputerowych i pierwszy, który wyrządza faktyczne szkody - wcześniejszy “Creeper" z 1971 r. jedynie przeskakiwał z komputera na komputer kasując poprzednie kopie i wyświetlał na ekranie wiadomość “catch me if you can". 

Hakerska przestępczość

O ile lata 70. były złotą erą hakerskiej zabawy, o tyle w latach 80. świat przekonał się, że komputerowa przestępczość może stać się faktycznym problemem. W 1981 r. Ian Murphy, znany jako “Captain Zap" stał się pierwszym człowiekiem skazanym za cyberprzestępczość za włamanie się do sieci AT&T. i przestawienie jej wewnętrznych zegarów tak, by naliczały niższe, nocne stawki za połączenia wykonywane w dzień. Po skazującym wyroku musiał odpracować tysiąc godzin prac społecznych. 

Ale kolejne hacki przestały być tylko zabawą. Lata 80. przyniosły serię kradzieży kart kredytowych, włamań do rządowych systemów i innych niepokojących władze incydentów. W 1987 roku grupa niemieckich hakerów, luźno związanych z Chaos Computer Club, została aresztowana za włamanie się do komputerów rządu USA i sprzedaż skradzionego kodu źródłowego KGB. W tym samym roku pierwszy robak komputerowy, Christmas Tree EXEC, zaatakował sieci komputerowe. Rok później student Cornell University, Robert Morris, wypuścił robaka Morris, który rozprzestrzenił się w sieci ARPANet w ramach US Defense Advance Research Projects na 6000 komputerów, blokując systemy rządowe i akademickie. Ciemna strona hakowania wyszła na światło dzienne.

W 1988 Kevil Poulsen włamał się do federalnych baz danych, ujawniając szczegóły podkładanych przez agencję podsłuchów. Ścigany przez FBI również uciekł, ale mimo to znalazł czas, aby wygrać Porsche 944 w konkursie radiowym, blokując wszystkie dostępne linie telefoniczne. Poulsen został złapany i aresztowany w 1991 roku, później został ekspertem ds. cyberbezpieczeństwa i konsultantem magazynu Wired. On i inny legendarny hacker Kevin Mitnick stali się pierwszymi supergwiazdami cyberświata. Lata 90 miały stać się dekadą hackerów. Ale to już zupełnie inna historia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama