Reklama

Mity współczesnej poppsychologii

Jeżeli wierzysz w szkodliwość przekazów podprogowych, absolutną skuteczność wariografu i hipnozy oraz to, że ludzie molestowani seksualnie zawsze krzywdzą swoje dzieci - uważaj. Padłeś bowiem ofiarą tzw. poppsychologii.

"Poppsychologia" to termin ukuty przez autorów książki "50 wielkich mitów psychologii popularnej", który odnosi się to różnorakich psychologicznych "półprawd, ćwierćprawd" i oczywistych bzdur. Oto kilka z nich.

I. Bodźce podprogowe mogą skutecznie nakłaniać do zakupów.

Charles Manson, jeden z najbardziej znanych amerykańskich psychopatów, twierdził, że inspirację jego zbrodni stanowiła płyta "White Album" Beatlesów. Puszczana od tyłu.

Podobnie uważali amerykańscy rodzice i szereg radiowych kaznodziejów, którzy w latach 70. XX w. przekonywali, że utwór "Stairway to heaven" grupy Led Zeppelin zawiera satanistyczne przesłanie. Próżno było go szukać w "tradycyjnej" wersji ("Kobziarz woła, abyś poszła razem z nim, droga damo, czy słyszysz jak gwiżdże wiatr? I czy wiedziałaś, że Twoje schody leżą na jego szepcie?), ale wystarczyło puścić utwór od tyłu, by usłyszeć "Przybył mój słodki szatan. Ten, którego ścieżki uczynią mnie smutnym, który jest mocą".

Reklama

Coca-cola w 1/3000 sekundy

Przekonanie o ukrytych, "podprogowych", treściach podzielają nie tylko rodzice noszących się na czarno nastolatków, ale też specjaliści od marketingu i naukowcy. Skąd popularność przekonania, że za pomocą specjalnych technik można zmusić nas do robienia czegoś, na co kompletnie nie mamy ochoty (lub raczej - kupowania czegoś, czego kupna nie mieliśmy w planach)? Jedną z pierwszych naukowych pozycji, która przekonywała, że jest to możliwe, była książka "Ukryta perswazja". Jej autor, Vance Packard, opisał w niej sukces Jamesa Vicary'ego, specjalisty ds. marketingu z New Jersey. Vicary twierdził, że udało mu się kilkakrotnie zwiększyć sprzedać coca-coli i popcornu w kinie w Fort Lee poprzez pokazywanie widzom (przed seansem) reklam tych produktów. Czas wyświetlania reklamy wynosił 1/3000 sekundy.

Seks w krakersie

Mimo że już w 1962 roku marketingowiec przyznał się do kłamstwa, wielu twierdziło, że Vicary zwyczajnie nie chce zdradzić szczegółów swojej odnoszącej sukcesy metody. O tym przekonany był zapewne Wilson Brian Key, który w swoich książkach, publikowanych w latach 70., dowodził, że "istnieje spisek mający na celu wpływanie na wybory konsumentów, a środkiem do realizacji tego celu jest umieszczanie w publikowanych w prasie czy w telewizji reklamach (...) zakamuflowanych obrazków o treści seksualnej". Te podejrzane treści miały być umieszczane na talerzach, w kostkach lodu, a nawet na zdjęciach krakersów.

Podprogowy kurs dla głuchych

Choć w ciągu minionych 40 lat nie przedstawiono przekonywujących dowodów na to, że człowiekiem można skutecznie manipulować jedynie za pomocą przekazów podprogowych, nadal wielką popularnością cieszą się na przykład "podprogowe kursy" na powiększenie piersi, problemy z zaparciami, a nawet wzbogacające życie seksualne, albo... leczące z głuchoty (aczkolwiek mechanizm, dzięki któremu osoba niesłysząca mogłaby odebrać podprogowe dźwięki, pozostaje tajemnicą).

Satanistycznego przekazu piosenki "Stairway to heaven" można posłuchać TUTAJ.

II Hipnoza pozwala dotrzeć do wypartych wspomnień i przypomnieć sobie to, o czym zapomnieliśmy.

Na początku lat 90. XX w. Joseph Bernardino, szanowany duchowny z Chicago, został oskarżony o molestowanie seksualne niejakiego Stevena Cooka. Mężczyzna utrzymywał, że kardynał wykorzystywał go seksualnie i zażądał odszkodowania w wysokości 10 mln dolarów. Sprawa wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, które utrzymywało się nawet po wycofaniu żądań (co stało się w 1994 roku). Okazało się bowiem, że "wspomnienia Cooka to efekt zabiegu hipnozy przeprowadzonego przez "psychologa", który zaliczył trzy godziny zajęć z 20-godzinnego kursu dla hipnotyzerów, dyplom terapeuty zaś uzyskał w nieposiadającej akredytacji władz oświatowych szkole prowadzonej przez Johna Rodgera, New Age'owego guru, który twierdzi, że jest inkarnacją boskich mocy ("Time", 14 marca 1994)".

Hipnoza deformuje

Mimo, że podobnych przykładów jest wiele, badania przeprowadzone w środowisku naukowców zajmujących się zdrowiem psychicznym potwierdziły, że większość psychologów (84 proc.) uważa, że hipnoza pomaga "odświeżyć pamięć" (E.i G. Loftus). Autorzy książki "50 wielkich mitów psychologii popularnej" uważają, że nic nie wskazuje na to, że hipnoza pokazuje rzeczywiste i niezdeformowane wspomnienia.

Pamiętna podróż jajowodem

Trudno się nie zgodzić, oglądając choćby amerykański dokument zatytułowany "Frontline". Jego główna bohaterka, która została poddana hipnozie, zdołała bowiem nie tylko cofnąć się do czasów dzieciństwa, ale także życia płodowego, a nawet... do podróży w jajowodzie. Mimo, że kobieta "przekonywująco opisała dyskomfort emocjonalny i fizyczny, jakiego powinna doświadczać osoba, która rzeczywiście znajduje się w tak niewygodnej pozycji" nic nie wskazuje na to, że jej wspomnienia są autentyczne.

Warto dodać, że nie ma również badań potwierdzających skuteczność stosowania hipnozy do cofania się do wspomnień z poprzednich wcieleń. Zwolennik tej, nieco kontrowersyjnej tezy, Brian Weiss, został kiedyś zaproszony do programu Oprah Winfrey, gdzie opowiadał o "całej serii przypadków, kiedy to jego pacjenci w trakcie seansów hipnotycznych przenosili się do swoich poprzednich wcieleń - nawet setki lat w przeszłość - i tam rozwiązywali swoje problemy".

Zahipnotyzuj się sam!

III. Terapia elektrowstrząsami to metoda brutalna i niebezpieczna dla organizmu.

"[...] prawdopodobnie wyobrażasz sobie, jak personel wlecze opierającego się pacjenta do sali zabiegowej, przypina pasami do wąskiego łóżka lub noszy, przykleja elektrody w okolicach skroni i przepuszcza przez nie silny prąd, delikwent ma gwałtowne drgawki, a lekarze i pielęgniarki usiłują go przytrzymać". Większość ludzi, którzy widzieli scenę z filmu "Lot nad kukułczym gniazdem", w której Jack Nicholson zostaje poddany terapii elektrowstrząsami - tak właśnie wyobraża sobie leczenie za pomocą prądu. Okazuje się jednak, że to kolejny "poppsychologiczny", choć nie pozbawiony podstaw - mit.

Żuchwa w tarapatach

Jak przyznają autorzy "50 wielkich mitów..." jeszcze 50 lat temu podczas sesji zdarzały się złamania kończyn i żuchwy. Poddawanie się terapii elektrowstrząsami było też stygmatyzujące. Całkiem niedawno, bo w 1974 roku Thomas Eagleton, kandydujący na stanowisko wiceprezydenta USA, musiał zrezygnować z ubiegania się o urząd, ponieważ opinia publiczna dowiedziała się, że Eagleton był leczony za pomocą elektrowstrząsów (z depresji). Obecnie jednak zabiegi odbywają się zupełnie inaczej.

Prąd dla nieświadomego

"Pacjent otrzymuje najpierw znieczulenie ogólne (...), potem środek zwiotczający mięśnie(...), a niekiedy też jakiś związek wstrzymujący wydzielanie śliny (...). Następnie lekarz umieszcza na głowie pacjenta elektrody (...) i wywołuje wstrząs elektryczny. Wstrząs powoduje atak trwający od 45 do 60 sekund", którego pacjent nie czuje, bo jest pozbawiony świadomości.

Chociaż szokujące sceny i opisy leczenia prądem nieprędko pójdą w zapomnienie, "istnieje pewna grupa osób, która ma zdecydowanie dobrą opinię o tej metodzie - to chorzy, których poddano takiej kuracji".

Scenę z filmu, w której Jack Nicholson poddawany jest elektrowstrząsom znajdziesz TUTAJ

IV. Większość osób molestowanych seksualnie w dzieciństwie cierpi później na poważne zaburzenia osobowości.

W literaturze samopomocowej można przeczytać, że molestowanie seksualne w dzieciństwie ma trwały wpływ na osobowość człowieka. Także w "nieco ambitniejszych opracowaniach (...) , mówi się o "cyklach molestowania seksualnego dzieci", co ma oznaczać, że duża część lub nawet większość osób molestowanych seksualnie sama staje się później sprawcami molestowania". Przekonanie to jest na tyle powszechne, że związek między molestowaniem, a późniejszymi zaburzeniami psychicznymi, stał się popularnym tematem wielu książek i filmów (np. "Forresta Gumpa" czy "Rzeki tajemnic").

Szkodzi, ale nie aż tak

Autorzy książki nie twierdzą, że molestowanie seksualne dzieci nie wiąże się z szeregiem bolesnych i szkodliwych skutków, uważają jednak, że związek między wykorzystywaniem, a zaburzeniami psychicznymi, jest mniejszy, niż przypuszczano. Z cytowanych w publikacji badań wynika bowiem, że "brak jest empirycznych świadectw wskazujących na trwałe skutki molestowania seksualnego", są natomiast badania wskazujące, że ofiary molestowania mają większą odporność psychiczną.

Proklamacja emancypacji pedofilów

Podobne wyniki badań (przeprowadzonych przez zespół Bruce'a Rinda), opublikowane zostały, w 1998 roku, w "Psychological Bulletin", jednym z najbardziej prestiżowych pism psychologicznych. Publikacja wywołała "ogólnokrajową polityczną burzę", ponieważ wyniki pokazały, że "pomiędzy faktem molestowania seksualnego w dzieciństwie a 18 analizowanymi kategoriami zaburzeń psychicznych okresu dorosłości, w tym depresją, stanami lękowymi i zaburzeniami łaknienia, istnieje tylko niewielka zależność". Oczywiście wyniki badania (przeprowadzonego na studentach) poddano krytyce, a wśród komentarzy pojawiły się i takie: (jest to) "śmieciowa nauka w najgorszym wydaniu" , "niemal jawna próba uczynienia z pedofilii normalnego zjawiska", a nawet "proklamacja emancypacji pedofilów".

Pacjentów jest za dużo

Skąd wzięło się powszechne przekonanie o tym, że osoba molestowana sama będzie wykorzystywała dzieci lub, w najlepszym razie, pojawią się u niej zaburzenia? Najprawdopodobniej stąd, że psychologowie i psychiatrzy spotykają się wyłącznie z ofiarami molestowania, które mają jakieś problemy psychiczne - ci, którzy takich nie zgłaszają, nie są brani pod uwagę. Gdyby więc "klinicyści mieli równie częste i głębokie kontakty z osobami zdrowymi psychicznie, jak ze swoimi pacjentami, prawdopodobnie odkryliby, że w obu tych grupach przypadki molestowania seksualnego w dzieciństwie są prawie tak samo częste".

V. Badanie z użyciem wariografu to niezawodna metoda wykrywania nieuczciwości.

Badania pokazują, że każdy człowiek przynajmniej raz dziennie kłamie. Jednak to, że sami oszukujemy, nie sprawia, że lepiej potrafimy wykryć kłamstwo drugiej osoby. Nawet ludzie "którzy z racji wykonywanego zawodu powinni (...) mieć szczególne do tego predyspozycje , na przykład sędziowie i policjanci, zwykle nie potrafią rozpoznać kłamstw lepiej niż ktoś, kto zdaje się po prostu na ślepy traf".

Lepkie podniebienie

Dlatego już od czasów starożytnych ludzie poszukiwali sposobów, które pozwoliłyby im przyłapać kłamcę. Jeden z ciekawszych pochodzi ze starożytnych Indii. "Test ryżowy" polegał bowiem na założeniu, że "jeżeli oszustwu towarzyszy lęk, a lęk wstrzymuje wydzielanie śliny, to kłamca nie będzie w stanie wypluć przeżutego ryżu, bo przyklei mu się do podniebienia". Podobną logiką kierowali się zapewne XVI- wieczni inkwizytorzy, którzy dowodzili, że kobiety, które po wrzuceniu do rzeki unoszą się na wodzie, są czarownicami (lżejszymi niż normalni ludzie),a te, które toną - mówiły podczas zeznań prawdę.

Wariograf kłamie

Kiedy na początku XX wieku William Marston skonstruował wariograf, wydawało się, że nikomu nie uda się już przechytrzyć organów sprawiedliwości. Urządzenie, które w formie wykresu podaje "ciągły zapis aktywności fizjologicznej, obrazujący na przykład przewodnictwo skórne, ciśnienie krwi i oddech" miało niezawodnie wykrywać każde kłamstwo. I chociaż w to, że tak się rzeczywiście dzieje, wierzą dziś miliony ludzi - niezawodność wariografu również jest oszustwem.

Czym się denerwujesz?

Najważniejszym momentem badania jest bowiem interpretacja wykresu przez odpowiednio przeszkolonego człowieka, który zadaje pytania. A tego typu interpretacje są niełatwe, ponieważ jednostki różnią się między sobą pod względem aktywności fizjologicznej. Wobec tego "człowiek uczciwy, który obficie się poci (pot sprawia, że skóra lepiej przewodzi prąd elektryczny - przyp. red.) , zostanie uznany za oszusta, a kłamcy, który poci się niewiele, wszystko ujdzie na sucho". I chociaż istnieją metody kontrolne, pomagające poznać typową reakcję na kłamstwo (zadawanie pytania kontrolnego, które zmusza do skłamania) to "jeżeli wyniki badań wariografem wskazują, że pytania dotyczące analizowanego zdarzenia wywołały silniejszą reakcję badanego niż pytania kontrolne, to możemy na tej podstawie stwierdzić tylko, że słysząc te pytania... człowiek ten bardziej się denerwował". A, jak twierdzą autorzy "50 wielkich mitów..." zdenerwować może już samo badanie, wspomnienie przykrego wydarzenia, obecność policjanta.

2/5 niewinnych

Być może za stosowaniem wariografu przemawia fakt, że "większość z tych, którzy nie przeszli badania pomyślnie, zwykle przyznaje się później do kłamstwa" jednak badania Davida Lykkena (przeprowadzone w 1998 roku), wykazały, że faktyczną skuteczność tej metody określił na 85 proc. w przypadku osób winnych i 60 proc., gdy problemem jest wskazanie niewinności. Jeżeli Lykken ma rację, to aż dwie piąte ludzi poddawanych testowi może zostać bezzasadnie oskarżonych o popełnienie czynu, którego nie popełnili.

Zobacz, jak wygląda badanie wariografem:

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: mity

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama