Reklama

Łukasz Remiś: "Matrix Zmartwychwstania", praca przy nim była przyjemnością

W Polsce mieszka wiele utalentowanych osób, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Jedną z nich jest Łukasz Remiś, specjalista od efektów wizualnych. Swój udział miał między innymi przy tworzeniu takich hitów jak: "Star Trek: Discovery", "Gra o tron", "The Mandalorian", "Loki" czy "Matrix Zmartwychwstania". Spytaliśmy go, jak wygląda praca przy takich produkcjach od środka i jakie ciekawe historie skrywa jego zawód.



Mateusz Zajega, Interia: Na czym dokładnie polega twoja praca?

Łukasz Remiś: - Zajmuję się efektami wizualnymi w filmach, a konkretniej compositingiem, czyli jednym z elementów tworzenia ich. Generalnie polega to na łączeniu materiału filmowego z trójwymiarowymi animacjami komputerowymi. Jest to finałowy etap przygotowania poszczególnych ujęć filmowych.

- Zazwyczaj mam przypisane kilka ujęć przy danym projekcie z jasno określonym deadlinem. Raz lub dwa razy w ciągu dnia odbywają się spotkania, na których omawiamy nasze plany, i podczas których dostaję też jakieś uwagi od kierownika będącego na bieżąco z moimi pracami. Więc najczęściej od rana wprowadzam zmiany zgodnie z życzeniami jego, studia lub reżysera. Tak to mniej więcej wygląda.

Reklama

"Matrix Zmartwychwstania", "The Mandalorian", "Gra o Tron" - niezły dorobek!

- Mam tam parę fajnych tytułów, choć efektami nie zajmuję się od dawna, bo od około sześciu lat. Wcześniej zajmowałem się bardziej standardową grafiką - ulotki, gazety, książki, strony internetowe, ale efekty zawsze mnie kręciły i postanowiłem, że trzeba pójść w tym kierunku. Przebranżowiłem się, nauczyłem oprogramowania i powoli od jakichś małych produkcji amatorskich doszedłem do coraz ciekawszych aż w 2017 roku trafiłem do niemieckiej firmy Pixomondo, gdzie pracowałem przy kilku większych produkcjach jak "Gra o Tron", "Star Trek: Discovery" czy właśnie "The Mandalorian".

Co myślisz o najnowszym Matriksie? Czego możemy się spodziewać?

- Niestety, moim zdaniem "Matrix Zmartwychwstania" jest średni. Na etapie tworzenia efektów nie mamy wglądu do filmu, widzimy tylko niektóre sceny, więc wtedy ciężko powiedzieć, czy produkcja będzie dobra. Akurat przedwczoraj byłem w kinie na Matriksie i trochę z tego odgrzewany kotlet zrobili, ale pod względem efektów film jest na porównywalnym poziomie z poprzednimi częściami.

Zdarzyły ci się jakieś ciekawe historie podczas produkcji wielkich hitów?

- Miałem taką sytuację, że pracowałem przy ostatnim sezonie "Gry o Tron" i akurat z ujęć, które miałem, wiedziałem, jak się zakończy serial i kto z kluczowych postaci zginie. Serial śledziłem jako widz, więc... taki niemiły spoiler mi się przydarzył.

A jakaś anegdota związana na przykład z "Mandalorianem"?

- Była to inna produkcja niż zazwyczaj, bo pracowaliśmy na ujęciach robionych w nowej technologii, czyli nie na jakichś green screenach, tylko w studio, które jest w całości otoczone ekranami LED-owymi i na żywo wyświetla scenografię. Więc zajmowaliśmy się głównie drobiazgami oraz dodawaniem stworzeń.

Czyli green screeny powoli wychodzą z użycia?

- Ekrany LED-owe już stosuje się w coraz większej liczbie produkcji i będzie stosowało się jeszcze częściej. Bardzo mocno poprawiają one realizm ujęć, dlatego więcej tego typu studiów powstaje na całym świecie. Jednak na pewno green screeny nie odejdą w zapomnienie, bo nie wszystko da się zrobić z użyciem wspomnianych ekranów.

Co najbardziej i najmniej lubisz w swojej pracy?

- Bardzo lubię to, że jest to praca kreatywna. Compositing wymaga często rozwiązywania problemów, ponieważ nie zawsze wszystko jest pięknie i ładnie poukładane. Czasami czegoś brakuje, coś nie działa, dostaję jakieś elementy, które w 100 procentach nie grają tak jak powinny - no i trzeba to wszystko naprawić i połączyć.

Zdarzają się jednak upierdliwe komentarze reżysera czy kierownika, którzy potrafią się przyczepić do pojedynczego piksela i stworzyć kilka dni pracy nad rzeczą, której nikt nie zobaczyłby na ekranie. Przy dużych produkcjach poziom kontroli jakości jest mocno wyśrubowany i dosłownie sprawdza się poszczególne klatki po każdym pikselu, więc jest to dosyć frustrujące. Czasami ma się dość jakiegoś ujęcia, a ktoś dalej ma uwagi, które niewiele wnoszą.

Przed wakacjami pracowałem przy serialu "Loki" i mieliśmy tam ujęcie, które do ostatniej minuty znajdowało się na tapecie. Brakowało czasu, wystąpiły mocne opóźnienia, pracowaliśmy chyba do szóstej rano i przyszła wiadomość, że coś się nie zgadza z dopasowaniem dźwięku i wszystko jest do wyrzucenia. Na szczęście ostatecznie przyjęli nasze fragmenty tylko zmienili dźwięk.

Ale ogólnie bardzo lubię swoją pracę.

Udział przy produkcji którego filmu uważasz za swój największy sukces?

- Jestem zadowolony, że pracowałem przy "Matriksie". Bardzo przyjemnie było w czymś takim uczestniczyć. Myślę, że "Star Trek: Discovery" też był fajną pozycją, tym bardziej, że za dzieciaka oglądałem wszystkie możliwe "Star Treki", więc to bardzo "fanowska" pozycja dla mnie. Generalnie jestem zadowolony z większości rzeczy, przy których pracowałem. Jednak mam nadzieję, że jeszcze dużo przede mną.

Jak trafić do produkcji takich filmów?

- Na pewno nie ma jednej drogi. W Polsce niekoniecznie są szkoły przygotowujące do tego, może bardziej pod kątem animacji. Natomiast na zachodzie znajduje się wiele instytucji edukacyjnych specjalizujących się w poszczególnych dziedzinach efektów specjalnych. Akurat ja jestem całkowitym samoukiem. Można więc pójść do szkoły, można nauczyć się samemu. Na pewno droga wiedzie od małych produkcji do tych większych.

Masz jakieś rady dla osób chcących pójść w twoje ślady?

- Zdecydowanie próbować. Ja efektami interesowałem się od lat 90. i wtedy to wszystko wyglądało inaczej. Mieszkając w Polsce, można było tylko pomarzyć o pracy przy dużych produkcjach. Dziś świat stoi otworem. Nie jest to wcale takie trudne.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nowy "Matrix" bez sióstr Wachowski? Były takie plany

Rozmawiał: Mateusz Zajega

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama