Astrofizyka dla zabieganych - recenzja

Neila deGrasse'a Tysona nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, biorąc pod uwagę profil naszej strony - to jeden z największych żyjących propagatorów nauki, który przejął schedę po nieodżałowanym Carlu Saganie prowadząc nową edycję kultowego programu Kosmos. Parę dni temu w naszym kraju ukazała się jego najnowsza książka, do której przeczytania również specjalnie nie musimy chyba nikogo zachęcać. Ale mimo wszystko to zrobimy.

Neila deGrasse'a Tysona nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, biorąc pod uwagę profil naszej strony - to jeden z największych żyjących propagatorów nauki, który przejął schedę po nieodżałowanym Carlu Saganie prowadząc nową edycję kultowego programu Kosmos. Parę dni temu w naszym kraju ukazała się jego najnowsza książka, do której przeczytania również specjalnie nie musimy chyba nikogo zachęcać. Ale mimo wszystko to zrobimy.

Neila deGrasse'a Tysona nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, biorąc pod uwagę profil naszej strony - to jeden z największych żyjących propagatorów nauki, który przejął schedę po nieodżałowanym Carlu Saganie prowadząc nową edycję kultowego programu Kosmos. Parę dni temu w naszym kraju ukazała się jego najnowsza książka, do której przeczytania również specjalnie nie musimy chyba nikogo zachęcać. Ale mimo wszystko to zrobimy.

Książka ta zatytułowana jest Astrofizyka dla zabieganych (w angielskim wydaniu Astrophysics for People in a Hurry zostało bestsellerem numer 1 na liście New York Timesa) i tytuł w zasadzie mówi wszystko. Tak w zasadzie jest to zbiór esejów autora, jednak raczej ich nie czytaliście, bo ukazywały się one nieregularnie w latach 1997-2007 w magazynie Natural History. Ale nie znaczy to, że są to niepowiązane ze sobą historyjki - ułożone w odpowiedniej kolejności tworzą one raczej jedną wielką opowieść o biblijnych proporcjach opowiadając nam historię od stworzenia wszystkiego, aż po jeszcze niezapisane karty historii ludzkości.

Reklama

Zdj.: wydawnictwo Insignis

To, że książka składa się z serii felietonów sprzyja tylko jej kieszonkowemu charakterowi - możecie ją wrzucić do torby i poczytać sobie w autobusie czy w metrze w drodze do szkoły lub pracy, możecie zerknąć do niej podczas przerwy na kawę.

Tyson (pisaliśmy, że przedstawiać nie trzeba, ale dla porządku - absolwent Harvardu, były szef Hayden Planetarium w nowojorskim American Museum of Natural History, założyciel Departamentu Astrofizyki w tej instytucji, autor wielu programów popularnonaukowych i popularnego podcasta StarTalk) słynie z lekkiego pióra i umiejętności zainteresowania czytelnika nawet najbardziej złożonym tematem i nie inaczej jest tutaj - przygotujcie się na to, że sięgając po książkę przeczytacie z zapartym tchem kilkanaście czy kilkadziesiąt stron, które dadzą Wam intelektualną pożywkę na długi czas - złapiecie się na tym, że rozmyślacie nad podjętymi przez autora kwestiami na wiele dni po tym, jak książkę odłożycie.

Zdj.: Miller Mobley

Tu dodatkowy plus należy się dla wydawcy - Astrofizyka dla zabieganych powinna zachwycić wszystkich, którzy lubią wydania kieszonkowe. Jest ona bardzo kompaktowa, a przy tym wydana na tyle ładnie, że widząc ją w księgarni aż chce się ją wziąć w dłonie.

Jeszcze dodatkowa uwaga - w porównaniu do , książka jest nieco trudniejsza, jest to nadal dość lekki tytuł popularnonaukowy, jednak po prostu skierowany do dojrzalszego odbiorcy. Nie powinna ona sprawić najmniejszego problemu dorosłej osobie, zwłaszcza interesującej się tematyką, jednak młodsi czytelnicy mogą mieć problem z pełnym zrozumieniem wszystkiego (pomimo wielkiego daru Tysona do prostego wyjaśniania złożonych kwestii niektóre problemy są po prostu zbyt skomplikowane).

Mamy też dla Was dobre wieści przed świętami - już niedługo będziemy mieli do rozdania parę egzemplarzy tej książki (i nie tylko), dlatego miejcie oczy szeroko otwarte.

Zdj.: wydawnictwo Insignis

Geekweek
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy