Reklama

Mniej chluby pod Lenino

Wielkie straty oddziałów generała Zygmunta Berlinga w bitwie pod Lenino były skutkiem nie tylko wyjątkowo zaciętych walk, lecz także marnego przygotowania natarcia.

Lenino to niewielka miejscowość położona w tak zwanej Bramie Smoleńskiej nad rzeką Miereją, wzdłuż której niemiecka 4 Armia generała Gottharda Heinriciego stworzyła silną pozycję obronną zwaną Pantherstellung, zamykając korytarz wiodący z obszaru Smoleńska na Białoruś. Tam właśnie 1 Dywizja Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki dowodzona przez generała Zygmunta Berlinga stoczyła 12 i 13 października 1943 roku bój, który przez kilka dziesięcioleci był symbolem polsko-sowieckiego braterstwa broni. Wtedy obchodzono też święto ludowego Wojska Polskiego.

Ciężkie boje

Bitwa rozpoczęła się 12 października o godzinie 5.55 - wtedy rozpoznanie walką przeprowadziły dwie kompanie z 1 Batalionu 1 Pułku Piechoty dywizji kościuszkowskiej. Właściwe natarcie nastąpiło cztery i pół godziny później. Po skróconym tylko do czterdziestu minut przygotowaniu artyleryjskim 1 i 2 Pułk Piechoty sforsowały Miereję, a w wyniku pierwszego uderzenia opanowały przedni skraj obrony niemieckiej 337 Dywizji Piechoty (na prawym skrzydle znajdował się 688 Pułk Piechoty, na lewym - 313 Pułk Piechoty).

Przez dwa dni toczyły się ciężkie boje, nie udało się jednak faktycznie przełamać Pantherstellung. Oddziały polskie były bowiem intensywnie bombardowane i ostrzeliwane z powietrza przez nieprzyjacielskie samoloty ściągnięte na pole bitwy. Zmasowany ostrzał prowadziła również artyleria pozostająca w dyspozycji dowódcy 337 Dywizji Pancernej (dywizyjny 337 Pułk Artylerii i pięć dywizjonów artylerii z XXXIX Korpusu Pancernego).

Reklama

Do zablokowania rejonu zajętego przez polskie wojska, w pasie od miejscowości Połzuchy przez Trygubową do wsi Lenino, przeciwnik użył także osiemnastu dział Sturmgeschütz z 185 Brygady Dział Szturmowych i ośmiu samobieżnych dział Marder II i III z 4 Kompanii 742 Dywizjonu Niszczycieli Czołgów.

Stalin zarządza odwrót

13 października o godzinie 17.30 Józef Stalin rozkazał wycofać 1 DP imienia Tadeusza Kościuszki z walki, bowiem powodzenie jej natarcia nie rokowało dobrze, straty były coraz większe. W dywizji oraz w podległym jej 1 Pułku Czołgów ubyło 3054 żołnierzy w tym 168 oficerów, 633 podoficerów i 2253 szeregowych, co stanowiło 23,7 proc. stanu osobowego.

Przyjmuje się, że poległo i zmarło w wyniku odniesionych ran 510 żołnierzy, 1776 osób było rannych i kontuzjowanych, a zaginęło bez wieści 768. Wśród tych ostatnich byli wzięci przez Niemców do niewoli (wielu rannych), a także spora grupa dezerterów. Po bitwie w niemieckiej okupacyjnej prasie zamieszczono imienną listę tak zwanych zbiegów z dywizji kościuszkowskiej, na której znalazło się prawie 250 nazwisk. Fakt ten wykorzystano do przeprowadzenia propagandy antykomunistycznej na terenie Generalnej Guberni i ziemiach wcielonych do Rzeszy.

Decyzję Stalina przekazano sztabowi sowieckiej 33 Armii, skąd trafiła do generała Berlinga. W nocy z 13 na 14 października kościuszkowców zluzowali czerwonoarmiści z 164 DP. Po odejściu Polaków niemiecka 337 DP, wzmocniona w trakcie bitwy częścią 252 DP i 189 Dywizjonem Dział Szturmowych z 78 Dywizji Szturmowej, odrzuciła sowieckie pułki piechoty (531. i 820.) z 164 DP za Miereję, co spowodowało zlikwidowanie wyłomu i odzyskanie utraconych wcześniej stanowisk.

Tym samym efekty operacyjne dwudniowego natarcia polskiej dywizji całkowicie zaprzepaszczono. Mimo to, ze względów politycznych i propagandowych, bitwę pod Lenino przedstawiano jako wielkie zwycięstwo kościuszkowców i Armii Czerwonej.

Zawiodły czołgi

Wielkie straty oddziałów generała Berlinga w bitwie pod Lenino były skutkiem nie tylko tego, że toczone walki miały wyjątkowo zacięty charakter, lecz także marnego przygotowania natarcia pod względem organizacyjnym, technicznym i artyleryjskim, nieudolnego dowodzenia podczas bitwy, braku należytej dyscypliny i słabego morale niektórych dowódców, politruków i żołnierzy. Szczególnie krytycznie oceniano działania 1 Pułku Czołgów, któremu generał Berling w rozkazie bojowym nr 14 polecił przejechanie "przez przeprawy na rzece Miereja w rejonie Sysojewo i miasta Lenino z chwilą wyjścia piechoty na zachodni brzeg rzeki Miereja". Stamtąd czołgi miały pomóc piechocie "w opanowaniu rubieży: zachodni skraj lasu 1,5 kilometra na zachód od Puniszcze, krzaki na południe od tego lasu", a następnie wspierać jej uderzenie w kierunku miejscowości Piankowo i Wereszczaki.

Zadania nie udało się wykonać, gdyż większość pojazdów zagrzebała się w błocie na samym początku natarcia - podczas forsowania rzeki. Błotnista dolina Mierei była zaporą nie tylko dla czołgów średnich T-34, lecz także znacznie lżejszych T-70M. Do wieczora 12 października na zachodnim brzegu rzeki znalazło się tylko 14 zdatnych do boju pojazdów (12 typu T-34 i 2 typu T-70M). W tym czasie siła natarcia piechoty już jednak malała. Wiele trudu kosztowało odparcie coraz gwałtowniejszych kontrataków niemieckich. Nie było mowy o żadnym ruchu do przodu.

Na liście zaginionych

Następny dzień też nie przyniósł przełomu. Były ogromne problemy z koordynacją działań pododdziałów czołgów, ich współdziałaniem z piechotą, a nawet łącznością dowództwa pułku z pododdziałami. Kluczowe decyzje podejmowali więc dowódcy kompanii, często bez rozeznania w sytuacji. Jedenaście czołgów T-34 z 1 i 2 Kompanii, mających wspierać uderzenie 3 Pułku Piechoty, oderwało się od piechurów, którzy dostali się pod ogień prowadzony z broni maszynowej.

Osamotnione zostały ostrzelane przez działa przeciwpancerne i z wielkim trudem, po stracie trzech pojazdów, powróciły na stanowiska wyjściowe. Tragicznie zakończyło się natarcie 3 Kompanii, która miała wspierać natarcie 2 Pułku Piechoty w kierunku wsi Połzuchy. Tu też pięć czołgów oderwało się od piechoty i spróbowało zaatakować samodzielnie. Po chwili znikły z oczu piechurów za niewielkim wzniesieniem terenu.

W sztabie 1 DP odebrano jeszcze meldunek, że dojechały do przedniego skraju pozycji niemieckich. I to była ostatnia informacja, bowiem czołgów już więcej nie widziano. Do dziś nie ma informacji o losach ich załóg. Wciąż są na liście zaginionych.

Berling wyjaśnia

Ocenia się, że pułk poniósł niewspółmiernie duże straty w stosunku do efektu, jaki w bitwie osiągnął: 76 ludzi, w tym 6 zabitych, 48 rannych, 20 zaginionych, a także znaczna ilość sprzętu. 15 października 1943 roku z przewidzianych w etacie 39 czołgów (32 typu T-34 i 7 typu T-70M) sprawnych było tylko 18 (13 typu T-34 i 5 typu T-70M). W 3 Kompanii Czołgów nie było ani jednego wozu pancernego zdolnego do boju.

Zaraz po zakończeniu bitwy generał Berling powiedział: "Czołgi to zagadnienie osobne. Dostały rozkaz natarcia w szykach piechoty, a jedna kompania została w moich rękach w odwodzie. Czołgi trafiły na bardzo złe warunki. Saperzy zbudowali most na 60 ton, ale na łąkach, gdzie grzęzły nawet wozy, nie było pomostu, więc zagrzęzły i czołgi. W nocy wydałem rozkaz wprowadzenia czołgów do walki, ale czołgi nie mogły wykonać tego rozkazu. Z rana czołgi podeszły.

Dwie kompanie dałem do dyspozycji Kieniewicza [pułkownik Bolesław Kieniewicz, zastępca dowódcy do spraw liniowych - przyp. W.R.], jedną do dyspozycji Czerwińskiego [pułkownik Gwidon Czerwiński, dowódca 2 Pułku Piechoty - przyp. W.R.]. Czerwiński dał rozkaz zgniecenia gniazd cekaemów, ale czołgi poszły na jakieś własne zadanie. Zadanie Kieniewicza również nie zostało wykonane. Czołgom nie podobało się walczyć w szykach piechoty - poszły robić manewry".

"Bo tam strzelają"

W swojej wypowiedzi generał Berling zaakcentował, że o niepowodzeniu zadecydował głównie brak dobrych podjazdów do Mierei. Wprawdzie saperzy zbudowali mosty o wystarczającej nośności, ale nie rozpoznali dokładnie terenu, po którym miały przejechać czołgi. Generał Berling przytoczył tylko słowa jednego z saperów, który wyjaśnił mu, że dolina nie została rozpoznana, "bo tam strzelają".

Za rozpoznanie warunków terenowych i dopilnowanie przygotowania 1 Pułku Czołgów do natarcia odpowiedzialny był jego dowódca podpułkownik Anatol Wojnowski.

Nie wywiązał się on z tych obowiązków. Wezwany po bitwie do raportu przez generała Berlinga "ukrył się w szpitalu i słuch po nim zaginął. Dowództwo 1 Pułku Czołgów objął pułkownik Czajnikow [Piotr Czajnikow - przyp. W.R.], dotychczasowy szef sztabu pułku. W czasie bitwy on dowodził pułkiem, podczas gdy Wojnowski, odurzony alkoholem do nieprzytomności, leżał w jakiejś stodole. Mnie [generała Berlinga - przyp. W.R.] poinformowano, że uległ on gwałtownemu atakowi kamicy nerkowej".

Generał Berling nie napisał jednak, że wcześniej bezskutecznie próbował zdjąć podpułkownika Wojnowskiego z funkcji dowódcy 1 Pułku Czołgów. Nie nadawał się on na to stanowisko - czuł się obywatelem ZSRR, do tego pokrzywdzonym, gdyż wbrew swojej woli, z powodu polskiego pochodzenia, został odkomenderowany z Armii Czerwonej do Wojska Polskiego. Powszechnie wiedziano, że nadużywa alkoholu, w sztabie urządza częste libacje, w których biorą udział szef sztabu major Jurasow, jego zastępca kapitan Aleksander Kozakow i zastępca dowódcy pułku do spraw technicznych major Kazimierz Demianowicz. Ignoruje ponadto swoje obowiązki, nie umie zaprowadzić porządku i dyscypliny w pułku.

Kolejna pijacka awantura

Okazja do zdjęcia podpułkownika Wojnowskiego ze stanowiska nadarzyła się 20 czerwca 1943 roku, kiedy doszło do kolejnej awantury wywołanej alkoholem. Tego dnia Wojnowski upił się z majorem Jurasowem. W pewnym momencie wybiegł w nocy na teren obozu i zaczął strzelać z rewolweru do wartowników, wznosząc przy tym wulgarne okrzyki pod adresem Polski, Polaków i Związku Patriotów Polskich. Pijany Jurasow powiadomił o wyczynach Wojnowskiego porucznika Jerzego Putramenta (znanego w PRL literata), zastępcę dowódcy pułku do spraw oświatowych, który tak opisał to wydarzenie: "Dopadamy do pułkownika [Wojnowskiego - przyp. W.R.].

Piana z ust, rewolwerem wymachuje. Kilka sosen dalej przestraszona sylwetka wartownika pod namiotem żołnierskim. Chwytamy podpułkownika pod ramiona. Szef sztabu Jurasow coś do niego zagaduje. Ja jestem tak wściekły, że milczę. Tylko wyłuskuję mu rewolwer. Pułkownik się opiera, nie chce iść spać. Lekko wykręcamy mu ręce. Wykręciłbym silnej. Rusza wreszcie. Idzie i klnie na cały las. Klnie bardzo konkretnie: dywizję, ZPP, Wasilewską. [...] Wleczemy go do naszego domku. W pokoju każemy iść do łóżka. Nie chce. Zaczynamy go przemocą rozbierać. Nie poddaje się. Wtedy szef sztabu ciska go na łóżko i chwyta za gardło. Korzystam z okazji i ściągam zeń spodnie. To pomaga. Bez spodni daje się ułożyć, mówi nawet "dobranoc" i zaraz zasypia".

Niestety, wniosek generała Berlinga skierowany do Głównego Zarządu Kadr Armii Czerwonej o wyznaczenie nowego dowódcy 1 Pułku Czołgów nie uzyskał akceptacji. 24 czerwca 1943 roku podpułkownik Wojnowski powrócił więc na stanowisko dowódcy pułku. I poprowadził swój oddział do boju z wiadomym skutkiem pod Lenino. Ostatecznie został odwołany, ale dopiero 17 listopada 1943 roku.

Waldemar Rezmer

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: stalin | ZSRR | bitwa | Polska | II wojna światowa | wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy