Reklama

Niezastąpiona ikona seksu

Dokładnie 48 lat temu, bladym świtem 5 sierpnia 1962 r., nagą Marilyn Monroe znaleziono martwą w jej posiadłości na przedmieściach Los Angeles. Tym razem seksbomba do łóżka zabrała znacznie więcej niż, jak to miała w zwyczaju, kropelkę ulubionych perfum Chanel...

Leżącą na łóżku, z bezwładnie zwisającą głową i słuchawką telefoniczną w ręku, nagą Marilyn znalazł jej osobisty psychiatra - dr Ralph Greenson. Wokół ciała 36-latki, ubranej jak co noc "wyłącznie w zapach perfum" walały się puste opakowania po środkach nasennych i lekach antydepresyjnych. Policyjni śledczy nie mieli problemów z ustaleniem przyczyny zgonu. W organizmie aktorki znaleziono znaczne ilości barbituranów (m.in. pentobarbital) oraz wodzian chloralu. Jak napisano w raporcie, śmierć nastąpiła z powodu "świadomego przedawkowania leków uspokajających, co wskazuje na samobójstwo".

Reklama

Od smutnego dzieciństwa do Marilyn

Marilyn Monroe tak na prawdę nazywała się Norma Jean Mortenson i przyszła na świat w Los Angeles 1 czerwca 1926 r. Nigdy nie poznała swojego prawdziwego ojca, a jej matka prawdopodobnie nawet nie wiedziała, kto nim był. Z powodu jej choroby psychicznej, przyszła Marilyn poniewierała się po sierocińcach i rodzinach zastępczych.

W wieku 16 lat - wtedy jeszcze brunetka - poślubiła kolegę, pracownika fabryki samolotów. Małżeństwo nie trwało długo. Porzucona dziewczyna zaczęła zarabiać jako modelka. Wkrótce jej zdjęcia w kostiumach kąpielowych zauważyli producenci filmowi i zaoferowali aktorski kontrakt.

Przed pierwszą rolą dwudziestolatka obrała pseudonim artystyczny Marilyn Monroe, który był połączeniem sugestii producentów z panieńskim nazwiskiem matki.

Od nieznanej aktoreczki do blond piękności

Pod koniec lat 40. ubiegłego wieku Marilyn wystąpiła w kilku filmach, ale bez większego sukcesu. Wtedy zaczęła uczęszczać do szkoły aktorskiej i wróciła do pracy modelki. W 1949 r. wystąpiła w rozbieranej sesji, z której zdjęcia ukazały się dopiero cztery lata później w pierwszym numerze "Playboya".

Na początku lat 50. Marilyn ponownie pojawiła się na ekranie. Role w takich produkcjach, jak "Asfaltowa dżungla" czy "Wszystko o Ewie", otworzyły jej drzwi do dalszej kariery, a wytwórnia filmowa Fox, która jeszcze dwa lata wcześniej nie chciała jej zatrudniać, zabiegała o podpisanie kontraktu.

Po raz pierwszy Marilyn wystąpiła jako ponętna platynowa blondynka, z podkreślonym kredką pieprzykiem, w filmie "Małpia kuracja", a status seksbomby i jednocześnie wielkiej gwizdy kina przyniosła jej komedia muzyczna "Mężczyźni wolą blondynki".

Nowy image Marylin był inspirowany wizerunkiem Jean Harlow, aktorki występującej w produkcjach z lat 30. ubiegłego wieku, m.in. w filmie "Platynowa blondynka".

Od popularności do szaleństwa

Kariera Marylin nabrała rozpędu w połowie lat 50., kiedy to producenci zorientowali się, że całe Stany Zjednoczone, a potem cały świat, zwariowały na punkcie zniewalającej blondynki. Zwłaszcza mężczyźni musieli zwariować, kiedy w 1955 r. wyświetlano w kinach "Słomianego wdowca". To właśnie w tym filmie pęd powietrza, wywołany przez przejeżdżający pociąg metra, niespodziewanie podwiewa do góry białą suknie Marilyn...

A czy ty oparłbyś się urokowi Marilyn:

Między kolejnymi rolami blondpiękność cieszyła się życiem - głównie wydając pieniądze na błyskotki (wszak: "najlepszymi przyjaciółmi kobiety są diamenty" ) i romansując z kolejnymi amantami. W 1954 r. poślubiła bejsbolistę Joe DiMaggio. Z racji niewierności Marilyn i chorobliwej zazdrości DiMaggio małżeństwo szybko rozpadło się. Dwa lata później aktorka wyszła za scenarzystę Arthura Millera. Wspólne życie trwało cztery lata i zostało przypieczętowane filmem "Skłóceni z życiem", który opowiadał ich własną historię.

Od uwielbienia do nienawiści

Choć Marylin żyła w bogactwie i otaczała się naprawdę wspaniałymi ludźmi, to nie była szczęśliwa. Po rozstaniu z Millerem coraz częściej nadużywała ulubionego Dom Perignom rocznik '53 i leków antydepresyjnych. Jej chandry kończyły się atakami bulimii.

George Cukor, reżyser "Something's got to give" - ostatniego (nie ukończonego) filmu, w którym zagrała aktorka - nie mógł się z nią porozumieć. Narzekali na nią także producenci. Koniec końców wytwórnia Fox zerwała z nią kontrakt. Nie przejmując się tym zbytnio Marylin rzuciła pracę i pojechała zaśpiewać prezydentowi Johnowi F. Kennedy'emu "Happy Birthday Mr. President" z okazji jego 45. urodzin. Sukienka, którą wtedy miała na sobie - jak zwykle tak ciasna, że musiała być zszywana na niej - została sprzedana na aukcji w 1999 r. za 1,26 mln dolarów.

Od gwiazdy do ofiary

Przez ostatnie miesiące życia Marylin żyła jak odludek w swoje rezydencji Brentwood na skraju Los Angeles. Z nikim nie rozmawiała tak dużo jak z dr. Ralphem Greensonem, osobistym psychiatrą. To właśnie po niego zadzwoniła pokojówka Eunice Murray, która nie mogła się dostać do rezydencji, ani skontaktować z aktorką. Zaniepokoił ją natomiast fakt, że w sypialni gwiazdy świeci się światło.

Greenson musiał wybić szybę w oknie, by dostać się do pokoju Marylin. Niedługo po tym, jak stwierdził zgon, wezwano policję.

Posłuchaj, jak śpiewała Marylin Monroe. Toż to sam seks:

Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było przedawkowanie środków uspokajających. Mimo tego w dalszym ciągu nie milkną głosy, że nie było to samobójstwo.

Według spiskowych teorii, Marilyn została zamordowana przez Roberta Kennedy'ego, być może działającego z polecenia swojego brata - Johna. Obaj panowie mieliby się obawiać, że aktorka upubliczni ich romanse (Marilyn miała sypiać z oboma braćmi), a także rozliczne tajemnice państwowe, którymi John miał ponoć obficie raczyć seksbombę podczas wspólnych miłosnych uniesień.

Wiarygodności tej teorii dodaje fakt, że Robert Kennedy był 4 sierpnia 1962 r. w Los Angeles. Pokojówka aktorki zeznała nawet, że młodszy brat prezydenta USA przebywał w posiadłości aktorki feralnej nocy. Fakt ten nie został jednak potwierdzony.

Nawet prawie pół wieku od chwili śmierci Marilyn Monroe nadal pozostaje, i zapewne jeszcze na długo pozostanie, ikoną seksu i popkultury. Jej zagadkowa śmierć dodatkowo wzmaga przekonanie, że tak wyjątkowa i zjawiskowo piękna platynowa blondynka w historii show-biznesu mogła być tylko jedna.

Marcin Wójcik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy