Reklama

Operación San Lorenzo: Akcja ratownicza, która poruszyła cały świat

Operacion San Lorenzo to jedna z najsłynniejszych akcji ratunkowych w dziejach świata /Vicente Tapia/LatinContent /Getty Images

Reklama

13 października 2010, godzina 21:55, kopalnia San José w Chile. Luis Urzúa, na oczach całego świata, także Polaków, wyjeżdża na powierzchnię w specjalnej kapsule ratunkowej Fenix 2. Po nim, tą samą drogą, spod ziemi wydostaje się jeszcze sześciu ratowników, których koordynowało jedną z najbardziej skomplikowanych, dramatycznych i jednocześnie medialnych akcji ratunkowych w dziejach ludzkości. 33 mężczyzn uwięzionych 625 metrów pod ziemią czekało na ratunek aż 70 dni.

Kopalnia miedzi i złota San José w okolicach 130-tysięcznej miejscowości Copiapó na pustyni Atakama w Chile. Od stolicy kraju, Santiago, miejsce to dzieli aż 830 km. Ale był taki moment w historii, kiedy stało się najważniejszym punktem na mapie południowoamerykańskiego państwa, jednocząc we wspólnym wysiłku trzy niezależne zespoły wiertnicze, amerykańską agencję kosmiczną NASA, kilkanaście przedsiębiorstw z całego świata i praktycznie każde chilijskie ministerstwo. 

5 sierpnia 2010 chilijskie media podały informację o tym, że o godzinie 14:00 na terenie kompleksu kopalń, niedaleko Copiapó doszło do tąpnięcia. W rezultacie zasypany został spiralny korytarz prowadzący do niższych pokładów, blokując wyjście grupie 33 górników, znajdujących się wtedy głęboko pod ziemią. Pozbawieni drogi ucieczki mogli tylko czekać. Nie wiedzieli, że potrwa to ponad dwa miesiące.

Reklama

"Jesteśmy cali, jest nas 33"


Zaraz po wypadku, do akcji ruszyły zespoły ratowników, którzy szybko zorientowali się, że będą potrzebować ciężkiego sprzętu. Z obawy przed kolejnymi osunięciami (7 sierpnia doszło do drugiego tąpnięcia), zaprzestano prób dotarcia do górników przez istniejące szyby. 

Zostało tylko wiercenie w skorupie Atakamy dzień i noc. Tak długo, aż możliwe będzie nawiązanie z nimi kontaktu. Okazało się to trudniejsze, niż początkowo przypuszczano, bo mapy kopalni, którymi dysponowali nadzorujący akcję ratownicy, były przestarzałe. 

Choć pierwsze otwory ominęły miejsce, gdzie schronili się górnicy, grupa słyszała pracę wierteł i przygotowywała się na moment, kiedy któreś z nich wreszcie przebije się przez ścianę. Udało się to 22 sierpnia, 17 dni po tąpnięciu. 

Obsługa wykonująca otwór nagle poczuła miarowe uderzanie w wiertło. Kiedy wyciągnęli sprzęt na powierzchnię, zobaczyli przyklejoną taśmą kartkę z napisem: "Estamos bien en el refugio los 33" (hiszp. "Jesteśmy cali w schronieniu jest nas 33"). Chwilę potem przez dziurę opuszczono kamery, które nagrały żywych górników. 

Przysięga milczenia


Okazało się, że grupa dotarła do "schronienia" czyli wcześniej przygotowanego pomieszczenia, gdzie przechowywano zapasy żywności i wody. Te w założeniu miały wystarczyć na trzy dni, ale dzięki odpowiedniemu racjonowaniu mężczyźni zdołali przeżyć ponad dwa tygodnie.

Jeden z górników, Mario Sepúlveda, już po wyciągnięciu opowiadał: "panowała demokracja, każdy z nas miał jeden głos, ale pracowaliśmy wspólnie, aby utrzymać dobry nastrój. Szukaliśmy dróg wyjścia, myśleliśmy, jak przetrwać. Wiedzieliśmy, że jeśli morale padną, to jesteśmy straceni. Każdego dnia ktoś się łamał, ale ktoś inny go pocieszał". Sepúlveda dodał także, iż mężczyźni złożyli przysięgę, że jeśli przeżyją, nikomu nigdy nie wyjawią szczegółów na temat tego, co działo się pod ziemią.

- To był moment przełomowy - wspomina Leszek Kabłak, polski dziennikarz pracujący wtedy dla TVN24, który w Copiapó spędził 2 tygodnie. - Docierały do nas wiadomości z Chile o zasypanych górnikach, ale nikt nie dawał im większych szans na przeżycie. Kiedy po kilku tygodniach znaleziono tę kartkę, media z całego świata skierowały swoją uwagę na Copiapó. 

- Moi szefowie trafnie wtedy przewidzieli, że mamy do czynienia z wydarzeniem o znaczeniu globalnym - komentuje. - Zjechały setki dziennikarzy z całego globu, Europy, Azji, Ameryki, Reuters, Al-Jazeera. Dorównywało to finałowi mistrzostw świata w piłce nożnej.

W obliczu takiego zainteresowania opinii publicznej władze nie mogły siedzieć bezczynnie. Rozpoczęła się walka o życie uwięzionych górników.

Marihuana, porno i NASA

Na początku nie było wiadomo, jak się za to wszystko zabrać - wspomina Kabłak. - Jak dostarczyć im jedzenie, wodę, lek. Szybko zrobiono niewielki odwiert i opuszczano zapasy, żeby ich utrzymać przy życiu.

Przy życiu, ale także przy zdrowych zmysłach. Oprócz artykułów pierwszej potrzeby - jedzenia, wody czy witamin, na dół wysyłano mikrofony do komunikacji z rodzinami, kamery, dzięki którym górnicy mogli nagrywać wiadomości do zewnętrznego świata, ale także... marihuanę i czasopisma dla dorosłych. Wszystko po to, aby rozładować ogromne obciążenie psychiczne.

Wiadomość o tym, że górnicy żyją i czekają na ratunek rozeszła się błyskawicznie także wśród ich najbliższych. Rodziny uwięzionych przybywały w okolice kopalni. Wkrótce było ich tak dużo, że... założono obozowisko, w którym koczowali.

- W obozowisku mieszkały rodziny i bliscy górników, bo nie wierzyli oni rządowi - opowiada Leszek Kabłak. - Chcieli być tam cały czas, żeby swoją obecnością nie pozwolić urzędnikom na indolencję. Żeby władze nie machnęły ręką na ich krewnych. Wywierali presję: organizowali modlitwy, śpiewali pieśni. Pomimo tego, że na zewnątrz panowały bardzo ciężkie warunki, w dzień było niesamowicie gorąco, w nocy zaś bardzo zimno.

- Te pierwsze działania były tylko pomocą doraźną, żeby górnicy nie umarli z głodu, ale trzeba było ich wreszcie wyciągnąć - kontynuuje dziennikarz. - Chile nie dysponowały taką technologią, a to było ogromne wyzwanie logistyczne i techniczne. Trzeba było wydostać spod ziemi ludzi, którzy byli wycieńczeni fizycznie i psychicznie, nie widzieli światła słonecznego od wielu dniu. 

Rząd poprosił o pomoc firmy związane z branżą paliwową i wydobyciem gazu czy ropy, zajmujące się wykonywaniem odwiertów za pomocą ciężkiego sprzętu. W sukurs przyszła nawet... NASA. Udział amerykańskiej agencji okazał się kluczowy. Dzięki niej marynarka Chile zdołała skonstruować niezwykle nowoczesną kapsułę, nazwaną "Feniks", zaprojektowaną na podstawie Bomby z Dahlbusch - sprzętu używanego właśnie do ewakuacji zasypanych górników.

Z trzech przygotowanych modeli, użyto tylko jednego, oznaczonego numerem 2. Kapsuła miała 54 centymetry średnicy i prawie cztery metry wysokości. Wyposażona była w kamery, zbiorniki z tlenem i sprzęt monitorujący stan zdrowia pasażera. 

Jak feniks z popiołów

Wreszcie ustalono, jak przebiegać będzie operacja ewakuacji górników. Uwięzionych podzielono na trzy grupy: wykwalifikowanych, słabych i silnych, które miały wyjechać na powierzchnię w tej kolejności. Wykwalifikowani, czyli ci o teoretycznie największej wiedzy i największym rozeznaniu mogli pomóc ratownikom w ocenie sytuacji na dole. 

Dodatkowo mieli największe szanse na to, aby w razie niepowodzenia wydostać się samodzielnie na powierzchnię. Do słabych zaliczono mniej odpornych psychicznie, chorych i starszych górników, m. in. najmłodszego z ekipy, 19-letniego Jimmy’ego Sancheza i najstarszego, 63-letniego Mario Gomeza. Silnych poproszono o to, by pozostać pod ziemią dłużej niż ich koledzy. Zaliczono do nich więc tych mężczyzn, którzy trzymali się najlepiej. 

- Zasypani byli przez kilka dni przygotowywani przez psychologów armii chilijskiej i ratowników - mówi Leszek Kabłak. - Musieli też być odpowiednio prowadzenia pod kątem stanu zdrowia i kondycji. Początkowo bardzo schudli, potem jednak trzeba było ich karmić tak, aby zmieścili się do wąskiej kapsuły. 

12 października o godzinie 23:18 pod ziemię zjechał pierwszy ratownik, doświadczony Manuel González. Pierwotnie zakładano, że kapsuła wróci pusta i przetransportuje na dół kolejnego ratownika, Roberto Riosa. Plany uległy zmianie i od razu postanowiono wyciągnąć na powierzchnię któregoś z górników. Padło na Florencio Ávalosa. Podczas gdy na dół docierali następni ratownicy, kapsuła wyciągała pojedynczo uwięzionych.

Jechali z prędkością około metra na sekundę, od 9 do 18 minut, z zamkniętymi oczami. Na górze natychmiast wkładano im na oczy ochronne okulary, żeby światło słoneczne nie uszkodziło ich wzroku. Każdy górnik, który wyjechał na powierzchnię witany był salwą oklasków, a potem pozdrawiany osobiście przez prezydenta Piñerę, oczywiście tak, aby uchwyciły to kamery. W całym kraju zapanowała euforia. Ludzie wyszli na ulice, wiwatowali i śpiewali.

Ostatni z górników, Luis Urzúa, wyjechał 13 października o 21:55. Co prawda po nim na powierzchnię musieli wydostać się jeszcze ratownicy, ale to właśnie ten moment uznaje się za zakończenie akcji. Chwilę po północy, kiedy Manuel González (ratownik, który jako pierwszy zjechał pod ziemię) wyszedł z kapsuły, Sebastián Piñera w blasku fleszy zamknął właz do szybu.

Powrót pod ziemię

- Władze Chile rozegrały to bardzo mądrze pod kątem propagandowym - ocenia Leszek Kabłak. - Zarówno prezydent Sebastián Piñera, jak i Laurence Golborne, minister górnictwa, który organizował codziennie konferencję prasową, by móc pokazać mediom, jak prężnie politycy działają przy akcji. Sama kapsuła była oklejona flagami Chile, wszędzie wisiały sztandary.

To nie był jednak koniec romantycznej historii i opowieści o heroicznej walce o ludzkie życie. Żaden z uratowanych górników nie wiedział bowiem, że podczas, gdy czekali na ratunek, na powierzchni stali się... gwiazdami. Otrzymali duże nagrody, zapraszano ich do przeróżnych programów, na imprezy. Nie wszyscy jednak zdołali wytrzymać presję życia celebryty.

- Większość z górników zarzekała się, że już nigdy w życiu nie zejdzie pod ziemię - opowiada Leszek Kabłak. - Początkowo byli rozchwytywani, dostali potężny zastrzyk gotówki, sprzedali prawa do filmu, książek, przeróżni sponsorzy zapraszali ich na wycieczki, wakacje, zabierano ich na mecze Realu Madryt do Europy. Przehulali jednak wszystko, co otrzymali, a nie potrafili robić nic innego, więc wrócili do pracy w kopalniach i do dzisiaj pracują przy wydobyciu miedzi. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama