Reklama

Czas cenny jak siła ognia

Z generałem Frankiem Kisnerem o potrzebie wspólnej sojuszniczej jednostki specjalnej i sekretach komandosów rozmawia Artur Goławski.

Generał broni Frank J. Kisner jest absolwentem Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Od lipca 2010 roku kieruje Dowództwem Operacji Specjalnych NATO przy Naczelnym Dowództwie Sojuszniczym. Na przełomie lat 2001 i 2002 służył w Afganistanie, następnie uczestniczył w przygotowaniach do wojny z Irakiem. W latach 2008-2009 dowodził siłami zaangażowanymi w operację "Trwała wolność" w Afryce saharyjskiej. Był etatowym dowódcą zgrupowania amerykańskich komandosów w Europie.

Artur Goławski, "Polska Zbrojna": W Lizbonie przywódcy państw NATO zapowiedzieli uproszczenie struktury dowodzenia wojskami sprzymierzonych. Zdecydowano, że kilka dowództw trzeba rozformować, a tu powstaje Dowództwo Operacji Specjalnych NATO. Pan już po szczycie został jego dowódcą. To się dzieje przez niedopatrzenie?

Reklama

Frank Kisner: - Skądże. Powstanie NATO Special Operation Headquarters jest wynikiem dostrzeżenia potrzeb w doskonaleniu wojskowych formacji specjalnych poszczególnych państw. Nie jesteśmy i nie będziemy dużym dowództwem, choć spodziewam się - w miarę zbliżania do osiągnięcia pełnej zdolności operacyjnej - rozbudowy kadrowej. Naszemu istnieniu nic nie grozi.

To czym się Pan i dowództwo zajmujecie?

- Na początek zorganizowaliśmy konferencję dowódców wojsk specjalnych. Pokazaliśmy im, co się dzieje w sojuszu, rozmawialiśmy o operacjach w Afganistanie i u wybrzeży Afryki Wschodniej. Oni z kolei mogli przedstawić swoje osiągnięcia, ale też zgłosić mi potrzeby szkoleniowe i edukacyjne jednostek, abyśmy mogli razem wzmacniać ich potencjał bojowy.

Czy jednak w przyszłości będziecie mogli prawdziwie - jak wskazuje nazwa - dowodzić?

- Gdyby zaistniała potrzeba operacyjna, moglibyśmy się tym zająć. Na obecnym etapie funkcjonowania dowództwa nie jest to możliwe. Takie zadanie zostanie powierzone raczej narodowym dowództwom ramowym, uzupełnianym przez personel wywodzący się z innych nacji, stosownie do zadań.

Kto ma się was bać?

- Ci, którzy uciekając się do ekstremalnych środków, atakują niewinnych cywilów i chcą zmienić styl naszego życia. To brutalne organizacje, najczęściej łączone z Al-Kaidą. Naszymi wrogami nie są wyznawcy jakiejkolwiek religii, a ostatnio widzimy, że coraz rzadziej nieprzyjacielem jest państwo. Wróg to najczęściej grupa agresywnych ludzi, którzy wierzą, że stosując przemoc, zmienią, wręcz zniszczą świat, jaki znamy. Według mnie takie osoby powinny być wyeliminowane. Niestety, możemy się na nie natknąć wszędzie.

Jak ocenia Pan szanse polskiego Dowództwa Wojsk Specjalnych na osiągnięcie w 2014 roku zdolności do bycia ramowym dowództwem operacyjnym dla sił specjalnych w koalicyjnej operacji NATO? Nie ustawiliśmy sobie za wysoko poprzeczki?

- Cel jest ambitny, ale uda się wam go osiągnąć. Nie mam co do tego wątpliwości. Zwłaszcza gdy widzę, jak działa Dowództwo Wojsk Specjalnych, które powstało zaledwie trzy lata temu. W Stanach Zjednoczonych takie dowództwo mamy od 24 lat i przyznam, że jesteśmy zdumieni tym, co wy już zrobiliście i co potrafią wasi oficerowie.

Niektóre zamierzenia udaje się wam wykonać nawet przed czasem.

Początki są zwykle łatwiejsze. Mamy jednak w Polsce takie przysłowie: im dalej w las, tym więcej drzew...

- A kto powiedział, że będzie łatwo? Osiągnięcie gotowości do bycia dowództwem ramowym dla operacji specjalnych wymaga niewiarygodnej konsekwencji organizacyjnej oraz kompetencji kierowniczych, a takie cechy wasi dowódcy mają. Potrzebni są też inteligentni żołnierze, którzy nie boją się szukać i potrafią znajdować nowe metody pracy. Dowództwo operacji specjalnych NATO będzie wspomagało wysiłki DWS. Amerykańskie dowództwo operacji specjalnych i stojący na jego czele admirał Eric T. Olson też popierają tę inicjatywę. Nasz sekretarz obrony zawarł porozumienie z waszym ministrem obrony sankcjonujące to wsparcie. Obie strony na tym korzystają, bo uczymy się od siebie.

Istnieje już jakiś harmonogram dyżurów takich dowództw ramowych? Czy wie Pan, kto po kim będzie gotów do wkroczenia do akcji i dowodzenia siłami specjalnymi w misji NATO?

- Widzę co najmniej trzy możliwości "zatrudnienia" takiego dowództwa. Można go będzie użyć wraz z Siłami Odpowiedzi NATO, które w każdej dyżurnej zmianie mają komponent wojsk specjalnych. I tu plany dyżurów są znane z kilkuletnim wyprzedzeniem. Można będzie skierować je do dowodzenia komandosami w siłach reagujących na nowo powstały kryzys - może ono rozwinąć tam system dowodzenia jednostkami specjalnymi, wystawić specjalistów do zarządów lub wydziałów sztabu głównego operacji, skąd będą dowodzić dostarczonym przez ich państwo lub sojuszników lotnictwem specjalnym bądź morskimi czy lądowymi grupami specjalnymi, albo współpracować z ekspertami z innego państwa, jeśli dowództwo ramowe będzie wymagało wzmocnienia na czas trudnej operacji. Wiemy, jakimi jednostkami o takich zdolnościach obecnie dysponujemy. Można też takich dowództw ramowych użyć do dowodzenia kontyngentami wojsk specjalnych biorącymi udział w trwających operacjach ekspedycyjnych. Czwartym miejscem dla nich mogą być misje Unii Europejskiej.

Sojuszowi przydałby się stały wielonarodowy połączony legion komandosów, na wzór komponentu samolotów AWACS, wspólnie wyposażany, utrzymywany, obsadzany i używany w boju. Nie marzy się Panu taki oddział?

- To interesująca koncepcja. Powinna zostać wzięta pod rozwagę.

Czy taka jednostka powstanie?

- Sądzę, że może do tego dojść, jeśli przywódcy naszych państw - bo to oni podejmują tej wagi decyzje - we właściwy sposób rozpatrzą powody, dla których miałaby zostać sformowana.

Jak zachęcałby ich do tego generał, któremu być może powierzyliby dowodzenie nią?

- Do sformowania takiej jednostki może dojść, jeśli będzie gwarancja, że poszczególne państwa zachowają możliwość niezależnego użycia - w razie potrzeby wzmocnienia bezpieczeństwa narodowego - oddelegowanego do niej kontyngentu. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Gdybym ja namawiał do powołania takiej formacji, wskazałbym, że nasze wojska są najmniejszym rodzajem sił zbrojnych, a w nich istnieją niekiedy niszowe i tak nieliczne kadrowo specjalności jak lotnictwo wojsk specjalnych. Wykazałbym, że korzystne byłoby zjednoczenie rozproszonych małych pododdziałów, aby mogły pełniej dzielić się ciężko uzyskiwanymi niszowymi doświadczeniami.

Czym taka jednostka mogłaby się zajmować?

- Wymienionym w Lizbonie zagrożeniem dla naszych państw będzie broń masowej zagłady. Czy zatem nie warto by powołać wielonarodowej grupy ekspertów, którzy

mogliby się zająć tym zagrożeniem?

Głównym celem powołania takiej formacji byłoby użycie jej do walki bezpośredniej. Przeszkodą w formowaniu i działaniu jednostek wielonarodowych są jednak ograniczenia nakładane przez polityków na kontyngenty narodowe. W przypadku formacji specjalnych byłyby one nie do zaakceptowania, bo u was czas jest równie cenny jak siła ognia.

- Nasi żołnierze muszą działać szybko, zdecydowanie, pomysłowo, jak przystało na elitę. Tym łatwiej to osiągnąć, im mniej ograniczeń nas krępuje. Z doświadczenia wiem, że politycy, nakładając je na żołnierzy, czynią tak w oczekiwaniu na dokładne wyłożenie im przez dowódców planów operacyjnych. Niepisana umowa między nimi a dowódcami jest taka, że raz ustalonych ograniczeń kontyngenty nie łamią, a politycy nie krępują nowymi limitami. Na szczęście kontyngentom ubywa ograniczeń operacyjnych.

Zna Pan wielu żołnierzy, których odwaga i poświęcenie zasługują na najwyższe uznanie. Chciałbym usłyszeć, kto jest dla Pana bohaterem?

- Ze zrozumiałych względów nie mogę wymienić nazwisk tych, którzy walczą teraz w Afganistanie. Zapewniam, że są tam młodzi żołnierze obojga płci zasługujący na miano bohaterów, potrafiący unieść ciążącą na nich odpowiedzialność. Wojnę z terroryzmem toczymy już dziesiąty rok, w przypadku niektórych służba ma tylko charakter frontowy, a oni mimo to nie porzucają wojska. Należy im się za to wielki szacunek. Bohaterstwem jest dla mnie jednak nie tylko postawa w boju. Na to miano można również zasłużyć, będąc wizjonerem i organizatorem, takim jak generał Włodzimierz Potasiński. Był moim przyjacielem, podziwiałem go. Mocno odczułem jego stratę. Spośród Amerykanów wymienię pułkownika Arthura "Bulla" Simonsa, który pomimo przeszkód wypełnia wszelkie zadania.

Za rzadko poznajemy kulisy akcji specjalnych. Ostatnio ukazały się w Polsce, trzy lata po publikacji w USA, wspomnienia sierżanta Marcusa Lutrella, jedynego ocalałego z zespołu Navy SEAL, który miał zlikwidować ważnego watażkę w Afganistanie. Autor uzgodnił treść z byłymi przełożonymi i nie zdradził sekretów.

- Wśród operatorów mamy prawdziwych profesjonalistów, oddanych sprawie, którzy w małych zespołach wykonują niewiarygodne akcje i nikt o nich nie wie. Utrzymanie tajemnicy jest warunkiem powodzenia następnych takich działań, a niekiedy ocalenia ich życia. Zgodziłbym się pokazać to, czego udało im się już dokonać, żeby współobywatele popierający naszą pracę rozumieli, co robimy. Nie zgodzę się na opisywanie szczegółów taktyki i procedur działania, bo to niwelowałoby przewagę tych małych zespołów nad przeciwnikami, którzy w sprzyjających okolicznościach mogą ich pokonać liczbowo. To synowie i córki naszych społeczeństw. Nie służą tam dla siebie.

Skąd mogę mieć pewność, skoro prawie nic o tym nie wiem?

- Główne ich zadania to akcje bezpośrednie, rozpoznanie i pomoc szkoleniowa. W Afganistanie na znaczeniu zyskuje to ostatnie. Jest ono oczkiem w głowie generała Davida Petraeusa, dowódcy sił ISAF, bo wspomaga rozwój wojsk afgańskich.

Dlaczego mają się tym zajmować komandosi?

- Ponieważ mają wyjątkowe kwalifikacje. Misja taka jak w Afganistanie wymaga zaangażowania wielu małych zespołów szkoleniowych, które pracują z lokalnymi plemionami i rodami, tradycyjnie nieufającymi ludziom z zewnątrz. Aby zyskać ich przychylność, trzeba się wykazać poszanowaniem ich kultury, życiem z nimi dzień po dniu. Głównym atutem wysłania w takie miejsca komandosów jest ich zdolność do niemal natychmiastowego wykonania uderzenia. Ci żołnierze są świetnymi strzelcami, potrafią podejmować decyzje w stresujących okolicznościach bezpośredniego starcia z wrogiem, umieją zachować dyscyplinę ogniową - wiedzą, kiedy trzeba strzelać, a kiedy tylko rozmawiać. Te atrybuty powodują, że są akceptowani przez Afgańczyków i mogą przeważyć szalę zwycięstwa na naszą stronę. Robią to także Polacy - trenują tamtejszych żołnierzy, przyczyniając się tym samym do stabilizacji, która - mam nadzieję - tam nastąpi.

Jest ich wystarczająco wielu?

- Znam analizy dowódcy ISAF i zgadzam się z jego tezami, że dużo jest jeszcze do zrobienia. Trzeba wysłać w teren więcej zespołów szkoleniowych i ekspertów, a zatem więcej komandosów.

Nie obawia się Pan, że komandosi wyszkolą afgańskich żołnierzy, którzy - gdy wojska sojuszu opuszczą ich ojczyznę - zwrócą się przeciwko niedawnym trenerom, przeciwko państwom koalicji?

- Musimy rozważać wszystkie scenariusze. Nieczynienie tego byłoby przejawem braku rozsądku. Uważam jednak, że ziszczenie się takiego scenariusza jest bardzo mało prawdopodobne. Afgańczycy chcą żyć w spokojnym kraju i nie dążą do ekspansji zagranicznej. Musimy im w tym pomóc, usuwając terrorystów i zamachowców, którzy znaleźli schronienie w Afganistanie, skąd mogli atakować obywateli innych państw.

Nie macie kłopotów z firmami świadczącymi usługi militarne? Podkradają wam żołnierzy, których wyszkoliliście za wielkie pieniądze.

- Drenaż kadrowy w ich wykonaniu nie jest dla nas problemem.

Nie wierzę.

- Cechami wyróżniającymi operatorów wojsk specjalnych są kompetencja i pewność w osiąganiu sukcesu, niezależnie od tego, czym akurat się zajmują. Jedni mogą właśnie dowodzić jednostką, inni pracować w firmie ochroniarskiej, a jeszcze inni założą taką firmę, gdy opuszczą szeregi wojska. Nie chcę dewaluować zasług pracowników tych przedsiębiorstw, więc powiem tak: bardzo silnymi uczuciami scalającymi nasze jednostki są braterstwo broni, esprit de corps, zadowolenie z wykonanego zadania, patriotyzm. Jeśli ktoś chce zmienić mundur na uniform ochroniarza, ma do tego prawo. Bywa jednak i tak, że niektóre akcje bojowe udaje się nam zakończyć dzięki takim firmom, choćby dlatego, że zapewniają one bezpieczeństwo organizacjom niosącym pomoc na terenach objętych wojną i my nie musimy tego robić. Ponadto wnoszą one na pole walki nowe zdolności, których my akurat możemy nie mieć. Nie jesteśmy więc przeciwnikami.

Do jakich tradycji się odwołujecie? Sił specjalnych z Wietnamu, "Pustynnej burzy", wojny na Bałkanach?

- Wielkie wrażenie wywarła na mnie wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie zapoznałem się z historią polskich cichociemnych - kilkuosobowych, świetnie wyszkolonych grup ochotników zrzucanych za liniami wroga, zdanych wyłącznie na siebie, wykonujących bardzo trudne zadania. Jesteśmy odpowiednikiem właśnie takich żołnierzy z czasów II wojny światowej. Polska ma piękną tradycję, której spadkobiercami mogą być wojska specjalne.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy