Reklama

Dosyć cięć

W dyskusji o przyszłym obliczu naszej armii warto zadać pytanie: czy groźniejsze jest stado lwów pod wodzą barana, czy stado baranów dowodzone przez lwa?

Trwa dyskusja o przyszłości Sił Zbrojnych RP. Z racji pełnionych obowiązków wszyscy mimowolnie stajemy się jej uczestnikami. Kiedy przysłuchuję się tym rozważaniom - jako dowódca ważnego związku taktycznego - odrzucam zazwyczaj całą otoczkę, wyrażaną w różnych doktrynach, teoriach i spekulacjach polityków. Pamiętam, że najważniejszą codzienną działalnością wojska powinno być szkolenie, przygotowujące siły zbrojne do jak najlepszego wykonywania zadań wynikających z zapisów konstytucji. Mówią one, że Siły Zbrojne RP służą ochronie niepodległości państwa, jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic.

Reklama

Na ile wojska nas stać?

W tych rozmyślaniach często używam parafrazy zapisów obowiązującego kiedyś regulaminu służby garnizonowej i wartowniczej - pełnienie służby wartowniczej jest wykonywaniem zadania bojowego w czasie pokoju. Uważam, że dzisiaj ten zapis powinien oznaczać, iż szkolenie należy traktować jako wykonywanie zadań podczas pokoju.

Aby jednak tak traktować żołnierskie obowiązki, struktury armii powinny być tożsame z tymi na czas zagrożenia. Jeśli odnieść to do poziomu taktycznego od szczebla dywizji w dół, zgadzam się z tymi, którzy mówią, że należy wreszcie utworzyć struktury, które faktycznie będą wypełnione wojskiem.

Zgadzam się z szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego profesorem Stanisławem Koziejem, że w armii musi istnieć pełna modułowość w zakresie tworzenia takich struktur. Podstawowym modułem powinien być batalion i dywizjon o wielkości niepodzielnej, gdzie nie należy już dokonywać żadnych zmian na wypadek zagrożenia.

Niestety, tak nie jest. Kiedy dziś myślimy o obsadach oddziałów, operujemy kilkoma pojęciami. Mówimy o etacie wojennym, etacie pokojowym, obsadzie ewidencyjnej, a na końcu używamy sformułowania "stany średnioroczne". To ostatnie pojęcie nie jest niczym innym jak wskaźnikiem, na ile wojska nas stać w kontekście posiadanych środków finansowych.

Mniej znaczy lepiej

Przy takim spojrzeniu na struktury doszliśmy do sytuacji, że mamy jednostki wojskowe, niektóre typowane nawet do jednostek wysokiej kategorii, które nie są wypełnione wojskiem. Mało tego, stany niektórych nie przekraczają nawet 50 procent obsady etatowej. Co więc należy zrobić? Obniżać ich kategorię? A może odważnie pójść w innym kierunku i powiedzieć wprost, że mamy za dużo brygad. Niech ich będzie mniej, ale o zdecydowanie większym potencjale ludzkim i sprzętowym niż obecnie.

Może zrobić tak, aby z brygad o bardzo małych stanach stworzyć bataliony (moduły). Taki batalion byłby oddziałem kompletnie obsadzonym, liczącym kilkaset dobrze wyszkolonych i wyposażonych osób. Jednostki te można podporządkować dużym, sprawnie funkcjonującym brygadom, które jeszcze bardziej zwiększą potencjał bojowy. Likwidacja całej nadbudowy przeformowanych brygad - dowództw, batalionów dowodzenia - przyniosłaby oszczędności. Tam jest przecież wiele etatów generalskich i pułkownikowskich.

W statystykach ładnie wygląda to, że mamy dużo brygad. Jakie zaś one są, w numerze 38. "Polski Zbrojnej" w artykule "Zdolności a statystyka" trafnie określił generał Koziej.

Nie jest przecież nigdzie powiedziane, że polskie brygady muszą mieć strukturę trójbatalionową, a nie mogą mieć czterobatalionowej. Jest wiele argumentów, które przemawiają za takim właśnie rozwiązaniem. Nawet dziecko wie, że z czterech klocków lego można stworzyć znacznie więcej kombinacji niż z trzech.

Silne brygady

W trakcie różnych dyskusji słyszę, że byłoby dobrze, gdyby do wykonania zadań misyjnych poza granicami kraju wyznaczane były jednorodne pododdziały. Mojej 11 Dywizji się udało - do Afganistanu na VIII i IX zmianę pojechali w zdecydowanej większości żołnierze z macierzystych jednostek. Ósma zmiana z macierzystej 10 Brygady Kawalerii Pancernej utworzyła zespoły bojowe Alfa i Bravo, miała własne grupy wsparcia ogniowego, własne rozpoznanie i logistykę zespołów bojowych oraz swoich saperów. Potwierdza to, że istnienie takich mocnych brygad, jak "dziesiąta" i "siedemnasta" jest w pełni uzasadnione nie tylko w związku z zasadniczymi zadaniami wynikającymi z 26. artykułu konstytucji mówiącego o obronie granic państwa, lecz także z ewentualnym formowaniem kontyngentów teraz i w przyszłości.

Uważam zatem, że powinniśmy mieć w siłach zbrojnych jednostki duże, dobrze obsadzone pod względem etatowym i nasycone sprzętem. Taka modułowa - batalionowa i dywizjonowa - struktura ułatwi nam także proponowanie dowództw, pododdziałów (bataliony) jako komponentów do tak zwanej tabeli sił NATO. Niekoniecznie muszą się tam znaleźć wyższe struktury organizacyjne.

Pytania zasadnicze

W dyskusji o przyszłym obliczu naszej armii warto sobie czasami zadać pytanie, czy groźniejsze jest stado lwów pod wodzą barana, czy stado baranów dowodzone przez lwa? Spójrzmy na Narodowe Siły Rezerwowe (NSR). O ile z uwagami mogę zaakceptować sytuację, że do jednostek trafiają przedstawiciele NSR i po jakimś czasie osiągają minimalną zdolność bojową, o tyle nie zgadzam się z tym, że do dowództw jednostek dokłada się grupy oficerów NSR i liczy się na to, że w ten sposób powstaną zgrane, funkcjonalne i wartościowe elementy dowodzenia. Nie mówimy tutaj o tłumaczach czy prawnikach, lecz o specjalistach z dziedziny działań operacyjnych. Niestety, rezerwiści szkoleni doraźnie kilka razy w roku nigdy nie zdobędą potrzebnych umiejętności i doświadczenia.

Bardzo niepokojące jest także wprowadzanie różnych poprawek do etatów, którymi obniża się funkcjonalność ważnych komórek. Tak jest z wojskowymi oddziałami gospodarczymi. Przy okazji budowania założeń doktrynalnych dla tych instytucji zapisano, że zlikwidowany zostanie pion logistyki jednostek, ale jednocześnie wzmocni się komórki, takie jak S4 i G4, sekcje logistyczne batalionów i brygad oraz wydziały logistyki dywizji. To była teoria. Faktycznie bowiem zmniejszono liczbę ludzi służących w tych komórkach, a na dodatek obniżono etaty.

Liczy się pragmatyzm

W dywizji i brygadach zlikwidowano w ten sposób etaty dla doświadczonych majorów - techników, żywnościowców, specjalistów z dziedziny materiałów pędnych i smarów oraz inne. Zamieniono je na kapitańskie, nie bacząc na to, że nie ma dzisiaj ludzi w takich stopniach mających odpowiednią wiedzę taktyczno-operacyjną w tych dziedzinach. Proponuję więc zastanowienie się, czy szumne zapowiedzi naprawy systemu dowodzenia mają polegać w praktyce na osłabianiu struktur już istniejących? Według mojej oceny na poziomie taktycznym tych struktur nie da się już zmienić czy spłaszczyć.

Spotykam się z opiniami, że struktura dywizyjna jest sztywna, przestarzała i niepoprawna. Jeżeli tak, to chciałbym zapytać retorycznie: czy w myśl nowoczesnych teorii zarządzania, które się nam wpaja, dowódcy szczebla operacyjnego łatwiej byłoby dowodzić kilkoma podległymi bytami (związkami taktycznymi) czy kilkudziesięcioma (oddziałami) jednocześnie? Jaka jest wówczas sprawność zarządzania?

O zmianach struktur mówi się również u naszych sąsiadów w Bundeswehrze. W październiku 2011 roku zostanie tam przedstawiony program modernizacji armii. Jestem ciekawy, jak będą w nim wyglądały dywizje. Z rozmów kuluarowych wiem, że nastąpi powrót do struktur dywizyjnych; dywizja będzie miała w składzie jednostki bojowe, wsparcia i zabezpieczenia. Nie muszę dodawać, że naszych zachodnich sąsiadów w każdej dziedzinie cechuje duży pragmatyzm.

Po Afganistanie nie zamkniemy się w domu

Mówienie o tym, że poziom dowództwa dywizji to anachronizm, jest nieuzasadnione. Jeżeli przyjrzymy się jego strukturze, to ma on potencjał zbliżony do tego, jaki dzisiaj w Afganistanie prezentuje dowództwo Polskich Sił Zadaniowych. Co stoi więc na przeszkodzie, aby w razie potrzeby jednorodne dowództwo dywizji mogło pełnić rolę sił zadaniowych na teatrze działań i być kierowane tam nawet na roczny pobyt, jak to robią Niemcy czy Amerykanie.

Powie ktoś: a co wtedy z podległymi jednostkami w kraju? Ano byłaby to jedna z lepszych metod przećwiczenia przekazywania jednostek w inne podporządkowanie. Mógłby je przejmować inny dowódca dywizji. Taka praktyczna zmiana podporządkowania nie jest u nas ćwiczona, a może stać się koniecznością w czasie działań w warunkach zagrożenia kraju.

W mojej ocenie dowództwo dywizji może być także przeznaczone do wykonywania innych zadań, na przykład dowodzenia grupami bojowymi Unii Europejskiej. Wiadomo przecież po doświadczeniach roku 2010, że dowództwo 17 Brygady musiało mieć zdolności do operacyjnego planowania i kierowania tym międzynarodowym związkiem taktycznym. Trzeba było je wesprzeć kilkudziesięcioma oficerami sztabu dywizji. Każdy przewidujący strateg wie, że nasze zaangażowanie w misje międzynarodowe UE lub NATO nie skończy się przecież z chwilą zakończenia służby w Afganistanie.

By bronić naszego kraju

W rozważaniach na temat naszej przynależności do sojuszu północnoatlantyckiego zadaję sobie często pytanie: jak można pogodzić deklarowaną powściągliwość do udziału w sojuszniczych misjach poza granicami kraju z oczekiwaniem, że gdyby nadszedł dzień "D", to siły NATO szybko przybędą na pomoc, aby bronić naszego kraju. W tej kwestii zawsze musi być balans tego, co oferujemy, i tego, czego możemy oczekiwać. Utrzymywanie odpowiednich proporcji jest dużym wyzwaniem, ale chyba nie dla wojskowych.

Odnosząc się jeszcze do naszego udziału w misjach zagranicznych, szczególnie w Iraku i Afganistanie, trzeba ten temat podzielić na dwa obszary.

Po pierwsze, strzelcy, specjaliści różnych dziedzin, operatorzy i ich dowódcy na poziomie drużyny i plutonu nigdzie nie znajdą lepszego miejsca do nabycia i sprawdzenia umiejętności niż właśnie podczas misji. Kolejne tury żołnierzy przebywających na teatrze działań w Iraku i Afganistanie spowodowały, że mamy dzisiaj w naszej armii całe zastępy wojowników - pododdziały lwów.

Po drugie, chodzi o obszar związany z misyjnym dowodzeniem. Zgadzam się z tym, że dowództwa i sztaby, które zajmują się tylko przygotowaniem kontyngentów i dowodzeniem za granicą, szczególnie chodzi o działalność planistyczną, jałowieją. Przekonałem się o tym między innymi w trakcie ubiegłorocznych ćwiczeń "Borsuk 2010", które prowadziłem ze swoimi jednostkami. Okazało się, że w początkowym etapie sztab 17 Brygady zaczął się borykać z elementarnymi problemami dotyczącymi umiejętności kalkulacji taktyczno-operacyjnych. Oficerowie mieli kłopot z uzasadnianiem wprowadzanych rozwiązań. Omówienie tych ćwiczeń zawierało wskazanie, że niezwłocznie należy zintensyfikować szkolenie sztabu w zakresie planowania działań zgodnych z artykułem V traktatu waszyngtońskiego.

Patrzmy w górę, a nie w dół

Jaka jest tego przyczyna? W mojej ocenie algorytm pracy dowództwa, czy to na misji, czy to w odniesieniu do działań zgodnie z artykułem V, jest taki sam: powinno ono mieć umiejętność oceny sytuacji, zaplanowania działań i skutecznego kierowania posiadanym potencjałem. My tymczasem na każdą okoliczność dowodzenia tworzymy nowe byty. Ludzie nie mają szansy perfekcyjnie się zgrać i nauczyć korzystania z danych im narzędzi. Rozwiązanie jest proste, na każdą okoliczność miejmy organy dowodzenia takie same pod względem struktury. Czas również skończyć z osłabianiem sztabów, z obniżaniem w nich etatów i wycinaniem stanowisk, bo dojdzie w końcu do tego, że będziemy mieli w armii stada lwów, którymi niestety będą kierowały barany. Ludziom, którzy chętnie wypowiadają się o obniżaniu etatów i likwidacji stanowisk (czym doprowadzili do tego, że w niedługim czasie wielu moich wartościowych żołnierzy odejdzie ze służby), radzę częściej spoglądać w górę niż w dół.

Niedawno zaplanowano poprawkę do etatu likwidującą w mojej dywizji jedno stanowisko pułkownika. Mam w dywizji 8 tysięcy ludzi i dziesięciu pułkowników. Na koniec roku będzie ich dziewięciu. Jeżeli spojrzymy na proporcje, to czy zabranie z szyku jednego pułkownika przyniesie jakiś efekt ekonomiczny? Na pewno nie, a strata merytoryczna będzie nie do odrobienia. Nie wolno bez namysłu zamieniać etatów pułkowników czy majorów na kapitanów, bo osłabiamy w ten sposób potencjał intelektualny i zdolność dowództw szczebla taktycznego do planowania, organizowania działań i kierowania nimi. O tych dowództwach już wiele razy mówiło się, że powinny być niepodzielne, że powinna tu być stabilizacja.

Jeżeli ktoś chce poprawiać proporcje szeregowych do oficerów, niech nie patrzy tylko na "doły".

Generał dywizji Mirosław Różański, dowódca 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: cięcia | pieniądze | Wojsko Polskie | polityka | generał

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy