Dwie ojczyzny

Służył w kontyngentach w Syrii, Iraku i Bośni. Ma dwa obywatelstwa. Jest oficerem naszego wojska.

- Mów mi Shaher. Po polsku Sławek - major lekarz Mohammed Shaher Hamwi z właściwą dla osób pochodzących z Bliskiego Wschodu szybkością skraca międzyludzki dystans. 49-letni kierownik lubelskiej stacji terenowej Wojskowego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa to otwarty, towarzyski facet, dumny z pracy, którą wykonuje, i rodziny.

Lekko siwiejące czarne włosy i wąs pod nosem nie zdradzają, że jest przybyszem z Syrii.Tym bardziej w moro na placu apelowym nie uznalibyście go za takiego. Nawet na zdjęciu w legitymacji oficera nie przypomina obcokrajowca. W Polsce mieszka od 28 lat, a żołnierzem jest od 13. Wtopił się w środowisko Lublina i w Polskę, ale nie obraża się, gdy nazywam go egzotycznym żołnierzem.

Reklama

Nie otworzę gabinetu

Urodził się w Damaszku. Ma trzech braci. Każdy, jak nakazuje muzułmańska tradycja, otrzymał na pamiątkę po proroku na pierwsze imię Mohamed. Po maturze w 1983 roku przyjechał do Polski na stypendium fundowane przez nasz rząd. Wybrał studia medyczne na akademii w Lublinie. Skończył je w 1992 roku, a rok wcześniej dostał polskie obywatelstwo.

Nie chciał wracać do Syrii. Przed przyjazdem na studia nie miał żadnych związków z wojskiem. Pociąg do służby poczuł dopiero w Lublinie, gdy jego koledzy uczęszczali na zajęcia wojskowe. Jako obcokrajowiec był z nich zwolniony, ale się "zaciągnął". Został podchorążym rezerwy.

- Bardzo chciałem zostać wojskowym i dzięki Bogu udało się - komentuje po latach. Po stażu podyplomowym w szpitalu cywilnym kilka lat jeździł w pogotowiu ratunkowym w Łęcznej i w Lublinie, ale na stałe zakotwiczył w wojskowej stacji krwiodawstwa przy Pierwszym Szpitalu Wojskowym z Przychodnią, na stanowisku asystenta, jeszcze jako cywil.

Nowy szef, pułkownik Andrzej Ratuszniak, zaciekawił go transfuzjologią do tego stopnia, że w Wojskowym Instytucie Medycznym przy ulicy Szaserów w Warszawie zrobił specjalizację. Najpierw I, a następnie II stopnia. I przejął po pułkowniku schedę. Jest teraz jednym z nielicznych wojskowych specjalistów w tej dziedzinie medycyny.

"Nie wywyższam się"

Ukończył podyplomowe studia z zarządzania zakładami opieki zdrowotnej, administracją i zdrowiem publicznym - taki wymóg jest zawarty w karcie opisu zajmowanego przezeń stanowiska.

- Chciałem uprawiać bardziej rentowny fach, zostać chirurgiem, ortopedą czy dermatologiem. Z taką specjalizacją, jaką mam, nie otworzę prywatnego gabinetu i nie będę przetaczał w nim krwi. Mógłbym pracować prywatnie tylko jako lekarz ogólny. Polubiłem jednak transfuzjologię. Z pacjentami wchodzę w innego rodzaju kontakt niż lekarze pozostałych specjalności. Mam do czynienia ze zdrowymi ludźmi i to ja muszę być im wdzięczny, że przyszli do mnie oddać krew. Zwykle jest odwrotnie: to chorzy dziękują lekarzom, że ratują im życie - tłumaczy.

Shaher jest też honorowym dawcą krwi. Kierownikiem stacji krwiodawstwa został w maju 1998 roku. W tym też roku, w lipcu, w towarzystwie kolegi promowanego na podporucznika rezerwy, złożył w gabinecie komendanta lubelskiego szpitala przysięgę na wierność Rzeczypospolitej.

Jako podporucznik wstąpił do czynnej kontraktowej służby wojskowej. Teraz jest w służbie stałej. Bywało, że kłócił się o coś z Polakami, ale czupurność minęła mu wraz z zakończeniem studiów. Twierdzi, że nigdy nie spotkał się z przejawami dyskryminacji.

- Nie wywyższam się, staram się unikać prowokowania. Gdyby przełożeni nie byli mi przychylni, to by mnie tu nie było. Wróciłbym do Syrii i tam byłbym lekarzem - mówi.

Nie zarzucili mi zdrady

Ojczyzna nie wzywała go do odbycia obowiązkowej w Syrii zasadniczej służby wojskowej. - Jak mogą mnie wziąć do wojska, skoro jestem żołnierzem innej armii, na dodatek natowskiej? - pyta. Ostatni raz był w Syrii w 2008 roku. Służył wtedy w polskim kontyngencie w siłach UNDOF na wzgórzach Golan. Przy okazji pobytu odwiedził rodzinę w Damaszku.

- Wiedzieli, że jestem polskim oficerem, ale nikt złego słowa nie powiedział. Nie wchodziłem nikomu w paradę i nikt nie zarzucił mi zdrady czy czegoś takiego. Dla syryjskich krewnych jestem przede wszystkim lekarzem - wyjaśnia. Shaher jest muzułmaninem, ale nie praktykuje. W gabinecie w stacji krwiodawstwa ma tasbih, muzułmański różaniec. - Religia, w której się urodziłem, każe żyć w taki sposób, żeby nie robić innym ludziom krzywdy. To nie człowiek jest dla religii, a religia dla człowieka. Ja nikomu krzywdy swoim stylem życia nie wyrządzam - tłumaczy.

Oburza się, kiedy słyszy w polskiej telewizji informacje o samobójczych atakach terrorystów pochodzących z krajów muzułmańskich. - Sekty, fanatycy, inne okropieństwa - mówi. Krytycznie odnosi się do noszenia czadorów przez kobiety. Ma żonę i dwie córki - katoliczki. Jedna jest lekarzem, druga technikiem dentystycznym. Właśnie został dziadkiem. W wolnych chwilach chodzi na siłownię lub ćwiczy w domu - "żeby nie zardzewieć". Zdaje coroczne egzaminy weryfikujące sprawność fizyczną. Jest w szóstej grupie wiekowej. W 2004 roku był w Iraku, w 2008 roku w Syrii, od grudnia 2009 roku do grudnia 2010 roku służył w bośniackim Sarajewie. Za każdym razem jako lekarz w polskim kontyngencie.

Z misji wracał do kraju z pochwałami lub nagrodami w postaci urlopów. W krajach muzułmańskich lub z muzułmańską społecznością bardzo przydawał się dowódcom kontyngentów. Zna języki angielski, arabski i polski. - W Iraku byłem nie tylko lekarzem, lecz także tłumaczem - zaznacza.

Mój dług wdzięczności

W czasie szkolenia na poligonie przed wyjazdem do Iraku generał broni Edward Pietrzyk, ówczesny dowódca Wojsk Lądowych, spytał go, dlaczego jedzie na tę misję. Shaher odparł: - Mam dług wdzięczności wobec polskiej armii. Wojsko dało mi pracę, umożliwiło rozwój zawodowy, przyznało prawo do noszenia munduru. Pojechał także dlatego, że chciał spróbować innego rodzaju wojska. - Nie była to łatwa i przyjemna służba - zaznacza i podkreśla, że nigdy nie żałował wstąpienia do wojska.

- Kłamałbym, gdybym powiedział, że jest mi tu źle. Nigdy polskiej armii nie zrobię szkody i złego słowa o niej nie powiem, choć słyszę wkoło marudzenie, że nie ma podwyżek, że nie ma tego czy owego. W charakterze Polaków jest narzekanie. Pada śnieg, chcemy słońca, świeci słońce - domagamy się śniegu. Nigdy nie jesteśmy długo zadowoleni, z igły robimy widły. Po 27 latach mieszkania tu widzę to dokładnie. Wiem, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dopiero martwy nie chce więcej - mówi.

Żołnierz rozmawia szczerze

Major uważa, że mundur zobowiązuje go do priorytetowego traktowania pacjentów żołnierzy. Ocenia, że w kontyngencie lekarz oficer sprawdza się lepiej niż lekarz cywil, bo czuje więź koleżeńską z żołnierzami. - Gdy byłem w Bośni, po godzinach służbowych odwiedzałem naszych żołnierzy. Czułem się odpowiedzialny za ich zdrowie, chciałem wiedzieć, jak się czują z dala od ojczyzny. To młodzi ludzie, często po raz pierwszy długo przebywający za granicą. A żołnierz z żołnierzem rozmawia inaczej, bardziej szczerze - uważa.

Wie, że jest zapotrzebowanie na lekarzy w kontyngencie w Afganistanie. Po rocznej misji w Bośni czuje się jednak wyczerpany służbą zagraniczną. Z dala od rodziny spędził w minionej dekadzie dwa lata. W Bośni, na prośbę dowódcy kontyngentu podpułkownika Roberta Majdeckiego, przedłużył służbę na drugą turę. - Jestem rodzinnym człowiekiem. Gdybym dostał propozycję kolejnego wyjazdu, musiałbym się zastanowić - mówi. Na razie cieszy się z powrotu do Lublina i ani myśli o emeryturze. Czuje w sobie dużo siły i chęci do pracy. - Tu jest moje miejsce na ziemi - cieszy się, oprowadzając po lubelskiej stacji krwiodawstwa.

Artur Goławski

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: lekarz | wojsko | Syria | ONZ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy