Reklama

Hercules ujarzmiony

Prawie 300 spadochroniarzy sprawdziło, jak skacze się z polskiego Herculesa. Jeszcze nigdy aż tylu żołnierzy nie desantowało się z takiego samolotu na polskich spadochronach. Chyba nie musimy dodawać, że działo się to po raz pierwszy na polskim niebie i że wszyscy skoczkowie szczęśliwie wylądowali na polskiej ziemi. Ale dla nich taki skok... to nie pierwszyzna.

Lockheed C-130 Hercules jest amerykańskim wojskowym samolotem transportowym. Każdy z jego czterech turbośmigłowych silników osiąga moc 4300 KM, co w sumie pozwala na przewiezienie nawet i 20 ton ładunku na maksymalną odległość 3800 km. Pierwszy egzemplarz Herculesa trafił do służby w US Air Force już w grudniu 1956 r. Polscy piloci po raz pierwszy zasiedli za sterami takiej maszyny... prawie 53 lata później. Od niedawna skaczą z niego także polscy spadochroniarze.

Polskie skoki z polskich Herculesów

Pierwszy C-130 z biało-czerwoną szachownicą na skrzydłach i ogonie trafił do polskich sił zbrojnych w marcu 2009 r. Amerykanie zobowiązali się dostarczyć nam w sumie pięć wyremontowanych i unowocześnionych maszyn. Póki co przyleciały trzy. Za wszystkie zapłaciliśmy pieniędzmi pochodzącymi z programu FMF - Foreign Military Financing - bezzwrotnej pożyczki na cele militarne. Udzielili nam jej... Amerykanie.

Jednym z głównych zadań, stacjonujących w Powidzu, Herculesów jest desantowanie żołnierzy i ładunków. Jak to w wojsku bywa, na masowe skoki spadochronowe polskich żołnierzy musieliśmy trochę poczekać. Na desantowanie sprzętu czekamy dalej.

Reklama

Spec-zespół opracował spec-instrukcję

Przez ponad rok, jak minął od przylotu do bazy 3. Skrzydła Lotnictwa Transportowego w Powidzu pierwszego Herculesa do zeszłotygodniowych skoków na Pustyni Błędowskiej, wojskowi bynajmniej nie próżnowali. Specjalnie powołany przez szefa Sztabu Generalnego zespół wojskowych specjalistów tworzył przez ten instrukcję desantowania z takich maszyn, w której uwzględniono użycie polskich spadochronów.

- W skład zespołu weszli oficerowie z największym doświadczeniem zarówno z Lotnictwa, Wojsk Lądowych, Sił Specjalnych i Marynarki Wojennej - wyjaśnia ppłk Lech Plezia, zastępca przewodniczącego spec-zespołu.

Przed wprowadzeniem instrukcji przeprowadzenie desantu było po prostu nie możliwe. A to dlatego, że nikt wcześniej nie skakał z amerykańskiego samolotu na polskim spadochronie. Nasi żołnierze, którzy już kilkukrotnie desantowali się z Herculesów m.in. w USA, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii zawsze robili to na spadochronach używanych w konkretnej armii. Głównym celem istnienia takiego dokumentu jest oczywiście zapewnienia bezpieczeństwa spadochroniarzy.

Najpierw zasobniki, potem ludzie

Powstała w wyniku prac oficerów ze wszystkich jednostek realizujących w Wojsku Polskim szkolenie spadochronowe instrukcja desantowania ma charakter tymczasowy. To znaczy, że wojskowi chcą zweryfikować zapisane w niej procedury. Właśnie temu służyły pierwsze masowe od chwili wprowadzenia Herculesa do uzbrojenia Polskich Sił Powietrznych skoki spadochronowe.

- Tymczasowa instrukcja będzie obowiązywała aż do zebrania wystarczającego materiału badawczego, czyli około 7 tys. skoków - mówi płk Tomasz Piekarski, zastępca dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej. - Celem weryfikacji jest wykluczenie negatywnych zjawisk podczas współdziałania spadochronu ze statkiem powietrznym. Obecnie nie mamy żadnych sygnałów o takich zdarzeniach - dodaje płk Piekarski.

By w pełni sprawdzić, jak polskie spadochrony współpracują z amerykańskim transportowcem najpierw zrzucono z niego prawie 80 stukilogramowych zasobników towarowych ZT-100. Dopiero po takim, pomyślnie zaliczonym, teście mogli wyskoczyć z niego najbardziej doświadczeni skoczkowie - instruktorzy spadochronowi. Kiedy i oni nie mieli żadnych problemów z oddaniem skoku z Herculesa można było rozpocząć masowy desant.

Pięć Herculesów wystarczy

Choć w testowaniu instrukcji - stworzonej przez Polaków, ale wzorowanej na doświadczeniach wojsk innych państw NATO - brali udział żołnierze wszystkich jednostek wojska, w których szkoli się spadochroniarzy, a więc m.in. z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, 2. Pułku Rozpoznawczego czy Wojsk Specjalnych, to właśnie czerwonym beretom z Krakowa przypadnie rola głównych "testerów".

- 6. Brygada jest główną jednostką, która będzie wykonywała realne desantowania z tego statku powietrznego. Zarówno w warunkach ćwiczeń, jak i ewentualnych działań wojennych - mówi ppłk Plezia.

- Ideałem byłoby, gdyby Herculesów było więcej, bo samoloty te umożliwiają zrzut sprzętu o większych gabarytach - pojazdów czy sprzętu artyleryjskiego. Gdybyśmy mieli 10 Herculesów, to bylibyśmy bardzo zadowoleni, ale liczba 5 samolotów w zupełności wystarcza do pełnienia zadań, do których zostaliśmy powołani - uważa płk Piekarski. Jednocześnie zaznacza, że choć jeszcze nie testowano zrzutów sprzętu, to wojsko już się do tego przygotowuje. - Mamy spadochrony, teraz trwają szkolenia ludzi - wyjaśnia zastępca dowódcy 6. Brygady.

Olbrzymia zmiana dla sztabowców...

C-130 Hercules jednorazowo może zabrać na pokład nawet 70 skoczków. To dwukrotnie więcej niż CASA. Praktykuje się jednak, że w warunkach pokojowych w jednym desantowaniu - z rampy lub z drzwi bocznych, znajdujących się po obu stronach kadłuba samolotu - bierze udział 64 skoczków.

- Na pokładzie C-130 znajduje się więcej skoczków, co z taktycznego punktu widzenia jest istotne - mówi ppłk Plezia. - Hercules jest dużo większy i ma większy zasięg. Tym samym jego użyteczność jest dużo większa - dodaje płk Piekarski.

Przewiduje się, że rocznie z Herkulesa będzie można oddać nawet 15 - 20 tys. skoków. - To wszystko będzie zależało jednak od dostępności tego statku powietrznego - zaznacza ppłk Plezia. Głównym zadaniem Herculesów jest transport zaopatrzenia i ludzi do i z Afganistanu.

...i prawie żadna dla żołnierzy

Płk Tomasz Piekarski, który po raz pierwszy z Herculesa skakał w 1994 r. wraz z żołnierzami brytyjskimi, uważa że skok z C-130 "niewiele się różni od skoku z CASY". - Te samoloty różnią się pod względem transportowym. Hercules jest szybszy, ale dla skoczka nie ma to większego znaczenia. Po tym, jak się wybije z progu samolotu, to procedura jest dokładnie taka sama - wyjaśnia zastępca dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej.

- Trudność jest taka sama, ale wrażenia są bardziej ekstremalne - uważa sierżant Bernard Gala z 2. Pułku Rozpoznawczego z Hrubieszowa. - Jest większe "wyciągnięcie" z samolotu - dodaje. Co to oznaczy dla laika? Spadochroniarze po prostu czują, że Hercules leci ciut szybciej niż CASA i otwarcie czaszy spadochronu wyzwalanego przy pomocy linki zaczepionej do samolotu odbywa się z większym szarpnięciem.

A z którego samolotu wolą skakać żołnierze? - Jeżeli wykonuje się zadanie, to nie ma znaczenia czy to CASA czy Hercules. Robi się to, co ma się zrobić. I tyle - kwituje jeden z żołnierzy 2. Pułku Rozpoznawczego z Hrubieszowa. I taka to żołnierska służba.

Marcin Wójcik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama