Reklama

Irak - oblicza końca misji

30 września br. był ostatnim dniem, w którym żołnierze Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku prowadzili działania operacyjne.

Odkąd w środę ich obowiązki przejęli Amerykanie, naszym nie pozostaje nic innego, poza pakowaniem się i czekaniem na samolot do domu...

Takiej operacji logistycznej nasze wojsko nie przeprowadzało od końca ostatniej wojny światowej. Bo choć w Iraku mamy zaledwie kilkuset żołnierzy, to są oni w bazach oddalonych od kraju o trzy tysiące kilometrów.

Ponadto przez dziesięć dotychczasowych rotacji kontyngent "obrósł" w całą masę wojskowego dobytku, dosyłanego z kraju w miarę potrzeb. A nie wolno też zapomnieć, że wcześniejsze zmiany liczyły nawet 2.5 tysiąca ludzi.

Reklama

Jest więc co i kogo wywozić...

Przerzut na koszt Pentagonu

Niestety, co nasi wojskowi kwitują bezradnym rozłożeniem rąk, bez pomocy amerykańskiej armii nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. To ona bowiem dostarczy lawet do przerzutu ciężkiego sprzętu, który z Ad-Diwanijji i Al-Kut musi trafić do portów w Kuwejcie (już zresztą trafia).

To Amerykanie zapewnią statek, który przewiezie ów sprzęt do Polski. I to oni wreszcie wyczarterują samoloty, które przerzucą naszych wojskowych do kraju. Wszystko, rzecz jasna, za pieniądze Pentagonu.

- Do przerzucenia jest 178 pojazdów i 46 pełnych sprzętu kontenerów - wyliczał ppłk Mieczysław Spychalski, szef transportu PKW Irak, z którym w połowie września br. rozmawiałem w bazie Echo w Ad-Diwanijji.

Więcej relacji naszego reportera w Iraku znajdziesz w specjalnym raporcie serwisu Fakty INTERIA.PL

Do tego należy doliczyć kilkadziesiąt kontenerów amunicji oraz śmigłowce, które o własnych siłach przelecą nad Irakiem i dopiero w Kuwejcie zostaną rozbrojone, rozłożone i zapakowane na statek.

Z prasowych doniesień wynika, że w tej chwili w Kuwejcie jest już 200 naszych żołnierzy - reszta trafi tam najpóźniej 16 października. Od tej chwili jedynymi wojskowymi w Iraku, noszącymi polskie mundury, będą doradcy szkolący iracką armię. Do Polski ostatni misjonarze wrócą 29 października.

Niesmak i poczucie dziadowania

Jednak nie cały sprzęt trafi z powrotem do kraju. Część zostanie, lub już została, zniszczona - niekiedy w bardzo spektakularny sposób. Przykładem mogą być samochody terenowe, które odejdą w niebyt przy użyciu metody opatentowanej przez wycofujących się z Iraku Włochów - zostaną zmiażdżone, spuszczanymi z dźwigów kontenerami. Kilkadziesiąt ton wyposażenia, na pokładach ukraińskich samolotów-gigantów An-124 i amerykańskich C-5, trafi do naszych oddziałów w Afganistanie. Reszta zostanie przekazana irackiej armii, a w przypadku sprzętu o niebojowym charakterze - tamtejszym organizacjom pozarządowym.

Przy planowaniu przerzutu nie obyło się jednak bez zgrzytów - na listy przewozowe trafiły bowiem przywiezione z Polski lodówki, telewizory czy laptopy.

W bazie Echo podniósł się szum, gdy logistycy chodzili po kampach (kontenerach mieszkalnych), zabierając służbowy sprzęt. I nie chodziło nawet o to, że robiono to na miesiąc przed faktycznym końcem misji. Wojskowi pukali się w głowę, nie widząc racjonalnego powodu, by zabierać do Polski tak nieistotny, ale przede wszystkim tak wysłużony sprzęt. Dość powiedzieć, że część komputerów pracowała niemal nieustannie przez ostatnich pięć lat - w warunkach ogromnego zapylenia. Przewiezione do Polski musiałby przejść kosztowne naprawy, najpewniej jednak trafiłyby do utylizacji. Za którą armia musiałaby, rzecz jasna, zapłacić...

- Po pierwsze, to własność naszego rządu, po drugie, takie są rozkazy - tłumaczył mi gen. Andrzej Malinowski, dowódca X-zmiany.

Szczęśliwie jego zwierzchnicy się opamiętali - pod koniec września do Iraku trafił podpisany przez ministra Klicha dokument, zezwalający na przekazanie sprzętu niewojskowego organizacjom NGO. Jednak niesmak i poczucie, że dziadujemy, pozostał...

Misja jak rosyjska ruletka

Generalnie nastroje wśród wojska w ostatnich tygodniach misji do najlepszych nie należą. Nie jest co prawda tak źle, jak donosił niedawno "Dziennik" (wyciąganie do siebie broni i otwarta rywalizacja o nieliczne w kontyngencie kobiety), żołnierze jednak są zmęczeni i widać to na każdym kroku. Większość służy w Iraku już dziewiąty miesiąc, podczas gdy standardowa misja trwa pół roku.

A wbrew temu, co się niektórym wydaje, nie mówimy o dziewięciu miesiącach wczasów w egzotycznym kraju. Tak naprawdę każdy wyjazd z bazy jest jak udział w rosyjskiej ruletce. Rebelianci nie atakują tak często jak kiedyś, ale bomby, których używają, są dziś dużo skuteczniejsze. I nie jest tak, że z rozmysłem omijają Polaków, o czym przekonał się jeden z plutonów grupy manewrowej, zaatakowany dwa razy w krótkim odstępie czasu. Żołnierze mieli szczęście - pierwsza bomba wybuchała za szybko, zabijając, niestety, jadących busem cywilnych Irakijczyków, druga za późno, lekko uszkadzając hummera Polaków.

Ale w ruletkę gra się również w bazie. "Spokojnej nocy", której życzą sobie żołnierze, nie jest jedynie grzecznościową formułą. Rebelianci ostrzeliwują bazy najczęściej o 3-4. w nocy, w porze najgłębszego snu, gdy najtrudniej zerwać się i biec do schronu. Dziewięć miesięcy to 270 wieczorów, w czasie których zasypia się ze świadomością, że rano można się nie obudzić. Bo blaszany dach kampu nie uchroni przed granatem czy rakietą. Zresztą, śmierć może dorwać człowieka wszędzie - w Echu pociski spadały już na stołówkę, pralnię, zniszczyły kontener-łaźnię...

Czas najwyższy stąd się wynieść

Świadomość, że do ostatniego ostrzału bazy doszło kilka tygodni temu, wcale nie pomaga. Bo doświadczenie z jednej, ale i żołnierski fatalizm z drugiej strony każą wierzyć, że do kolejnego ataku prędzej czy później dojdzie. I część żołnierzy wpada w pułapkę - bo wcześniej ratunkiem przed nieustannym stresem było towarzystwo kolegów, dziś, po wielu miesiącach przebywania razem, większość ma już siebie nawzajem serdecznie dość.

A oliwy do ognia dolali Amerykanie, którzy dwa tygodnie temu zaczęli przerzucać do Ad-Diwanijji własnych żołnierzy. Ponieważ trzeba było zrobić dla nich miejsce, w polskich kontenerach zaczęło się przymusowe "zagęszczanie"...

Złościły również restrykcje nałożone na żołnierzy jeżdżących na patrole. Po oddaniu kontroli nad prowincją Irakijczykom, zasadą miało się stać nieużywanie broni w sytuacjach, które do tej pory nie budziły żadnych wątpliwości. Na przykład oddanie serii ostrzegawczej nad samochodem, który nie zjeżdżał na widok wojskowej kolumny. Sam wyjeżdżałem na patrol, przed którym, po skargach okolicznych mieszkańców, nie przestrzeliwano ciężkich karabinów maszynowych, zamontowanych na wieżach hummerów. A warto wyjaśnić niewtajemniczonym - broń przestrzeliwuje się po to, by mieć pewność, że zadziała, gdy będzie potrzebna...

- Szkoda gadać... - machnął ręką jeden z oficerów, którego zapytałem, dlaczego nie było rozkazu przestrzelenia. - Czas najwyższy, żebyśmy się stąd wynieśli...

No i stało się - naszych, w zasadzie, już tam nie ma.

Marcin Ogdowski

W listopadzie 2005 roku w Haditdzie amerykańscy marines zabili 24 cywilnych Irakijczyków - w zemście za wcześniejszy atak na patrol. Prawdę o tej masakrze możemy zobaczyć w filmie pt.: "Bitwa o Irak", którego fragmenty prezentuje INTERIA.TV

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy