Reklama

Wyprawa dziesięciu tysięcy

To nie Aleksander Wielki, ale oddział greckich najemników obnażył słabość imperium perskiego.

Greccy najemnicy usłyszeli 4 września 401 roku p.n.e., że sukcesy, które odnieśli dzień wcześniej, nie zmieniły losów bitwy pod Kunaksą, a ich dotychczasowy pracodawca, satrapa perski Cyrus Młodszy, zginął. Wiedziona przez niego stutysięczna armia rozpłynęła się bez wieści. Niewiele ponad dziesięć tysięcy ciężkozbrojnych hoplitów, peltastów, procarzy i łuczników znalazło się nagle pod Babilonem, w samym sercu obcego i wrogiego imperium.

Moc falangi

Po zakończeniu wojny peloponeskiej bezrobotni wojownicy helleńscy, z których wielu nie mogło powrócić do swoich ojczyzn, widzieli w walce na obczyźnie szansę na zarobek i zapewnienie sobie przyszłości. Greków wynajął Cyrus Młodszy, satrapa (książę) anatolijskich krain: Lidii, Frygii Wielkiej i Kapadocji. Był on młodszym bratem władcy Persji Artakserksesa i zazdrośnie spoglądał na królewską koronę. W końcu zebrał sporą grupę zwolenników, żeby zdobyć tron. Z terenów podległych mu prowincji zdołał zgromadzić około stu tysięcy wojowników, ale główną siłą jego armii mieli być zaprawieni w bojach greccy hoplici. O ich wartości stanowiły sprawność fizyczna, ciężki pancerz, a przede wszystkim zdolność do utworzenia zdyscyplinowanej, najeżonej włóczniami falangi.

Z całego helleńskiego świata ściągały do punktu zbornego w mieście Kelajnaj greckie oddziały. Oprócz legendarnych Spartan znaleźli się tam także inni mieszkańcy Peloponezu, Ateńczycy, Beoci, wyborni łucznicy kreteńscy, zażarci w boju Trakowie oraz miotający ołowianymi kulami procarze z Rodos. Dowódcą Greków mianowano spartańskiego wygnańca Klearcha, jednego z ważniejszych dowódców z czasów wojny peloponeskiej.

Reklama

Bitwa pod kunaksą

Urzędujący monarcha Persji był uważany za marnego wodza i człowieka pozbawionego charyzmy. Atak na niego został przemyślnie zaplanowany. Armia Cyrusa Młodszego przebyła połowę drogi pod pretekstem walki z anatolijskim plemieniem Pizydów, a wojnę wypowiedziano Artakserksesowi dopiero w Cylicji. Wojska uzurpatora przez cały czas poruszały się niezwykle szybko (przez rzeki przeprawiano się za pomocą mostów pontonowych).

Wszelkie nadzieje Cyrusa Młodszego pękły niczym bańka mydlana, kiedy okazało się, że jego brat nie jest ani tak głupi, ani tak nieudolny, jak przypuszczali buntownicy. Pod Kunaksą Artakserkses zagrodził im drogę armią liczącą kilkaset tysięcy żołnierzy. Po rozwinięciu szyków Anatolijczycy i Grecy nie byli w stanie stworzyć nawet odpowiednio długiego frontu i groziło im oskrzydlenie.

Cyrus Młodszy zdawał sobie sprawę, że jego jedyną szansą na zwycięstwo jest zamordowanie dowodzącego armią brata. Jako pierwszych rzucił do ataku Greków. Hoplici i wspierająca ich lekka piechota biegiem ruszyli na prawym skrzydle i uderzali włóczniami o tarcze. Nawet w pędzie zachowywali idealną falangę. Na ten widok stojący naprzeciwko wojownicy nie wytrzymali psychicznie i uciekli. Grecy ścigali ich przez kilka kilometrów.

Szarża nie opłaciła się

Sytuacja Cyrusa nadal jednak nie była godna pozazdroszczenia. Znacznie liczniejsi przeciwnicy mogli go bez trudu otoczyć. Satrapa zdecydował się więc na desperacki krok. Na czele 600 przybocznych kawalerzystów rzucił się w centrum lojalistycznej armii, w miejsce, gdzie dostrzegł symbole królewskie. Szaleńczy atak miał szanse powodzenia. Jak głosi legenda, doszło nawet do pojedynku Cyrusa z Artakserksesem, w którym ten ostatni odniósł ranę. Szarża nie opłaciła się jednak - Cyrus zginął wraz z towarzyszami, a jego armia poszła w rozsypkę.

Tymczasem Grecy nie mogli znaleźć godnego przeciwnika. Persowie za każdym razem umykali przed nimi i zdawało się, że zagrożenie ostatecznie minęło. Klearch i inni dowódcy doszli do wniosku, że Cyrus zapewne wygrał bitwę i teraz ściga niedobitki armii przeciwnika. Podjęto decyzję o powrocie do obozu. Wieści o ataku "jakichś" Persów i splądrowaniu wielkiego obozu Cyrusa puszczono mimo uszu. Prawda zaczęła docierać do Greków dopiero następnego dnia.

Persowie nie odważyli się zaatakować

Rankiem nadal nic nie było wiadomo. Greccy żołnierze zaczęli skarżyć się na głód, mnożyły się przypadki nieposłuszeństwa wobec dowódców. Na szczęście dla najemników Persowie także nie wiedzieli, jak pozbyć się kłopotliwych gości. Dwa dni po bitwie ustalono wspólnie, że Grecy przejdą na żołd powracającego w rejon Morza Egejskiego dostojnika perskiego Arijosa. Powrót u boku silnego oddziału Persów umożliwiłby Grekom wyplątanie się z kłopotów oraz zapewnił godziwy zarobek. Persowie zaś mogli liczyć na w miarę bezbolesne zakończenie całej sprawy.

Wyszło jednak zupełnie inaczej. Pomiędzy najemnikami greckimi i dowodzonymi przez Tyssafernesa żołnierzami perskimi dochodziło do ciągłych zatargów. Persowie podstępem postanowili pozbyć się oddziałów greckich. Zalali pobliskie kanały irygacyjne wodą, otoczyli najemników i zmusili ich do przeprawy, w której trakcie niemożliwe było sformowanie falangi.

Klearch jednak również użył sztuczki i rozciągnął swoją armię w niezwykle długą kolumnę, do której spędził dodatkowo okoliczną ludność. Przeprawa trwała bardzo długo, a że armia najemników sprawiała wrażenie znacznie liczniejszej, niż była w rzeczywistości, Persowie nie odważyli się jej zaatakować.

Podniósł rodaków na duchu

Nie był to jednak koniec podstępów Tyssafernesa. Ogłosił on, że chce pogodzić się z Grekami i zaprosił ich dowódców na rokowania do swojego obozu. Przybyłych na miejsce strategów schwytano i odesłano do perskiej stolicy. Tam czekało ich honorowe ścięcie szablą. Jedynie Menon Tessalczyk został uznany za człowieka niegodnego takiej śmierci i zginął w wyniku tortur. Strategowie i oficerowie niższego szczebla także zostali wymordowani. Grecy - ludzie nade wszystko ceniący honor i święte prawo gościnności - padli ofiarą różnic, jakie do dziś istnieją między cywilizacjami Wschodu i Zachodu.

Utrata kadry dowódczej była dla Greków wielkim szokiem. Tak jak przewidywano, w ich obozie wybuchła panika i wszyscy byli przekonani o rychłej śmierci. Powrót do ojczyzny stał się jeszcze trudniejszy niż w momencie nawiązania pierwszych kontaktów z Persami. Tyssafernes i Arijos bowiem prowadzili najemników jeszcze bardziej na wschód, zamiast w stronę Morza Egejskiego.

Wtedy Ksenofont - oficer i przyjaciel Proksenosa z Beocji, zamordowanego w wyniku podstępu Tyssafernesa, a także autor relacji, dzięki której znamy tak dokładnie przebieg całej wyprawy - w ciągu jednego dnia zdołał podnieść swoich rodaków na duchu i doprowadził do wyboru na dowódcę Spartanina Chejrisofosa, najbardziej doświadczonego z wojowników.

Ku przestrodze prześladowcom

Zaledwie 36 godzin po perskiej zdradzie najemnicy rozpoczęli realizację desperackiego planu. Spalili wszystkie namioty, porzucili łupy i stawiając wszystko na jedną kartę, zaczęli przedzierać się w kierunku Morza Czarnego. Tyssafernes tymczasem nękał Greków konnymi podjazdami. Perscy łucznicy podjeżdżali do posuwających się na północ najemników, zasypywali ich strzałami i umykali, nie ponosząc żadnych strat. Hoplici nie byli w stanie ich dogonić, zaś procarze, peltaści, a nawet łucznicy kreteńscy - w porę odpowiedzieć.

Ksenofont i Chejrisofos zrozumieli, że do skutecznej walki z nieprzyjacielem należy sformować zupełnie nową formację zbrojną. Na ich rozkaz pięćdziesięciu rodyjskich procarzy posadzono na ocalałe konie i w ten sposób stworzono oddział konnych strzelców. Niewielką liczbę jeźdźców rekompensowały ich umiejętności i determinacja.

Kiedy żołnierze Tyssafernesa ruszyli z kolejnym atakiem, procarze pod wodzą Lykiosa Ateńczyka pomieszali im szyki i zmusili do odwrotu. Wielu Persów padło trafionych ołowianymi pociskami, inni zginęli w walce wręcz. Lykios przyprowadził do obozu 80 jeńców. Zabito ich, a zmasakrowane ciała pozostawiono ku przestrodze kolejnym prześladowcom.

W kraju Karduchów

Stoczywszy jeszcze kilka potyczek z wojskami Tyssafernesa, Grecy opuścili wreszcie równiny Mezopotamii i wkroczyli w górskie tereny zamieszkałe przez dzikie plemiona Karduchów, przodków dzisiejszych Kurdów. Wojowniczy górale nie uznawali niczyjej władzy i napadali na każdego, kto pojawił się na ich ziemi. Przeprawa przez góry trwała tydzień i jak wspomina Ksenofont, był to najtrudniejszy etap całej epopei. Barbarzyńcy nie mieli pancerzy, a ich taktyka polegała na tym, że tworzyli umocnione pozycje na górskich szczytach, skąd spuszczali na hoplitów lawiny głazów i strzelali do nich z ciężkich, przebijających tarcze i zbroje łuków.

Ksenofont rozdzielił swoje siły na dwie kolumny - główna część poruszała się wygodnymi przełęczami, a wyselekcjonowane oddziały podkradały się do górskich stanowisk i zdobywały je w krwawej walce wręcz. Pomimo strat Karduchowie z dnia na dzień mobilizowali coraz większe siły. Krwawe walki kosztowały Greków wielu zabitych, ale w końcu zdołali opuścić niebezpieczne terytorium.

Ostatni etap

Należąca do Persji Armenia także nie okazała się gościnna. Armia tamtejszego satrapy usiłowała powstrzymać Hellenów na granicznej rzece. Było to niebezpieczne, tym bardziej że z drugiej strony ścigali Greków żądni zemsty Karduchowie. Ksenofont szybko jednak opracował odpowiedni plan bitwy. Najemnicy podzielili się na dwa oddziały i zasymulowali przeprawę w dwóch miejscach rzeki, co groziłoby oskrzydleniem stojących po drugiej stronie Persów. Satrapa armeński przestraszył się i wycofał swoich ludzi, Ksenofont zaś wykorzystał tę sytuację i z całą mocą uderzył na Karduchów. Po wyjściu z górskich kryjówek barbarzyńcy okazali się znacznie mniej groźnymi przeciwnikami.

Armenia nie dysponowała wystarczająco silną armią, aby zagrozić Hellenom. Przemarsz przez jej ziemie był więc tylko epizodem. Na drodze do wybrzeży morskich stały jeszcze kolejne pokryte śniegami góry i następne wojownicze plemiona. Wobec tych ostatnich Grecy zastosowali wypróbowaną już na Karduchach taktykę dwóch kolumn. Udało im się przebić przez dobrze uzbrojonych Chalibów, Fasjan i gardzących śmiercią Taochów.

Dotarli wreszcie nad Morze Czarne. Podróż przez nie w porównaniu z niekończącym się marszem przez bezmiar lądu jawiła im się jako przyjemność. W Trapezuncie, położonej najbardziej na wschód greckiej kolonii, podjęli się "rozwiązania" kilku lokalnych problemów, a za zarobione pieniądze opłacili statki, które zawiozły ich do ojczyzny.

W Helladzie powitano ich jak mitycznych bohaterów, którzy pomimo wielkich strat (szacuje się, że spośród około 11,7 tysiąca najemników poległo kilka tysięcy) upokorzyli największe imperium świata. Przez kolejne stulecia to właśnie Ksenofonta, Klearcha i Chejrisofosa uważali Grecy za największych zdobywców Wschodu. Aleksander Wielki mógł kroczyć później przetartym szlakiem.

Maciej Szopa

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: wielki | oddział | Aleksander Wielki | wyprawa | wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL