Reklama

Eksplozja z 1908 roku: Wydarzenie, które do dziś nie daje nam zasnąć

Eksplozja powaliła drzewa w promieniu 40 kilometrów. Najbardziej prawdopodobne jest to, że na Ziemię spadł fragment komety /East News

Reklama

Testy jądrowe. Eksperyment Nikoli Tesli. Awaria statku kosmicznego. Mała czarna dziura. Zderzenie materii z antymaterią – to hipotezy, starające się wyjaśnić zdarzenie, do którego doszło w ostatni dzień czerwca 1908 roku nad niekończącymi się lasami Syberii.

Wyjaśnienie tajemniczego zdarzenia jest o wiele mniej spektakularne niż mogłoby się na początku wydawać. Ziemia nie jest jedynym ciałem niebieskim w kosmosie, więc podobne sytuacje są nieuniknione. W czasie swojej egzystencji nasza planeta była uczestnikiem wielu kolizji, i to takich, które pozostawiły na jej powierzchni blizny widoczne do dziś. 

Uderzenie asteroidy wyraźnie przyśpieszyło nadejście końca epoki dinozaurów, natomiast w skutek spotkania z obiektem wielkości Marsa powstał Księżyc. Oba powyższe wypadki były wstrząsami na skalę globalną, a tzw. katastrofę tunguską możemy nazwać niewinnym uderzeniem w blaszany bębenek. 

Reklama

Letni poranek nad Syberią

Gdyby rzeka Podkamienna Tunguzka znajdowała się w Europie, byłaby jednym z najpotężniejszych cieków kontynentalnych. Z długością 1865 kilometrów ustawiłaby się na szóste miejsce wśród najdłuższych europejskich rzek. Podkamienna Tunguzka wije się wśród nieskończonych połaci Syberii, gdzie ustępuje jedynie takim olbrzymom jak Ob, Wołga lub Jenisej, do którego na koniec uchodzi. Jej dorzecze jest tak rozległe, że zmieściłoby się do niego Królestwo Wielkie Brytanii i Północnej Irlandii. 

Na pokrytym dziewiczymi lasami niezamieszkanym obszarze 30 czerwca 1908 roku o godzinie 7:15 czasu lokalnego nastąpił ogromny wybuch - nawet późniejsze eksplozje bomb atomowych nad Hiroszimą i Nagasaki nie były tak silne. Nieposkromiona siła wyrwała i połamała drzewa na powierzchni ponad 2000 m2. Azjatyckie stacje sejsmiczne zarejestrowały ją jako trzęsienie ziemi o natężeniu 5 stopni Richtera. Fala ciśnieniowa została zaobserwowana na całej planecie, przy czym obiegła kulę ziemską trzykrotnie. Europa zarejestrowała kilka białych nocy, a londyńczycy obserwowali popiół spadający z nieba. 

Oczekiwanie na ekspedycję

Na szczęście dramat odegrał się na niezamieszkanym terenie - miasto Wanawara jest oddalone od epicentrum o 75 km. Nie zanotowano żadnych strat ludzkich. Dogłębna eksploracja obszaru zdarzenia była w czasach caratu utrudniona, co więcej, niedługo potem wybuchła I wojna światowa, a opinia publiczna zajęła się czymś zupełnie innym. 

Po zawarciu pokoju na miejsce eksplozji mogły udać się pierwsze wyprawy badawcze. Najwytrwalszym z nich stał się mineralog Leonid Kulik (1883-1942), który powrócił na teren wybuchu kilkukrotnie. Od lat 60. zainteresowanie tajemniczym zdarzeniem stopniowo spadało, a żadna z ekspedycji nie wysnuła zadowalających wniosków na temat tego, co stało się feralnego dnia na Syberii. 


Co zdradziły niepozorne okruchy?

Dziś z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że w naszą planetę uderzyła asteroida - czyli nie zawiniły ani esperymenty Tesli, ani statek kosmiczny, ani wybuch jądrowy. Z początku badacze skłaniali się ku temu, że Ziemia stanęła na drodze jednej z komet. Podczas jednej z wypraw sowieckich naukowców w latach 70. badacze natrafili w jednym z torfowisk na miniaturowe okruchy o średnicy nie większej niż jeden milimetr. 

Naukowcy doszli do wniosku, że nie odkryli nic znaczącego. Jednak prawie 30 lat później, dzięki pomocy nowocześniejszych i dokładniejszych narzędzi badacze z Narodowej Akademii Nauk Ukrainy zaobserwowali w tajemniczych elementach obecność niklu i żelaza w proporcjach, które zawierają meteoryty. 

Groźba z kosmosu

Teorii o uderzeniu planetoidy nie wspiera fakt, że na miejscu upadku nie odnaleziono żadnego krateru. Trzynaście lat temu włoscy naukowcy z Uniwersytetu Bolońskiego stwierdzili, że natrafili na krater, jednak ich badania nie zostały potwierdzone. Możliwe, że ten istnieje, ale nie został dotąd odnaleziony lub planeta eksplodowała na takiej wysokości, że krater w ogóle nie powstał.

Istotną rolę mógł również odegrać materiał tworzący masę ciała. Amerykański fizyk Mark Boslough w laboratorium Sandia w Nowym Meksyku stworzył symulację przebiegu zdarzenia. 

Najbardziej interesującym wnioskiem wypływającym z kalkulacji jest hipoteza, że meteoryt mógł być o wiele mniejszy, niż zakładano na początku. To by znaczyło, że również niewielkie obiekty mogą powodować katastrofy niebywałych rozmiarów. Według obliczeń, które Boslough stworzył na komputerze o nieprzeciętnej mocy, asteroida nie była większa niż 30 metrów, a mimo to wykazała się ekstremalnie niszczycielską siłą. 

Gdyby do eksplozji doszło nad gęsto zaludnionym terenem, życie mogło stracić nawet milion osób, twierdzi Boslough. Odkrył, że z upadającego obiektu kosmicznego, wystawionego na działanie wysokiego tarcia i ekstremalne temperatury, odczepiło się kilka mniejszych elementów, z ogromną prędkością zmierzających ku powierzchni Ziemi, do której przybliżyły się jedynie na 5 kilometrów. Wywołane przez nie żar i fala ciśnieniowa spowodowały duże spustoszenie. 

Co się stało w Czelabińsku?

Większość gości z kosmosu, którzy zdecydują się zbliżyć do Ziemi, płonie już w atmosferze. Te widzimy w postaci spadających gwiazd i wypowiadamy życzenie. 

Większe obiekty, których jest na szczęście relatywnie mało, mogą spowodować nie tylko interesujące niebiańskie przedstawienie, ale mogą jednocześnie zagrażać życiu. 

Eksplozji meteorytu, który 15.2.2013 roku runął w okolicy Czelabińska, towarzyszyła co najmniej trzydziestokrotność energii uwolnionej podczas wybuchu bomby atomowej nad Hiroszimą w 1945 roku. Jego siła osiągnęła 500 kiloton TNT, w Hiroszimie zmierzono "tylko" 15 kiloton TNT. 

Czelabiński meteoryt podczas wstąpienia do atmosfery nad południowym Uralem ważył około 12 000 ton, a jego średnica wynosiła 20 metrów - był największym obiektem, który dosięgnął Ziemi od czasu upadku meteorytu w czerwcu 1908 roku. 

Meteor czelabiński (według niektórych opinii była to planetoida) spadał z prędkością 19 km/s (ok. 67 000 km/h), czyli ok. 60 razy szybciej niż prędkość dźwięku. 

Podczas rozpadu na wysokości mniej więcej 30-40 kilometrów na ziemi meteoryt rozbłysnął przez chwilę blaskiem większym niż Słońce. 

Według pomiarów meteoryt wiekowo jest zgodny z wiekiem Układu Słonecznego: 4,56 miliarda lat. Na skutek upadku meteorytu (największa z jego części spadła do jeziora Czebarkul) zranionych zostało 1500 osób, większość z nich odniosła rany cięte, ponieważ silna fala ciśnieniowa, która w okolicy zniszczyła 7000 budynków, rozbiła okna. Miejscowe urzędy oszacowały szkody na miliard rubli (w przeliczeniu 105 651 000 złotych).

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy