Komputer z bazą danych IPN znajduje się w czytelni tej instytucji od jesieni ubiegłego roku. Mają do niego dostęp wszyscy, którzy korzystają z archiwum (czyli dziennikarze, historycy i osoby uznane za pokrzywdzone). Kieres twierdzi, że ustawa lustracyjna uniemożliwia utajnienie danych o "tajnych współpracownikach".Szef IPN mówi także, że lista być może wcale nie została skopiowana z komputera, lecz mogła być wydrukowana.
Jest to raczej nieprawdopodobne. Wydruk 240 tysięcy nazwisk nawet na szybkiej drukarce trwałby ponad 12 godzin i musiałby zostać zauważony, zwłaszcza, że zdaniem Jacka Żakowskiego, który listę do rąk otrzymał - liczy ona 4131 stron. A taki wydruk wymaga co najmniej ośmiokrotnego zapełniania podajnika drukarki. Tego również nie można zrobić niepostrzeżenie. Chyba, że na zlecenie Wildsteina zrobił to - nie budząc żadnych podejrzeń - pracownik IPN.
Nie wiadomo w jakim formacie jest baza danych Instytutu. Znając podejście instytucji rządowych do komputeryzacji możemy przypuszczać, że jest ona zapisana w pliku Microsoft Excel, albo - nawet nie jest bazą, a dokumentem MS Word lub .PDF. W Excelu baza z taką liczbą nazwisk zajmuje od 12-20 MB, plik Worda czy Adobe ma zbliżone rozmiary. Wbrew twierdzeniu Gazety Wyborczej jest możliwe skopiowanie jej na dyskietki (to zaledwie 9 dyskietek dużej gęstości). Być może plik z bazą danych został skopiowany na urządzenie typu USB Drive. Tak wyniesione dane można było później spokojnie wydrukować w domu.
W tym momencie nasuwa się pytanie. Dlaczego baza nie była zabezpieczona przed kopiowaniem? Takie zabezpieczenie (nawet w Excelu) potrafi zrobić nawet mało zdolny informatyk. Wystarczyło założyć takie zabezpieczenie, np. na hasło, o które komputer pytałby przy próbie kopiowania lub wydruku i nie byłoby afery. Profesor Kieres twierdzi, ze otrzymał notatkę od informatyka IPN, w której czytamy: "Lista nie wydostała się z komputera, który jest w czytelni. System zabezpieczeń był prawidłowy". Jeśli informatyk IPN tak samo zna się na swojej robocie jak na języku polskim - można przypuszczać, że system zabezpieczeń jednak nie był poprawny. Chyba, że ktoś z pracowników IPN skopiował te dane Wildsteinowi. A informatykowi nie ma co się dziwić. Walczy jak może o zachowanie ciepłej - i jak widać związanej z niewielką odpowiedzialnością - posady.
"Zastanawiałem się nad tym czy listy nie upublicznić w internecie. Z różnych względów jeszcze się na to nie zdecydowałem." - mówi Wildstein. W opinii wicemarszałka Sejmu Tomasza Nałęcza Wildstein wynosząc z IPN listę naruszył przysługujące IPN prawo do własności intelektualnej, wynikające z prawa autorskiego. Prawnicy twierdzą, że naruszona zostało raczej ustawa o ochronie danych osobowych
Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Andrzej Zoll uważa, że lista "być może powinna być zastrzeżona do użytku służbowego" i prawo mogło zostać naruszone przez jej wyniesienie z IPN.
Zastępca Prokuratura Generalnego Kazimierz Olejnik zapowiedział, że prokuratura zajmie się tą sprawą, kiedy otrzyma doniesienie o popełnieniu przestępstwa.
Jeśli okaże się, ze winni są informatycy IPN - to podobnie jak Wildstein - zostaną zwolnieni z pracy. Ale - podobnie jak dziennikarz - na pewno nowa prace szybko znajdą. Na takich co "dużo wiedzą" jest bowiem w naszym wstrząsanym aferami kraju coraz większe zapotrzebowanie.
A jak to jest w innych krajach? Słowacy mają możliwość zajrzenia w teczki komunistycznej służby bezpieczeństwa. Mogą to zrobić za pośrednictwem internetu. Słowacki Instytut Pamięci Narodowej w listopadzie 2004 udostępnił ponad 20 tysięcy zapisów. Dla ochrony przed nadużyciami, zainteresowany musi najpierw wypełnić internetowy kwestionariusz i dopiero po jego sprawdzeniu uzyskuje dostęp do swojej teczki. Bułgaria zrobiła to wczesniej - w marcu 2001.
Inne kraje "postkomunistyczne" (Niemcy, Czechy) ujawniły dane w inny - nie sieciowy - sposób. W ten sposób uniknięto niedomówień i afer.
Moim zdaniem - abstrahując od innych aspektów sprawy - tego typu dane powinny jednak być zabezpieczone przed kopiowaniem. A Waszym zdaniem?









