Reklama

​King Shang-Chi, kung fu mistrz

Shang-Chi dołącza do MCU. Kim jest nowy superbohater? /Album Online/East News /East News

Reklama

Nie frasujcie się, moi drodzy, jeśli nawet nie kojarzycie kim jest Shang-Chi, który 3 września 2021 r. dołącza do kinowego uniwersum Marvela, bo nawet i nasi starsi i bardziej doświadczeni koledzy zza oceanu, którzy na komiksach zęby zjedli, też muszą podumać, aby skojarzyć, kto zacz.

Shang-Chi nie jest przecież gwiazdą pierwszego formatu, lecz, przypomnijmy, nie był nią również i taki Iron Man, zanim jego pancerza nie wykuł Robert Downey Junior, a raczej magicy garbiący się nad komputerami. Ba, pamiętam, jak krzywiono się, że kolejnym filmem z MCU będą "Strażnicy galaktyki", bo przecież kto, poza starymi wyjadaczami, znał wtedy komiksy o tych kosmicznych awanturnikach? Ale dzisiaj podobne pokłady wiedzy nie są już potrzebne, bo to jednak ten filmowy świat, choć pobudowany na papierowych fundamentach, kreuje to, co popularne, a nie odwrotnie. Dlatego nie przypadkiem dopiero teraz Shang-Chi — choć od paru ładnych lat odbija się od komiksu do komiksu — dorobił się regularnej serii, na którą wcześniej szans raczej nie miał.

Reklama

Wymyślony na początku lat siedemdziesiątych, uwaga, nie przez Stana Lee, ale młodych gniewnych, Steve’a Engleharta i Jima Starlina, zadziorny mistrz kung-fu był niczym innym jak odpowiedzią na potrzeby rynku. Popyt na historie o karatekach wywijających nunczako i rozdających razy zastępom złowrogich ninja był wtedy ogromny. Bruce Lee podbił bowiem i amerykańskie kina, a serial "Kung Fu" święcił tryumfy popularności, odciskając na popkulturowym krajobrazie piętro tak mocne, że Marvel pierwotnie chciał ulepić komiks na licencji rzeczonego programu. 

Gdy sztuka ta się nie powiodła — bo i powieść się nie mogła, jako że prawa do tytułu dzierżył koncern Warnera, czyli właściciele konkurencyjnego wydawnictwa DC — zaczęto się rozglądać za rozwiązaniem alternatywnym. I znaleziono. Padło na książki Saxa Rohmera, których czarnym charakterem był knujący przeciwko ludzkości doktor Fu Manchu, generalnie skupiający bodaj wszystkie rasistowskie stereotypy na temat ludności azjatyckiej. Z biegiem lat udało się jako tako oderwać tę postać od owych konotacji i Fu Manchu stał się swoistym archetypem złego geniusza i szalonego naukowca, co znalazło też swoje odbicie u Iana Fleminga i jego doktora No.

Co ciekawe, pierwotnie Shang-Chi był, jak i James Bond, agentem brytyjskiego wywiadu, który szybkimi piąchami i mocnymi kopniakami usiłował zniweczyć złowieszcze plany przestępczej organizacji kierowanej przez Fu Manchu. Który, dodajmy, był jego ojcem. Dzięki panującemu nadal szałowi na azjatyckie sztuki walki, Marvel miał gotowy kolejny przebój. 

Młody mistrz kung-fu pojawił się po raz pierwszy na kartach komiksu pod koniec 1973 roku i spodobał się na tyle, że prędko cały magazyn "Special Marvel Edition" przechrzczono na "The Hands of Shangi-Chi: Master of Kung Fu", którego był, rzecz jasna, głównym bohaterem. Na niełatwym i dynamicznie zmieniającym się rynku wydawniczym tytuł ten utrzymał się przez prawie dziesięć lat, co jest wyczynem zasługującym na uwagę. Englehart i Starlin prędko wymiksowali się z projektu, jeden z uwagi na ciągłe spięcia z redaktorami, drugi — zażenowany rasistowskimi powieściami Rohmera.

Stery przejął Doug Moench, który napisał scenariusze do stu zeszytów, domykając trwający prawie dekadę konflikt Shang-Chi z ojcem. Spadająca na łeb na szyję sprzedaż sprawiła, że serię wygaszono zaledwie trzy numery później. Tyle dobrego, że napisano dla umęczonego już wojownika kojące zakończenie, pozwalając mu oddalić się ku zachodzącemu słońcu na zasłużoną emeryturę, którą miał spędzić w chińskiej wioseczce jako prosty rybak. 

Rzecz jasna nie dano chłopu spokoju, choć jego mini uniwersum rozpadło się po tym, jak Marvel nie przedłużył licencji na powieści Rohmera. Długo jednak nie potrafiono znaleźć na niego dobrego pomysłu i zastanawiano się, co z nim w ogóle zrobić (ponoć Stan Lee jeszcze w latach osiemdziesiątych myślał o przeniesieniu przygód Shang-Chi na ekran, z Brandonem Lee w roli tytułowej) i tak mistrz kung-fu tułał się po antologiach i występował gościnne, aż dekadę temu zjawił się Ed Brubaker.

Scenarzysta, świeżo opromieniony sławą po swoim runie z Kapitanem Ameryką i Zimowym Żołnierzem (wydawanym aktualnie u nas i tłumaczonym, ekhm, przeze mnie), dokooptował zapomnianego bohatera do składu Secret Avengers i śmiało przepisał jego biografię, wyjaśniając przy tym, że Fun Manchu to jedynie ksywka niejakiego Zheng Zu, pradawnego czarownika, który posiadł tajemnicę nieśmiertelności. 

Film jeszcze w tym wszystkim, oczywiście, namiesza, choćby czyniąc ojcem Shang-Chi prawdziwego Mandaryna (co komiksy też już co prawda odhaczyły), no i przerabiając tytułowe dziesięć pierścieni na bransolety, ale i to dziwić nie powinno, bo może nie zostały one wykute na ludzki palec. Nie zdradzę jednak nic więcej, niech film mówi sam za siebie.

A może mieć do powiedzenia całkiem sporo, bo "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" to już dwudziesty piąty odcinek superbohaterskiej sagi od Marvel Studios i zarazem prawdziwy początek Czwartej Fazy, który, być może, wyznaczy kierunek kolejnym odsłonom MCU. Po tak długim poście — od "Avengers: Końca gry" minęły już przeszło dwa lata! — zżera ciekawość, co było dalej, apetyty są spore. Przed Shang-Chi niełatwe zadanie. Szykujcie żółte dresy i do kina.

Bartek Czartoryski

Zobacz również:
Simu Liu - gwiazdor filmu "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" krytykuje Disneya

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje