Reklama

Krwawe Boże Narodzenie. Te morderstwa wstrząsnęły światem

Podczas gdy większość z nas planowała, co kupić najbliższym pod choinkę i przygotować na świąteczny obiad, oni planowali... brutalne zabójstwa i inne nikczemności, bo chociaż wydaje się, że Gwiazdka to czas, który w magiczny sposób uwalnia świat od zła, dla bezwzględnych morderców to dzień w kalendarzu jak każdy inny.

Podczas gdy większość z nas planowała, co kupić najbliższym pod choinkę i przygotować na świąteczny obiad, oni planowali... brutalne zabójstwa i inne nikczemności, bo chociaż wydaje się, że Gwiazdka to czas, który w magiczny sposób uwalnia świat od zła, dla bezwzględnych morderców to dzień w kalendarzu jak każdy inny.
Krwawe Boże Narodzenie. Te zbrodnie wstrząsnęły światem /123RF/PICSEL

Boże Narodzenie to czas, który kojarzy się z wieloma rzeczami - ubieraniem choinki, dobiegającymi zewsząd dźwiękami Last Christmas, czekoladowymi mikołajami, kupowaniem prezentów, lepieniem pierogów, spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi. Niestety nie dla wszystkich jest to "najcudowniejszy czas w roku", bo policyjne statystyki skrywają wiele makabrycznych zbrodni, do których doszło w święta. Co ciekawe, część z nich śledczy próbują rozwiązać do dziś...

Mała miss zamordowana we własnym domu

I trudno o lepszy przykład niż tragiczna historia 6-letniej JonBenet Ramsey, która wydarzyła się w święta 1996 roku. Dziewczynka, która była laureatką wielu konkursów piękności, zaginęła z własnego domu w nocy z 25 na 26 grudnia, a jej rodzice znaleźli list z żądaniem okupu w wysokości 118 tys. dolarów. Natychmiast wezwali policję, która nie znalazła jednak żadnych dowodów na porwanie - podczas przeszukiwania domu ojciec dziewczynki w pewnym momencie zszedł jednak do piwnicy, gdzie natknął się na jej ciało. Nigdy nie było żadnego porwania, jego córka została zamordowana we własnym domu, a śledztwo wykazało, że zmarła na skutek uduszenia i miała pękniętą czaszkę. Wiele wskazywało jednak na to, że ktoś chciał porwać małą miss albo upozorować porwanie, bo ta miała związane ręce i nogi, a także zaklejone taśmą usta.

Reklama

Policja początkowo podejrzewała Johna i Patricię Ramseyów o zabicie własnego dziecka i zorganizowanie listu z żądaniem okupu w celu zatuszowania zbrodni, a wszystko przez wiele podejrzanych kwestii. Ojciec natychmiast po znalezieniu ciała oderwał taśmę z ust dziewczynki, wziął jej ciało na ręce i wyniósł z piwnicy, przez co zdaniem śledczych zniszczył wiele potencjalnych dowodów, charakter pisma porywacza mocno przypominał ten matki dziewczynki, telefon, jaki kobieta wykonała na policję był zdaniem śledczych bardzo dziwny, a kwota okupu była dokładnie w wysokości premii świątecznej otrzymanej przez Johna Ramseya, o czym wiedziała tylko rodzina. Policja nie znalazła jednak wystarczających dowodów na potwierdzenie tej teorii i oczyściła rodziców z podejrzeń - wtedy zaczęto też badać inną możliwość, a mianowicie wtargnięcie z zamiarem porwania, które zakończyło się tragicznie.

Sprawcy szukała policja i prywatni detektywi, ale do tej pory bezskutecznie - 20 grudnia ubiegłego roku śledczy ogłosili jednak, że skupią się na analizie śladów DNA znalezionych na ubraniu dziewczynki i w jej domu, licząc na przełom z wykorzystaniem nowoczesnych technik analiz, które pozwoliły ostatnio rozwiązać inną starą zagadkę, a mianowicie po 40 latach zatrzymać niesławnego Golden State Killera.

Co warto podkreślić, śledztwo wykazało, że w najbliższej okolicy domu małej miss mieszkało aż 40 przestępców seksualnych, a przez lata do popełnienia zbrodni przyznało się kilku pedofilów, więc może to być właściwy trop. Jeden z nich, Gary Oliva, dwukrotnie przyznał się do przypadkowego zabójstwa JonBenet - najpierw w rozmowie telefonicznej z 1996 roku, ale ze względu na brak zgodności DNA z miejsca zbrodni został zwolniony, a później w liście z 2016 r., po tym jak został ponownie aresztowany i skazany za posiadanie dziecięcej pornografii.

Zabójcze zdjęcie?

W tym przypadku cofamy się w czasie dużo bardziej, a mianowicie do Bożego Narodzenia z 1929 roku, które na zawsze zapisało się w historii. Jak w przypadku wielu podobnych zbrodni, nic nie wskazywało na to, że 25 grudnia dojdzie do tragedii i Charles Davis "Charlie" Lawson zamorduje swoją żonę oraz sześcioro z siedmiorga dzieci! Szczególnie że miały to być dla nich naprawdę wesołe i dostatnie święta, bo chociaż mówimy o roku, w którym zaczął się słynny wielki kryzys, to rodzinę było stać na zakup nowych ubrań i opłacenie fotografa, który kilka dni przed świętami zrobił im pamiątkowe zdjęcie. Później stało się jednak coś, czego śledczy i naukowcy do dziś nie są w stanie zrozumieć - Charles Lawson z nieznanych powodów wymordował prawie całą rodzinę.

Najpierw zastrzelił dwie córki, które wychodziły z domu, by odwiedzić rodzinę, następnie żonę, która siedziała na werandzie przed domem, skąd wrócił do środka, by zastrzelić najstarszą córkę, dwóch synów oraz najmłodszą córeczkę, która była niemowlęciem - później ułożył ciała wszystkich członków rodziny, zostały znalezione z skrzyżowanymi rękami i kamieniami pod głowami końcu, udał się do pobliskiego lasu i popełnił samobójstwo.

Jak się okazało, z nieznanych powodów oszczędził jedynie najstarszego syna, 16-letniego Arthura, którego na chwilę przed morderstwami wysłał z domu, by coś załatwił. Dlaczego popełnił tę zbrodnię? Jedna z plotek mówi o tym, że Charles Lawson molestował swoją najstarszą córkę, Marie, która zaszła z nim w ciążę - nie udało się tego udowodnić, ale sekcja faktycznie potwierdziła, że kobieta spodziewała się dziecka.

Szybko pojawiły się też doniesienia, że kilka miesięcy wcześniej Lawson doznał urazu głowy, co zdaniem niektórych osób z jego otoczenia sprawiło, że bardzo się zmienił - sekcja zwłok nie wykazała jednak żadnych nieprawidłowości. A przynajmniej tej natury, bo po śmierci rodziny coraz częściej mówiło się o tym, że w tym domu działy się dziwne rzeczy i wiele osób wiedziało o... kazirodczym związku Charliego i jego najstarszej córki, który miał trwać od dłuższego czasu. Jakby tego było mało, brat mordercy wkrótce po tych krwawych wydarzeniach otworzył dom rodziny przy Brook Cove Road jako atrakcję turystyczną! Ba, podczas zwiedzania można było nawet zobaczyć ciasto, które Marie upiekła w Boże Narodzenie. 

Opętana sąsiadka

Świetnie żyjecie ze swoimi sąsiadami i w święta macie w zwyczaju odwiedzać ich z życzeniami i własnoręcznie upieczonymi ciasteczkami? To świetnie, ale jak pokazuje tragiczny przykład 47-letniego Szkota, Alana Williamsona, pozory bywają mylące i lepiej mieć się na baczności. O co chodzi? 25 grudnia 2013 roku mężczyzna spotkał się ze swoją 37-letnią sąsiadką, Melissą Young, żeby wymienić świąteczne uprzejmości i życzenia. W pewnym momencie mężczyzn odmówił jednak przyjęcia tenisówek i kalendarza, a kobieta w odpowiedzi... ugodziła go nożem 29 razy.

Morderczyni, która miała na jednym ramieniu tatuaż Matki Boskiej, a na drugim Lucyfera, odmówiła jednak przyznania się do winy, przekonując, że to archanioł Michał "wszedł w nią z błyskiem światła, przejął jej ciało i użył jako narzędzia Boga do ukarania nieczystego demona, który opętał Alana Williamsona".

Jak twierdziła Young, gdyby sąsiad wziął od niej upominek, nie musiałaby zrobić tego, co zrobiła. Z dokumentów sądowych dowiadujemy się też, że kiedy Melissa Young informowała służby przez telefon o tym, co wydarzyło się w jej mieszkaniu, Alan Williamson jeszcze żył i można było usłyszeć go w tle, błagającego o wypuszczenie go z mieszkania.

Niestety mężczyzny nie udało się uratować, bo kiedy pogotowie dotarło na miejsce, ręce Melissy Young były całe we krwi, a jej ofiara leżała martwa za drzwiami. Kobieta została skazana na 20 lat do dożywocia, a podczas badań zdiagnozowano u niej poważne zaburzenie osobowości i uznano za poważne zagrożenie dla otoczenia - miała wiele różnych tożsamości, przyjmowała 14 leków na receptę, nadużywała alkoholu oraz narkotyków i planowała... kolejne morderstwa. Podczas badań Young wymknęło się, że była zdegustowana swoimi sąsiadami i chciała zabić o wiele więcej osób.

***

Takie rzeczy tylko w Ameryce? Nic bardziej mylnego, bo ostatni przypadek miał już miejsce w Europie, a i w naszym kraju nie brakuje niestety podobnych historii - wystarczy tylko spojrzeć na tzw. sprawę połaniecką, kiedy to 30 osób patrzyło na zabójstwo dwóch dorosłych osób i dziecka, a następnie własną krwią podpisywało "obietnicę" milczenia.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Boże Narodzenie | morderstwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy