Reklama

Bombardowanie z kosmosu? Wojskowi chcieliby mieć taką broń!

65 mln lat temu asteroida wysadziła w powietrze dinozaury. Nieco później, 58 milionów lat temu, kosmiczny kamień o średnicy nieco przekraczającej kilometr uderzył w Grenlandię, wywołując trzęsienia ziemi o sile przekraczającej 9 stopni w skali Richtera i potężne pożary lasów. Mniejsze uderzenia są znacznie częstsze: około 5 tys. lat temu niewielka asteroida uderzyła w dzisiejszy Poznań, powodując eksplozję porównywalną z tą z Hiroszimy i tworząc kratery do dziś widoczne w rezerwacie Morasko, a na początku XX w. kosmiczny pocisk powalił ogromne połacie syberyjskich lasów. Nawet ostatnie lata obfitują w kosmiczne zderzenia: od asteroidy, która wybiła wszystkie okna w rosyjskim Czelabińsku po niewielki bolid, który eksplodował u wybrzeży Grenlandii w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Kosmos stale nas "bombarduje".

65 mln lat temu asteroida wysadziła w powietrze dinozaury. Nieco później, 58 milionów lat temu, kosmiczny kamień o średnicy nieco przekraczającej kilometr uderzył w Grenlandię, wywołując trzęsienia ziemi o sile przekraczającej 9 stopni w skali Richtera i potężne pożary lasów. Mniejsze uderzenia są znacznie częstsze: około 5 tys. lat temu niewielka asteroida uderzyła w dzisiejszy Poznań, powodując eksplozję porównywalną z tą z Hiroszimy i tworząc kratery do dziś widoczne w rezerwacie Morasko, a na początku XX w. kosmiczny pocisk powalił ogromne połacie syberyjskich lasów. Nawet ostatnie lata obfitują w kosmiczne zderzenia: od asteroidy, która wybiła wszystkie okna w rosyjskim Czelabińsku po niewielki bolid, który eksplodował u wybrzeży Grenlandii w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Kosmos stale nas "bombarduje".
Skutki uderzenia "sztucznej asteroidy" byłyby równie niszczycielskie, co spektakularne /Adrian Mann/Future Publishing /Getty Images

Nie ma chyba wojskowego planisty, który patrząc na niszczycielską moc nawet niewielkich planetoid, nie zapadłby w głęboką zadumę. Skoro sama natura stale bombarduje nas przy pomocy pocisków, których moc porównywalna jest z bronią jądrową, czy ludzie byliby w stanie skopiować ten pomysł i zacząć obrzucać się kosmicznymi skałami sami? W końcu nie ma takiej technologii czy siły natury, która w którymś momencie nie zostałaby wykorzystana na militarne potrzeby

Właśnie taki pomysł na kopiowanie natury leży u podstaw opracowywanej w USA broni znanej pod nieco dramatyczną nazwą “Prętów od Boga", lub, tylko odrobinę mniej barwnie, jako “projekt Thor". To próba stworzenia sztucznych, naśladujących niszczycielską moc asteroid obiektów, które mogłyby dosłownie wyparowywać z ogromną precyzją cele w niemal dowolnym miejscu na świecie, w ciągu zaledwie 15 minut od wydania rozkazu. 

Reklama

Kowadłem z orbity

Pomysł, żeby atakować wroga, zrzucając na niego ciężkie przedmioty z samolotu może na pierwszy rzut oka przypominać coś rodem z kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze: podwieszone nad drogą kowadło było jedną z ulubionych pułapek polującego na niego kojota. 

Ale wojskowi na ten pomysł wpadli naprawdę dawno temu. I nie chodzi tu nawet o głazy czy żelazne kule miotane przez średniowieczne machiny oblężnicze: swoisty poprzednik “Prętów od Boga" swój debiut w amerykańskich siłach zbrojnych zaliczył już podczas wojny w Korei. 

Podczas najbardziej zaciętych walk, Amerykanie zaczęli zrzucać z samolotów zupełnie nowy typ bomb: "Lazy Dog", zrzucane tysiącami, dewastowały wielkie obszary i były w stanie po zrzuceniu z wysokości kilkuset metrów przebić się przez 23 cm betonu. Skuteczność zdumiewająca, zważywszy na fakt, że "Lazy Dog" byłyby po prostu solidnymi kawałkami stali o długości niecałych 5 cm wyposażonymi w stabilizujące lotki. Nie zawierały ani grama materiałów wybuchowych, a ich niszczycielska moc wynikała wyłącznie z ich masy i prędkości. 

Projekt Thor opiera się w zasadzie na tym samym pomyśle, choć "Lazy Dog" przypomina mniej więcej w takim samym stopniu, co podobne do siebie są rzucanie małymi kamyczkami w okno dla zwrócenia uwagi mieszkańców i walenie w ścianę budynku stalową kulą do rozbiórki. 

W ramach projektu, na orbicie umieszczonych zostanie cała flotylla satelitów. Część z nich stanowiłaby centra dowodzenia i naprowadzania pocisków. Pozostałe byłyby orbitalnymi wyrzutniami, zawierającymi wiązki wolframowych prętów wielkości słupa telefonicznego. Sześciometrowe “włócznie" byłyby zrzucane z orbity na precyzyjnie wybrane cele i uderzały w nie z prędkością dziesięciokrotnie większą, niż prędkość dźwięku. 

Skutki takiego uderzenia byłyby równie niszczycielskie, co spektakularne. Pręt, uderzając w ziemię, mógłby wbić się w jej powierzchnię na głębokość przekraczającą nawet 100 metrów, dosięgając zakopanych głęboko bunkrów, magazynów czy wyrzutni pocisków jądrowych. Energia kinetyczna pręta byłaby tak wielka, że eksplozja byłaby porównywalna z siłą bomby jądrowej. Z jedną, zasadniczą różnicą: nie towarzyszyłoby jej jakiekolwiek promieniotwórcze skażenie. Eksplozja nastąpiłaby w mniej więcej 15 minut po wydaniu rozkazu. 

Prawna furtka

Pręty od Boga można uznać za próbę obejścia zapisów Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej, podpisanego w 1967 r. przez 107 krajów. Traktat jasno zakazuje umieszczania lub stosowania w przestrzeni kosmicznej i na powierzchni innych ciał niebieskich broni nuklearnej i innych broni masowego rażenia. Mimo niszczycielskiej mocy wolframowych prętów, amerykanie mogliby w zasadzie twierdzić, że nie stanowią one żadnej broni masowego rażenia, bo nie zawierają nawet materiałów wybuchowych. 

Ale pomysł jest starszy, niż traktat. Koncepcja broni opartej na energii kinetycznej istniała odkąd w latach pięćdziesiątych think-tank RAND Corporation zaproponował umieszczenie prętów na czubkach pocisków ICBM. Satelitarna wersja systemu została spopularyzowana przez pisarza science-fiction Jerry'ego Pournelle'a, zatrudnionego pod koniec lat 50. w zakładach Boeinga. To także Pournelle jako pierwszy nadał projektowi imię nordyckiego boga gromów. 

Ale to nie jest tylko fantastyka. Pentagon, oczywiście, nie potwierdza nawet, że prace nad takim systemem trwają, ale Air Force Transformation Flight Plan", opublikowany przez Siły Powietrzne w listopadzie 2003 r., wspomina o "wiązkach hiperszybkich prętów" w rozdziale poświęconym przyszłej broni kosmicznej, Pentagon przeznacza na kosmiczną broń coraz większe pieniądze: wydatki na nią rosną od 2000 r. o ponad miliard dolarów rocznie. 

Nie tak prę(t)dko

Nie powinniśmy spodziewać się jednak, że Thor zacznie miotać orbitalnymi gromami w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Do rozwiązania jest kilka problemów technicznych - na przykład fakt, że przy tak wielkich prędkościach nawet wolfram mógłby wyparować, zanim kosmiczny oszczep dotknie ziemi - ale przede wszystkim problemem jest kasa. 

Nawet w czasach Zimnej Wojny, kiedy budżety wojskowe były z wyjątkowo rozciągliwej gumy, to właśnie koszty sprawiły, że pręty od Boga trafiły do zakurzonej teczki. Wystarczy prosta kalkulacja: do niedawna nawet najtańsze na rynku rakiety kosmiczne wynosiły ładunki na orbitę za mniej więcej 5 tys. dol. za kilogram. Rządowe były zazwyczaj droższe. Przy takiej stawce, wyniesienie nawet jednego, ważącego 12 ton pręta kosztowałoby ok. 230 mln dol. Nie licząc ceny samego pocisku, wykonanego z dość rzadkiego metalu.

Błyskawiczny postęp w budowie kosmicznych rakiet, jaki obserwujemy w ostatnich latach, szybko jednak zbija tę cenę. Falcon 9 wynosi ładunki co najmniej o połowę taniej. A następna generacja rakiet, takich jak Starship czy New Glenn, może obniżyć koszty wynoszenia na orbitę ładunków - bez względu na to, czy są nimi astronauci, satelity, czy broń - co najmniej kilkakrotnie. 

To jednak w ostatnich latach zaczęło się szybko zmieniać. Nowa generacja rakiet takich jak Falcon 9 firmy SpaceX obcięła koszt wynoszenia ładunków w kosmos o ponad połowę. A przygotowywane już do lotu megarakiety takie, jak Starship czy New Glenn mogą obniżyć cenę za kosmiczny fracht nawet kilkukrotnie. 

Wojna na pręty

Rozwój nienuklearnej "superbroni" opartej na przestrzeni kosmicznej zapewniłby USA ogromną przewagę nad przeciwnikami, którzy nie stosują polityki "pierwszego użycia" ich własnych arsenałów nuklearnych, takich jak Chiny i Korea Północna - umożliwiając USA uderzanie w cele na ich terytorium bez eskalacji do wojny nuklearnej. 

Tyle, że kiedy pierwsze państwo umieści na orbicie swojego “Thora", wkrótce zrobić to samo będą chciały kolejne, potencjalnie rozpoczynając wyścig zbrojeń w kosmosie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy