Reklama

Chińczycy podrobili park rozrywki? O tej historii mówi się niewiele

Gdzie dziś jest światowa stolica parków rozrywki? W Kalifornii, z jej oryginalnym Disneylandem? W Orlando, gdzie niemal brama w bramę z Disney World stoją filmowy park Universal, świat Harry’ego Pottera, jurajskie przygody Camp Jurassic? Czy w Japonii, gdzie rollercoastery pędzą przez światy Godzilli, Super Mario czy Mobile Suit Gundam?

Prawda jest taka, że wszystkie te miejsca muszą ustąpić gigantycznemu apetytowi i rozmachowi Chin. Pół biedy, że Chiny mają największy park rozrywki na świecie - uruchomiony w 2021 r. Universal Beijing Resort. Czy w tym, że Disney zainwestował w Szanghaju 5,5 mld dolarów. W całych Chinach z końcem ubiegłego roku było ponad 200 podobnych parków, z każdym rokiem liczba gości rosła w nich o 13 procent, a rozmach chińskich projektantów - często działających ze wsparciem i finansowaniem zachodnich partnerów - tylko rośnie. Chiny to mekka fanów parków rozrywki. 

Reklama

Ale początki tej chińskiej fascynacji parkami rozrywki były... dziwne. I w sumie trochę szkoda, że niepohamowaną inwencję chińskich projektantów zatopili amerykańscy prawnicy

Jeszcze w 2007 r. turysta odwiedzający Pekin mógłby zobaczyć coś, czego nie mógłby doświadczyć w żadnym innym miejscu. Myszka Miki bawiąca się kotkiem Hello Kitty. Królik Bugs i Shrek pozdrawiający razem turystów. Bohaterowie Dragonball na przerwie na lunch z Kubusiem Puchatkiem. Park rozrywki Shijingshan w Pekinie był jak strefa wolna od praw autorskich: był żywym fanfikiem, w którym każda kombinacja bohaterów animowanych filmów z całego świata mogła pojawić się razem ku zdumieniu widzów. 

Park, otwarty jeszcze w 1986 r., był jednym z pierwszych wielkich parków rozrywki w Chinach. A jego projektanci pełnymi garściami czerpali z amerykańskich wzorców. Były kolejki górskie, był zamek Królewny Śnieżki, był futurystyczny EPCOT jakby żywcem przeniesiony z Disneylandu. Nawet hasło reklamowe parku było jak drwina z przejętego prawami autorskimi świata Zachodu: “Disney jest za daleko, odwiedź park rozrywki Shijingshan!". Za jedyne 10 juanów można było doświadczyć prawdziwego świata fusion wszystkich korporacyjnych multiwersów Ameryki, Japonii i Europy. 

Goście byli zadowoleni, prawnicy niekoniecznie...

Z oferty korzystały prawdziwe tłumy. Od otwarcia, ponad 100 atrakcji parku przyciągnęło ponad 200 mln odwiedzających, zarówno Chińczyków jak i gości z całego świata. Mimo tej masy widzów, brutalne traktowanie praw licencyjnych przez właścicieli parku pozostawało tajemnicą Poliszynela aż do połowy pierwszej dekady XXI wieku. 

Od kolejki górskiej z Batmanem, przez odwrócone Shenzou Coaster, po kino 4D czy szereg atrakcji dla najmłodszych, park nie skąpił emocji żadnemu z widzów. Ale ostatecznie dopadły go siły, z którymi nawet koalicja Sailor Moon, Gundama i wszystkich bohaterów Disneya i Looney Tunes nie mogła sobie poradzić. 

Problemem dla parku okazały się być Igrzyska Olimpijskie zorganizowane w Pekinie w 2008 r. Nagle cały świat zaczął przyglądać się chińskiej stolicy, z jakiego zainteresowaniem nie wywołała nawet masakra na placu Tienanmen. I, co w sumie dziwne, jednym z najważniejszych punktów zainteresowania światowych mediów stał się właśnie lokalny park rozrywki. Po tym, jak japońska telewizja Fuji TV nadała reportaż z parku, do Pekinu wyruszyła krucjata amerykańskich prawników. Japończyków najbardziej interesowały nielicencjonowane wersje Hello Kitty i Doraemona: Amerykanów raczej przyciągnęły Kaczor Donald, Królewna Śnieżka i co najmniej 7 krasnoludków. 

Co prawda władze parku zarzekały się, że to wszystko nieporozumienie, a wszystkie występujące w parku postaci pochodzą żywcem z lokalnego folkloru, ale ostatecznie trudno im było dowieść, że Myszka Miki to lokalna legenda z Pekinu, a bajki o Shreku matki spod Szanghaju opowiadają dzieciom od czasów Konfucjusza. Disney był nieubłagany. Nikt nie uwierzył, że nie ma tam żadnej Myszki Miki a jest “myszka wielkie ucho", ani że ich Hello Kitty nie ma żadnego związku z japońskim kotem, bo jego wąsy są zakrzywione, a nie proste. 

“Miejskie Biuro ds. Praw Autorskich w Pekinie zostało poinformowane, że Park Rozrywki Shijingshan naruszył prawa autorskie Walt Disney Corporation" pisało w 2007 r. “Beijing Star". Najwyraźniej żaden z urzędników wcześniej nawet nie zbliżył się do parku. “Dziennikarze dowiedzieli się, że park usunął plakaty z rysunkami, które miały naruszać prawa autorskie, wstrzymał naruszające te prawa pokazy postaci z kreskówek i sprzedaż zabawek". Park nie miał już jak się bronić - nawet hasło reklamowe przestało działać, bo od 2007 r. najbliższy park Disneya znajdował się już nie w Kalifornii, a w Hongkongu. 

“Wang Yefei, wicedyrektor Biura Praw Autorskich wyraził zaniepokojenie władz lokalnych po otrzymaniu skargi od przedstawiciela Disney Corporation" pisał tabloid o urzędnikach, którzy najwyraźniej nigdy wcześniej nie wiedzieli o parku dla milionów widzów na przedmieściach ich miasta, który przez 20 lat działalności zebrał całą szafkę nagród od lokalnych władz.  “Biuro praw autorskich wysłało na miejsce śledczych. Wang powiedział, że władze Pekinu kładą duży nacisk na ochronę własności intelektualnej". 

Park nie miał wyboru. Hello Kitty, Królik Bugs, Shrek - wszyscy wylecieli z roboty. W obliczu wielomilionowego pozwu, park zdecydował się na “przebudowę". Na początku 2010 r. ruszył ponownie - bez większości (ale nie wszystkich) objawów “disneyifikacji". 

Ale nawet pomimo kapitulacji pirackiej republiki, jaką był pekiński park, świat chińskich parków rozrywki pozostaje strefą radosnego - nazwijmy to - interpretowania praw autorskich. Japońska firma Sotsu Co bada, czy park rozrywki w Chengdu nie poszedł o parę wielkich kroków za daleko, gdy postawił na swoim terytorium 15-metrowego robota do złudzenia przypominającego Gundama. A podobnych atrakcji w całym, ogromnym kraju jest zapewne o wiele więcej, bo w każdym roku w Chinach rusza około 12 nowych parków rozrywki. Prawnicy zachodnich i japońskich korporacji często nie nadążają za sprawdzaniem ich zawartości. 

Zwłaszcza, że najpotężniejszy wśród nich Disney w Chinach wcale nie startuje z dominującej pozycji. W 2018 r. Shanghai Disneyland miał tylko nieco poniżej 6 proc. chińskiego rynku dla podobnych megaparków. Czasy nielicencjonowanego Shreka, postaci z Pixara czy bohaterów filmów Marvela nadal nie minęły. Może tylko nieco lepiej się maskują.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: parki rozrywki w Chinach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama