Reklama

Bracia Judica-Cordiglia: Kosmiczni gangsterzy

Bracia Judica-Cordiglia najpierw pracowali w domu na zmontowanym samodzielnie sprzęcie. Potem przenieśli się na dachy Turynu i do starego bunkra z czasów wojny. Tak powstało centrum kosmiczne Torre Bert /domena publiczna

Reklama

Jeden z ciągle żywych mitów związanych z zimną wojną głosi, że w latach 50. i 60. XX wieku ZSRR prowadził dwa programy kosmiczne – jawny i utajniony. W ramach tego drugiego odbywały się najbardziej niebezpieczne misje. Skąd wzięły się te opowieści? Być może pojawiły się dzięki braciom Judica-Cordiglia.

Począwszy od 1957 roku ci radioamatorzy z Turynu wyłapywali sygnały z satelitów, a nawet "podsłuchiwali" rozmowy radzieckich kosmonautów.

Bracia zainteresowali się radiem w 1949 roku, kiedy Achille miał 16 lat, a Giovanni Battista - 10. To medium stało się dla nich tym, czym Internet dla współczesnych nastolatków - cudownym wynalazkiem, który pozwalał poszerzać horyzonty i poznawać otaczający świat. 

Kilka lat później, 4 października 1957 roku, miało miejsce wydarzenie, które na zawsze odmieniło życie włoskiego rodzeństwa. Bracia siedzieli przy stole w swoim ogromnym pokoju na strychu i słuchali radia. Tym razem sklecili je z części, które kupili za bezcen od opuszczającej Turyn jednostki U.S. Army.

Reklama

Nagle program przerwała informacja o wystrzeleniu przez Związek Radziecki pierwszego satelity na ziemską orbitę. Gdy Achille i Giovanni dowiedzieli się, na jakiej częstotliwości wysyła on swoje sygnały, postanowili je namierzyć i odebrać. Mieli przy tym dużo szczęścia. 

Choć jeszcze o tym nie wiedzieli, Turyn idealnie nadawał się do śledzenia radzieckich sputników - ich sygnał znakomicie pokrywał północną część Włoch. Nastrojenie urządzeń rejestrujących na odpowiednią częstotliwość zajęło braciom Judica-Cordiglia zaledwie kilka minut. Gdy usłyszeli pisk Sputnika 1, oniemieli z zachwytu. Z czasem skonstruowali przenośny talerz, który co jakiś czas rozkładali na dachu najwyższego budynku w centrum Turynu. Kosmos szybko stał się jednym z pól bitewnych zimnej wojny, a Achille i Giovanni marzyli, by wziąć w niej udział. 

W listopadzie 1957 roku zarejestrowali sygnały ze Sputnika 2, na pokładzie którego w kosmos poleciała pierwsza żywa istota - pies Łajka. W lutym następnego roku bracia dokonali zapisu dźwięków z Explorera 1, czyli pierwszego satelity wystrzelonego przez USA...

Satelita widmo

28 listopada 1960 roku obserwatorium kosmiczne w Bochum na terenie Republiki Federalnej Niemiec poinformowało o przechwyceniu sygnałów radiowych, które, jak sądzono, mogły pochodzić z radzieckiego satelity. Jednak Radziecka Agencja Prasowa TASS milczała - nie wydała żadnego oficjalnego oświadczenia w związku z wystrzeleniem sputnika.

- Kiedy się o tym dowiedzieliśmy - wspominał Achille - natychmiast zaczęliśmy gorączkowo kręcić regulatorem częstotliwości. Nie usłyszeli jednak nic. Po godzinie bezowocnych poszukiwań Judica-Cordiglia mieli już wyłączyć sprzęt, gdy nagle spośród trzasków i syczenia z głośnika dobiegły wyraźne dźwięki. 

Bracia błyskawicznie rozpoznali w nich sygnał SOS. Jednak brzmiał on nieco dziwnie, jakby statek kosmiczny poruszał się nie po orbicie, lecz powoli... oddalał się od Ziemi. Sygnały wkrótce ucichły. 

W słuchawkach znów było słychać jedynie zwykłe szumy. O tym zadziwiającym zdarzeniu dowiedziała się pewna szwajcarsko-włoska radiostacja i już wkrótce Achille i Giovanni zaczęli współpracować z nią w charakterze "specjalistów w dziedzinie kosmosu". 

Drugiego lutego 1961 roku o 22:55 włoscy bracia, jak zwykle, "włóczyli się" po radzieckich częstotliwościach komunikacyjnych. W pewnym momencie usłyszeli coś dziwnego: Achille niespodziewanie natknął się na transmisję prowadzoną ze statku kosmicznego, który znajdował się na orbicie okołoziemskiej. 

Tamtego wieczoru bracia Judica-Cordiglia zarejestrowali odgłosy, które brzmiały jak kaszel, kichanie oraz ciężki oddech. Wszystko wskazywało na to, że wydający je człowiek za chwilę umrze. 

Przekazali nagranie profesorowi Dogliottiemu - wybitnemu włoskiemu kardiologowi. Lekarz potwierdził ich przypuszczenia - dźwięki bardzo przypominały oddech duszącego się człowieka. Dwa dni później TASS poinformowała, że 2 lutego ZSRR wystrzelił 7,5-tonowy statek kosmiczny, który spłonął, wchodząc w atmosferę ziemską. 

Ponoć jednostka była bezzałogowa, jednak bracia wiedzieli, że to nieprawda - przecież posiadali zapis ostatnich minut życia umierającego kosmonauty. 

Śmierć w płomieniach

Dwa miesiące później włoski dziennikarz, który pracował w moskiewskiej Międzynarodowej Agencji Prasowej, dostał "cynk", jakoby tamtejsze centrum sterowania lotami przygotowywało jakieś niezwykle ważne wydarzenie. Mężczyzna natychmiast zadzwonił do rodzeństwa Judica-Cordiglia.

- Już spaliśmy - opowiadał później Achille - ale zerwaliśmy się z łóżek jak oparzeni i rzuciliśmy się do odbiorników. Stał się cud - przez kilka sekund słyszeliśmy w słuchawkach język rosyjski. Na szczęście Maria Teresa, ich młodsza siostra, nieźle mówiła w języku Puszkina. 

- Lot przebiega prawidłowo - przetłumaczyła pierwsze zdanie. - Czuję się dobrze. Wszystko jest w porządku. Bez problemu znoszę stan nieważkości. To był Jurij Gagarin! Wówczas o wysłaniu pierwszego człowieka w kosmos nie wiedział nawet prezydent Stanów Zjednoczonych. Johna Kennedy’ego obudzono dopiero o 2:00 w nocy i poinformowano, że Rosjanin poleciał w przestrzeń pozaziemską.

Pięć tygodni później, 19 maja 1961 roku, bracia Judica-Cordiglia dokonali najstraszniejszego zapisu. Achille i Giovanni znów "natknęli się" na język rosyjski. Oczywiście, wtedy nie rozumieli jeszcze, o czym mówiła kobieta, niemniej rozpacz i strach w jej głosie nie wymagały znajomości żadnego języka. 

Potem siostra przetłumaczyła im zapis: "Nie milczcie! Rozmawiajcie ze mną! Bardzo gorąco! Jest mi bardzo gorąco! Odpowiedzcie! Co...? 45? 50? Tak, tak, tak, oddycham. Tlen, tlen... Jest mi gorąco. Czy to niebezpieczne...? Widzę płomienie! Widzę płomienie! Rozbiję się...?". 

Judica-Cordiglia zarejestrowali ostatnie chwile życia rosyjskiej kosmonautki: statek spłonął, wchodząc w atmosferę ziemską. 

Po kilku tygodniach bracia wychwycili jeszcze kilka zdań nieznanego radzieckiego kosmonauty, które również przetłumaczyła im siostra: "Warunki się pogarszają, dlaczego nie odpowiadacie? Dlaczego milczycie...?"

Centrum kosmiczne w starym bunkrze 

Sława braci Judica-Cordiglia nieustannie rosła. Wkrótce otrzymali propozycję zagospodarowania porzuconego bunkra (nazywanego Torre Bert) na obrzeżach Turynu. Achille i Giovanni wraz z dziesięciorgiem pomocników zebrali cały złom z okolicy, po czym skonstruowali supertalerz satelitarny o średnicy 15 metrów i wadze 1,5 tony. Nad wejściem włoscy radiowcy napisali wielkimi literami: CENTRUM KOSMICZNE TORRE BERT. 

Z kolei wewnątrz bunkra, z pomocą amerykańskiego sprzętu z czasów II wojny światowej, stworzyli własną wersję Centrum Kosmicznego imienia Johna F. Kennedy’ego na przylądku Canaveral oraz powiesili ogromną mapę świata, na której zaznaczali trajektorię lotu satelitów. Każdy, kto wchodził do środka, musiał założyć biały kitel. 

Kiedy Achille i Giovanni Battista Judica-Cordiglia otworzyli podwoje Torre Bert, stali się poważanymi osobistościami. Zorganizowali własną sieć radiolokacji, którą nazwali "Zeus", byli w stałym kontakcie telefonicznym z ośrodkami badań przestrzeni kosmicznej na całym świecie. 

Koordynacją działań zajęła się narzeczona Giovanniego. Dwudziestego lutego 1962 roku, kiedy Amerykanie wysłali w kosmos Johna Glenna, w Torre Bert trudno było przecisnąć się przez tłum studentów, profesorów, dzieci, przyjaciół, krewnych i po prostu znajomych założycieli Centrum Kosmicznego. A wszystko dlatego, że bracia wyliczyli to, czego nie potrafili ustalić naukowcy w Moskwie, a mianowicie częstotliwość anteny nadawczej amerykańskiego statku! Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było typowy szum. 

Wtem Achille wyszeptał: - Ciii! - i w bunkrze rozległ się głos amerykańskiego astronauty: - Kapsuła się obraca. Wspaniały widok... Dwa lata później, podczas wizyty w NASA, bracia przedstawili zapis Amerykanom, czym wprawili ich w stan określany dziś często jako "szok i niedowierzanie"... 

Długie ręce Moskwy

Każdy haker doskonale dziś wie, że odkrywanie czyichś tajemnic jest niebezpiecznym zajęciem. Jednak właśnie ryzyko dostarcza mu pożądanej adrenaliny. 

Pragnienie ostrych doznań nieomal zgubiło braci Judica-Cordiglia. Kilka tygodni po zakończeniu misji Glenna do Achillego i Giovanniego przyszedł dziwny człowiek. Krępy mężczyzna, który przedstawił się jako dziennikarz, mówił z wyraźnym rosyjskim akcentem i był bardzo podobny do... szpiega z filmów sensacyjnych. Poprosił słynnych braci o udzielenie mu wywiadu. Tuż po wyjściu "rosyjskiego dziennikarza" u drzwi ponownie zadźwięczał dzwonek. 

Tym razem na progu stał niewysoki Włoch w eleganckim garniturze, z równo przyciętą bródką. Pokazał rodzeństwu Judica-Cordiglia zdjęcie "reportera", po czym wyjawił, że jest to agent KGB. Drugi gość należał do SIFA, włoskich tajnych służb, i pracował dla kontrwywiadu.

- Mamy was pod swoim nadzorem, niemniej bądźcie ostrożni - uprzedził ich na pożegnanie. - Nie możemy być zawsze przy was. 

Z czasem Achille i Giovanni zaprzyjaźnili się z tajnym agentem - nazywali go swoim aniołem stróżem. Z kolei funkcjonariusz KGB, który "przeprowadził wywiad" z braćmi Judica-Cordiglia, z czasem został ambasadorem Rosji w jednym z europejskich krajów. 

Dziennikarz z brytyjskiego miesięcznika Fortean Times odnalazł go w Czechach. Podczas spotkania ambasador wcale nie ukrywał, że KGB rzeczywiście interesowało się włoskimi braćmi, którzy "podsłuchiwali" rozmowy radzieckich kosmonautów. Ci nawet nie przypuszczali, jakie czyhało na nich niebezpieczeństwo. 

Były agent KGB powiedział, że otrzymał rozkaz fizycznej likwidacji obu mężczyzn. Gdyby dzień wcześniej nie wystąpili we włoskiej telewizji i nie stało się o nich głośno w całym kraju, najpewniej przydarzyłby im się jakiś nieszczęśliwy wypadek. 

Kosmos bliżej Włoch

Mimo zagrożenia ze strony KGB słynni bracia nadal nasłuchiwali rozmów radzieckich kosmonautów i amerykańskich astronautów. Zarejestrowali, między innymi, ostatni lot Wostoka z Walentiną Tierieszkową na pokładzie oraz pierwsze wyjście w otwartą przestrzeń pozaziemską Aleksieja Leonowa w marcu 1965 roku. 

Kiedy Leonow wracał do śluzy powietrznej, zauważył, że jego skafander zwiększył swoją objętość. W związku z tym kosmonauta nie był w stanie przecisnąć się przez właz. Z wielkim trudem udało mu się odetkać wentyl i spuścić nieco powietrza z hermetycznego kombinezonu. 

Moskwa nieprzerwanie milczała, natomiast Achille i Giovanni powiadomili o tym incydencie amerykańską agencję NASA, z którą w tamtym czasie wymieniali się informacjami. Bracia uważali te wiadomości za przydatne oraz sądzili, że pomogą one amerykańskim astronautom uniknąć podobnych sytuacji. 

Natomiast w kwietniu 1967 roku w Bochum - na jednej ze stacji "Zeusa" - dokonano zapisu śmierci kosmonauty Władimira Komarowa. Według oficjalnych danych zginął on z powodu problemów ze spadochronem, który ostatecznie się nie otworzył. Jednak na taśmie wyraźnie słychać, że przed śmiercią kosmonauta przeklina konstruktorów kapsuły lądowniczej! Pilotowanego przez niego Sojuza 1 od samego początku prześladował pech, a także liczne awarie wynikające z pomyłek inżynierów... 

Geniusze techniki czy oszuści?

Liczni sceptycy wątpią w osiągnięcia braci Judica-Cordiglia. Twierdzą, że zebrane przez nich zapiski rozmów zawierają sformułowania, których nigdy nie użyliby radzieccy kosmonauci, a nawet... karygodne błędy w języku rosyjskim! To każe podejrzewać, że ich autorami mogli być - we współpracy ze znającą ten język siostrą - "utalentowani" Achille i Giovanni. 

Poza tym uważa się, iż bracia nie dysponowali odpowiednio zaawansowaną techniką do rejestrowania sygnałów i rozmów. Na przykład generał Nikołaj Kamanin - zastępca głównodowodzącego wojsk lotniczych ds. przestrzeni kosmicznej, a także kierujący przygotowaniami kosmonautów -  w wywiadzie dla dziennika "Czerwona Gwiazda" opublikowanego w kwietniu 1965 roku oznajmił, że bracia w żaden sposób nie mogli nasłuchiwać rozmów radzieckich kosmonautów oraz nazwał Achillego i Giovanniego "kosmicznymi gangsterami". 

Tu akurat nie miał racji. Przechwycenie rozmów radiowych okazuje się w pełni możliwe. Satelita leci z prędkością ok. 27 500 km/h. Kiedy się zbliża, wysyłane przez niego sygnały nasilają się, a gdy się oddala - słabną. Posiadając pewną wiedzę z zakresu fizyki i matematyki, można określić trasę jego przemieszczania się, szybkość oraz wysokość nad Ziemią. 

Oczywiście, bracia nie słyszeli sygnałów sputnika przez cały czas. W trakcie każdego jego okrążenia wokół Ziemi mieli na to około 20 minut. Dlatego też musieli dokładnie wiedzieć, kiedy rozpocząć nasłuchiwanie. Poza tym z powodu rotacji Ziemi podczas pracy przychodziło im na bieżąco obracać anteną, by otrzymać wyraźniejszy sygnał.

Achille i Giovanni wyliczyli, o ile stopni Ziemia obraca się w ciągu jednej godziny. Wiedzieli przy tym, że większość satelitów oblatuje naszą planetę w około 90 minut - w tym czasie Ziemia może obrócić się o 22,5 stopnia. Mając te dane, bracia Judica-Cordiglia z łatwością obliczali kierunek ruchu i lokalizację sputnika. 

Nawiasem mówiąc, panowie ochoczo dzielili się sekretami swojej pracy ze wszystkimi zainteresowanymi. Przez długi czas służyli specjalistycznymi konsultacjami. "Kosmiczni gangsterzy" szybko jednak porzucili  siedzenie po nocach z nałożonymi na uszy słuchawkami. Achille (zmarły w 2015 roku) poszedł w ślady ojca i został znanym kardiologiem, zaś Giovanni Battista pracował dla policji, zajmując się m.in. podsłuchem telefonów włoskich przestępców. 

Jego naukowe zainteresowania obejmowały również film i fotografię - wykonał pierwsze kolorowe zdjęcia Całunu Turyńskiego. Niemniej, jak można się domyślić, bracia zawsze z nieskrywaną przyjemnością wspominali lata swej burzliwej młodości... 


Świat Tajemnic
Dowiedz się więcej na temat: Judica-Cordiglia | komos | ZSRR | wyścig kosmiczny | USA | turyn | Włochy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy